Archiwa kategorii: Bez kategorii

Ten, w którym sport to przygoda, czyli mój 2013 rok

Kiepsko zaczął się ten 2013 rok. Na przełomie grudnia i stycznia posypała mi się odporność i dwa razy byłem chory. 39 gorączki uniemożliwia jakiekolwiek treningi, a jak tylko wyzdrowiałem i powoli zacząłem pracować, to znów się pochorowałem. Zamiast endorfin wylewały się ze mnie frustracja i wkurw.

Ale potem było już tylko lepiej. Gdy z perspektywy dnia dzisiejszego patrzę na miniony rok, stwierdzam, że udało się zrealizować zdecydowaną większość planów i osiągnąć praktycznie wszystkie cele (o różnicy pomiędzy celami i planami pisał Bartek – polecam). Z planów nie udało się jedynie więcej pobiegać na orientację (zaliczone tylko cztery starty z planowanych siedmiu), a z celów nie pękło 5h w półajronmenie, ale dziś wiem, że był to cel nierealny i źle postawiony.

A co było naj? Cóż, to zależy pod jakim kątem. Oto sześć moich sportowych „naj” 2013 roku, przy czym skupiłem się na pozytywach, bo one są fajniejsze;)

NAJ-SZCZĘŚCIE: Zurich Marató de Barcelona
Trzeba mieć sporo szczęścia, by jako totalny amator pobiec maraton na prawdziwą pełnię swoich możliwości, bo zagrać musi bardzo dużo rzeczy. Począwszy od pogody, poprzez zdrowie i samopoczucie danego dnia, a na mądrej strategii biegu oraz odżywiania skończywszy. Gdy każdy z tych elementów biegowej orkiestry zagra dobrą nutę, mamy szansę wspiąć się nawet wyżej niż szczyt możliwości. Jak się przyglądam moim przygotowaniom do barcelońskiego maratonu i analizuję sam bieg, to mam poczucie, że o ile w przygotowaniach popełniłem wiele błędów i mogłem je przeprowadzić znacznie lepiej, to jeśli chodzi o sam dzień 17 marca 2013 r., to nie jestem w stanie przyczepić się do czegokolwiek. 3:20 to dokładnie tyle, ile można było ze mnie wówczas wycisnąć, a 3:19:14, które osiągnąłem, było wynikiem ponad moje możliwości. Na mecie byłem bliski omdlenia, ale przeogromnie szczęśliwy.

NAJ-EMOCJE: Złoto dla Zuchwałych
W szosowych zawodach biegowych ściganie się na ostatnich metrach to norma, bo prawie zawsze kogoś się goni lub przed kimś ucieka (przynajmniej na moim poziomie;)), ale już w zawodach na orientację zdarza się to bardzo rzadko, a ja dwa razy w ubiegłym roku wpadałem na metę w tempie sprintu. Podczas Mazurskich Tropów po ponad 60-kilometrowym (!!!) napieraniu m.in. po bagnach i polach pokrzyw, miałem przyjemność ścigać się na ostatniej prostej z kolegą Pawłem, a na dystansie kilkuset metrów prowadzenie w tym wyścigu zmieniło się kilka razy. Był to jednak wyścig, który nie decydował o niczym poza satysfakcją.

Nie to co Złoto dla Zuchwałych, gdzie ostatnich kilkaset metrów decydowało o zwycięstwie! Warto przypomnieć, że atak na pozycję lidera przypuściłem już wcześniej, ale spotkałem się z mocną kontrą rywala, który przy ostatnim PK zostawił mnie w polu. Finalnie na pierwsze miejsce wskoczyłem dopiero kilkaset metrów przed metą i wtedy nie dałem sobie już go wydrzeć. Bieg ten miał miejsce tydzień przed Barceloną i dodał mi sporo wiary w siebie.

NAJ-PAMIĘTNY MOMENT: odrodzenie podczas Wielkiego Wyścigu
Ilekroć czytam relację z Wielkiego Wyścigu, który (jakby ktoś nie pamiętał;)) miał miejsce podczas Lotto Poznań Triathlon, po plecach przechodzą mnie ciary. Wystarczy, że zamknę oczy i pamiętam ten potworny ból pleców, pamiętam poczucie bezradności, że nie dam rady, że chcę zejść z trasy i nie mieć więcej nic wspólnego ze sportem.

I pamiętam moment powrotu do żywych. Wierzcie lub nie, ale to była chwila gdy wszystko się odwróciło o 180 stopni. Mogę zacytować sam siebie? Nie będzie to zbyt megalomańskie? Nie będzie, dzięki.

„Kilkanaście sekund później wiem już, że tę walkę wygram. Upadłem, ale powstaję. Mija dosłownie kilka chwil, w czasie których przestawia mi się jakaś klapka i głowa w końcu pokonuje słabość ciała. Doznaję jakiegoś katharsis, które w mgnieniu oka zmienia mnie z oklapłego i zmęczonego do granic możliwości słabeusza w pełnego energii fajtera. Pewność siebie powraca, serce intensywniej pompuje tlen do mięśni, przyśpieszam, a mój organizm wchodzi na wyższe obroty.”



NAJ-PRZEŻYCIE: Bieg Marduły
Odkąd biegam wiedziałem, że dalekosiężnym celem jest bieganie po górach. Mam trochę odmienne podejście od wielu innych biegaczy, bo nie lubię startować „na ukończenie” i plątać się w 80 czy 90 proc. uczestników, więc trochę na tę chwilę czekałem. Ale nadeszła: VI Bieg Marduły. Nie umiem tego dobrze opisać, ale uczucie gdy biegnie się na wysokości ponad 2000 m n.p.m. granią Tatr jest niesamowite. Wejście na Przełęcz Świnicką, mroczki przed oczami ze zmęczenia i powalający widok na słowackie Tatry. A potem…

„Za Świnicką Przełęczą esencja sky runningu. Bieg granią od Przełęczy Świnickiej (2051 m n.p.m.) przez Liliowe i Beskid do Kasprowego Wierchu. Chyba z dwa kilometry biegu na wysokości ponad 2000 m n.p.m! Po skałach, pomiędzy przepaściami. Na prawo chmury, na lewo Słowacja z zapierającym dech w piersiach widokiem, a my w takim zawieszeniu gdzieś pomiędzy. Przez te parę minut czułem się jakbym frunął, jakby góry dodały mi skrzydeł. To było niesamowite przeżycie, jedno z najbardziej mistycznych w mojej „karierze” biegacza.”

W tym roku na tatrzański szlak oczywiście wracam i zamierzam solidnie poprawić swój wynik. Owszem, ciągnie mnie na Chudego Wawrzyńca, Bieg Rzeźnika, czy inny Bieg Ultra Granią Tatr, ale to jeszcze nie ten moment. Chcę być jeszcze mocniejszy nim porwę się na coś takiego. Jakiś plan gdzieś już jest, ale na razie to wielki sekret.

NAJ-FAJNIEJSZE: Wielki Wyścig, Wielki Wyścig dla Bartka i Smashing Pąpkins
Bieganie, triathlon i inne katowanie swojego organizmu to jedno, ale to, jak fajnie rozwinęły się robione wokół bloga i Fejsbunia akcje, mocno mnie zaskoczyło. Gdy wymyśliliśmy wiosną z Bo, że będziemy się ścigać w Poznaniu, nie sądziliśmy, że wkręci się w to tyle osób. Że w ogóle kogokolwiek to zainteresuje, że znajdą się tacy, którzy pojawią się nad Maltą i będą przez kilka godzin zdzierać gardła wspierając nas. Co więcej, halo wokół Wielkiego Wyścigu udało się potem przekuć w realną pomoc dla potrzebującego Bartka, któremu wspólnie przekazaliśmy 2,8 tys. złotych. DWA_KOŁA_I_OSIEM_STÓW!

Przypomnę, że pomoc jest potrzebna cały czas i można ją przekazywać tutaj:
Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski
A potem padł pomysł wspólnego robienia pompek (a nawet pĄpek). Tak optymistycznego rozwoju sytuacji i takiej popularności zabawy też nie przewidzieliśmy. Do zabawy dołączyło kilkaset osób, a każdego dnia na moim wallu na Endomondo pojawiają się wpisy okraszone dwoma słowami: Smashing Pąpkins!

NAJ-PRZYJEMNOŚĆ: sport do przygoda
Nigdy nie ukrywałem, że uwielbiam się ścigać. Że doganianie innych i poprawianie ich wyników sprawia mi niebywałą radość i dziką wręcz satysfakcję. A przecież chodzi o to, by sport był przyjemnością. Gdy wszystko zagra jak powinno, jest to wspaniała przygoda, jak na przykład mój triathlonowy debiut w Mrągowie.

Ale sport to nie tylko wyniki, czasy, tętna i tempa. To przede wszystkim ogromna radość z samego uprawiania go oraz przyjemność ze spędzania czasu z ludźmi, z którymi dzielimy pasję. Kilka razy w ubiegłym roku było właśnie tak, że mniej od wyniku liczył się przyjemnie spędzony czas i wypite piwo. Narodziła się też tradycja galerii samojebek po zawodach, która spotkała się z dużą przychylnością innych biegaczy i blogaczy:)

Początek 2014 r. (poprzedni weekend) wskazuje, że i w 2014 r. będzie fajnie, a i z formą jest coraz lepiej!

Mój 2012 rok w sukcesach i porażkach

46 sekund dzieliło najszybszy i najwolniejszy kilometr przebiegnięty przeze mnie podczas 13. Poznań Maratonu. Tak moi mili, 14.10.2012 r. za czwartym razem udało mi się przebiec maraton. Przebiec, a nie ukończyć. Bez jednego nawet zatrzymania, bez przejścia do marszu i bez wizyty w toalecie. To bezapelacyjnie mój największy sukces i duma minionego roku.

W ramach blogowego podsumowania ostatnich 12 mies. spróbuję spojrzeć na nie właśnie pod kątem największych sukcesów. A gdzie sukcesy, tam i porażki i to od nich zacznijmy:

Porażka 3. Brak jakiegokolwiek sukcesu w PMNO. Ani razu nie zmieściłem się w pierwszej piątce zawodów, a na dodatek udało mi się wystartować tylko siedem razy (nie zawsze w dobrej formie), co nie pozwoliło na zajęcie miejsca wyższego niż 20. w Pucharze Polski na dystansie 50 km. 20. pozycja na 900 sklasyfikowanych to nieźle, ale pamiętajmy, że tak naprawdę ściga się nie więcej niż 70-80 osób, a przed sezonem i po jego rozpoczęciu liczyłem na więcej. 20 pkt, a byłbym 14. i nie byłoby narzekania. Do tego zabrakło dwóch dobrych startów z wynikiem na poziomie 43 pkt. Nie udało się.

Porażka 2. Kłopoty z pasmem biodrowo-piszczelowym. Bujałem się z tym problemem przez kilka miesięcy i dopiero jesienią udało się go całkowicie wyeliminować. Opuściłem przez to kilka startów w PMNO i odpuszczałem treningi, bo po kilku km biegu pojawiał się ból.

Porażka 1. Brak systematyczności w treningach przez większość roku. Przez cały rok przebiegłem (treningi + starty) ledwie 1331 km (plus 420 km na orientację). No koleżanki i koledzy maratończycy, kto da mniej?;)

W całym roku zaliczyłem tylko dwa miesiące z przebiegami ponad 200 km – sierpień i wrzesień. I wtedy rzeczywiście była dobra forma przedmaratońska, a i w PMNO zainkasowałem dwa najlepsze swoje wyniki (Nawigator oraz Izerska Wielka Wyrypa). Aż w siedmiu miesiącach biegałem mniej niż 10 razy, wstyd.
Pod koniec roku podjąłem mocne postanowienie poprawy i chyba wyszło nieźle, bo w grudniu zaliczyłem 11 treningów biegowych, 7 na basenie i 7 na rowerze spinningowym – to w ramach rozpoczęcia przygotowań do triathlonu. Mam nadzieję, że (jak tylko wrócę do zdrowia;)) uda mi się utrzymać ten trend.

Niech to będzie jedyna ilustracja tego postu, ku przestrodze.
Na zielono bieganie, na fioletowo bieganie na orientację.

Pora i na pochwalenie się tym, co najbardziej mnie cieszy:

Sukces 3. Ten blog wciąż istnieje:) 10 miesięcy temu uruchomiłem bloga chcąc podzielić się ze światem tym, jak niezwykłym przeżyciem było dla mnie ukończenie XI Ekstremalnej Imprezy na Orientację Skorpion 2012. Blog się przyjął, czytają go nie tylko moi dotychczasowi znajomi, ale i ludzie zupełnie nowi, którzy pojawili się bądź tu, bądź na Facebooku. Komentujemy, dyskutujemy, każdego miesiąca zaglądacie tu prawie 2 tys. razy. Lubię to!

Sukces 2. (Do)gonienie króliczka. Mógłbym tu napisać, że najważniejsza jest sama idea biegania, że biegam dla siebie, zdrowia itd. Ale to guzik prawda. Ściganie się i pobijanie rekordów kolegów to jest coś, co tygryski lubią najbardziej!:)

Gonić miałem Benka na 10 km i w końcu udało się jesienią jego życiówkę pobić (acz miał jeszcze więcej problemów zdrowotnych niż ja, więc na pewno ma coś w zanadrzu i liczę na dalszą rywalizację w 2013). Ale już w podsumowaniu roku PMNO przegrałem o nieco ponad 6 pkt i jest co gonić.

A w między czasie fantastycznych rumieńców nabrała sąsiedzka rywalizacja z Leszkiem, który najpierw mi uciekł na 10 km, ale potem dał się złapać na Biegnij Warszawo i Biegu Niepodległości. Wiosną czeka nas korespondencyjny pojedynek na maratony. Leszek wybiera się do Wiednia, a ja do Barcelony. Aktualnie mam od Leszka lepszy wynik w maratonie i na 10 km, ale na dystansie półmaratonu przegrywam o ponad 3 min. Jest co gonić!:)

Sukces 1. Przebiegłem maraton. Mój pierwszy maraton (jesień 2011 r.) był niezapomnianym przeżyciem. Ubiegłoroczny MW z finiszem na Stadionie Narodowym to również chwila, której nie zapomnę, podobnie jak czerwony dywan w Atlas Arenie w Łodzi. Ale moim pierwszym trzem maratonom brakowało jednego: dzikiej satysfakcji z tego, że cały dystans przebiegłem. W debiucie byłem na to za słaby i musiałem się zatrzymać, w Łodzi podobnie, choć czas był o ponad 25 minut lepszy. W Warszawie nie pozwoliły na to problemy żołądkowe, ale dwa tygodnie później w Poznaniu w asyście 16,5 osobistych kibiców się udało! Przez cały czas biegłem, a amplituda czasu najszyszego i najwolniejszego kilometra wyniosła tylko 46 sekund.

Tak moi mili, 14.10.2012 r. za czwartym razem udało mi się przebiec maraton. Przebiec, a nie ukończyć. Bez jednego nawet zatrzymania, bez przejścia do marszu i bez wizyty w toalecie. To bezapelacyjnie mój największy sukces i duma minionego roku.

Życzę Wam i sobie, by w 2013 r. zdecydowanie więcej było sukcesów niż porażek. Acz tak naprawdę to te drugie też nadają trochę smaku naszej zabawie w biegaczy. Bo jakby wszystko się każdemu udawało to byłoby nudno.

Biec dalej na Fejsie

Czasem chciałbym Wam coś napisać, ale to tylko kilka zdań i wydaje mi się za krótkie na blogonotkę. Uznałem, że warto do takich celów stworzyć kanał mikroblogowy, a Facebook nadaje się do tego idealnie. Niniejszym zapraszam na fanpage blogu
Biec dalej i wyżej :)

Oprócz krótkich wpisów w tematyce biegowo-treningowej będę tam zamieszczał linki do nowych blogonotek, zatem jeśli chcecie być na bieżąco – lajkujcie. Dodatkowo, posiadanie takiej strony pozwoli mi uchronić fejsowych znajomych przed nadmierną liczbą wpisów w tematach sportowych, bo niektórzy mogą mieć ich dość.

Na dobry początek wrzuciłem tam hit: info o ambitnym planie na 2013 r. Po szczegóły zapraszam na FB!