Archiwa kategorii: rozterki biegacza

Ten, w którym dobrze się zaczyna, a źle kończy

Znacie to uczucie? Ten biegowy flow (że też nikt polskiego odpowiednika nie wymyślił…)? Łapiesz swój rytm, nogi doskonale współgrają z płucami, całe ciało działa w harmonii biegu. Czujesz, że biegniesz ładnie technicznie, że sprawia Ci to największą możliwą przyjemność.

Lecę 3 razy 5 km w tempie maratońskim. Pierwszy kilometr to zawsze dla mnie rozpędzenie, potem łapię rytm. Po 2-3 km jestem w tym momencie, w którym jest idealnie. Myślę sobie o tym Rotterdamie, że właściwie zupełnie nie znam miasta. Nie będzie jak w Warszawie, Poznaniu czy Barcelonie, gdzie wiedziałem czego się spodziewać, wiedziałem co chcę zobaczyć. Rotterdam to dla mnie wielka zagadka, dziś pierwszy raz oglądałem trasę biegu i poza kształtem, nic mi ona nie powiedziała. To też będzie ciekawa przygoda.

Biegnę wzdłuż Wołoskiej, nawet światła mi się układają i nie muszę się zatrzymywać. Ale by zdążyć na zielonym przebiec przez Domaniewską muszę przyśpieszyć. Udało się, lekko zwalniam, spoglądam na Gremlina i widzę odczyt tętna: 157 bpm. Stopińdziesiątsiedem uderzeń serca na minutę po 4 km biegu w tempie 4:17! Tętno na początku pierwszego zakresu – jest świetnie. Czuję się jeszcze lepiej, przebiegam między „białymi kołnierzykami”, które właśnie wychodzą z korpo-zagłębia i pchają się na przystanek tramwajowy. Chciałbym rozpostrzeć ręce i niemal odlecieć. Haj endorfinowy w pełni.

JEBUT!! Krzywo stanąłem na wystającej z chodnika studzience lub innym elemencie miejskiego krajobrazu i skręciłem kostkę. Natychmiast się zatrzymuję, boli jak cholera. Próbuję rozmasować i rozruszać, ale nie pomaga. Odpoczywam kilka minut spacerując w jedną i drugą stronę. Wydaje się, że jest OK, próbuję więc truchtać i łapie mnie taki ból, że łzy pojawiają się w oczach. A może to łzy złości, a nie bólu…?
Memory-fajf-NKŚ i podwózka do domu. Koniec treningu na dziś. Piękny kurka-felek prezent urodzinowy sobie sprawiłem…

Winowajca na 5 minut po zdarzeniu

Okładam nogę lodem i zaklinam kostkę, by nie było to nic poważnego. Boli cały czas, ale spuchło tylko trochę, no i ruszać mogę, ból odczuwam tylko przy chodzeniu. Na pewno więc niczego nie zerwałem ani nie złamałem, a to już coś. Miałem w tej nodze zerwane więzadła kilkanaście lat temu i od tego czasu kostka jest słabsza, stąd często się skręca. O ile skręcenie takie w trakcie spaceru oznacza minutę bólu i potem nie istnieje, to jednak w trakcie dość szybkiego biegu jest nieco inaczej… Ale ja wiem swoje: za dwa dni będę mógł biegać, tak będzie i już!

Coś pecha mi przynoszą te biegowe powroty z pracy. Tydzień temu chciano mnie przejechać (biały fial palio weekend) i jeszcze opieprzono, że to moja wina (przejście dla pieszych, ja w odblaskach i z mrugającą na czerwono opaską na ramieniu), a dziś skręcona kostka. Ale co nas nie zabije to nas wzmocni, nie?

Aha, jak wiecie, za 4 tygodnie biegniemy Półmaraton Warszawski. Będzie to oficjalny debiut teamu Smashing Pąpkins w klasyfikacjach drużynowych. Jeśli ktoś ma ochotę pobiec z nami Pąpkinsami to zapraszam do kontaktu, najlepiej na maila: smashing.papkins (małpka) gmail.com. Proszę o podanie imienia i nazwiska, numeru startowego oraz roku urodzenia.


Ten, w którym biegniemy po piwo

Nigdy nie ukrywałem, że lubię piwo. Owszem, odkąd świadomie uprawiam sport, to zwracam większą uwagę na to co, ile i kiedy jem oraz piję, a skrzynka z browarkami nie opróżnia się tak szybko jak kiedyś, ale nadal przy fajnej okazji chmielowego napoju sobie nie odmówię. Trochę wkurza mnie takie napinanie i nakręcanie się na ultrazdrowy tryb życia, jakiego w internecie jest coraz więcej. Wypiłeś piwo? Pójdziesz do piekła! Zjadłeś pięć pączków – zniknij, zgiń, przepadnij! Stop! Wszystko jest dla ludzi, byle zachować rozsądek. Nie namawiam do nadmiernego używania alkoholu, ale przy zachowaniu sensownego podejścia, piwo tu czy tam nie jest niczym złym.

Bieganie (czy ogólnie amatorsko uprawiany sport) ma być przede wszystkim przyjemnością i nie powinno wpływać na inne przyjemności jakie czerpiemy z życia. Jeśli ktoś lubi oglądać Dynastię – jego wola. Ja lubię usiąść z piwem i obejrzeć dobry mecz albo pogadać z kumplami. Nie robię tego każdego dnia, ale uważam, że na naszym amatorskim poziomie jedno piwko nawet dzień przed zawodami nie zaszkodzi, a czasem pomoże rozładować stres. Alkohol utrudnia regenerację i nie powinno się go pić po starcie. Ale ja piwo lubię i jest dla mnie nagrodą za dobre zawody:)

Jak już narzekam, to wkurza mnie na FB jeszcze jedno: permanentne nawoływanie do treningu. „Biegałeś?!” „Trening zrobiony?!” – ciekawe, czy istnieje na tym świecie ktoś, kto po zobaczeniu takiego wpisu zmienił zdanie. Miał tego dnia nie biegać, ale wyszedł na trening. Ktoś, kto słuchałby się tych wszystkich pseudo-social-ninja prowadzących biegowe fanpejdże przetrenowałby się przed zakończeniem pierwszego etapu przygotowań.

Ale do rzeczy. O co chodzi z tym piwem? Ano o to, że będziemy biegać i będzie można dostać piwo!:) I to nie zwykłe koncernowe piwo, jakich w każdym markecie pełno. Będzie to za każdym razem inne piwo, zawsze dopasowane do odbiorcy i będę się starał wybierać takie piwa, których raczej nie znacie. A jeśli ktoś bardzo nie lubi żadnego piwa, nawet radlerów, to dostanie coś innego, a co tam, dogadamy się.

A jak to, co to i za co? Wielu z Was pamięta zapewne formułę Endo-rywalizacji podczas Wielkiego Wyścigu dla Bartka. Sprawdziła się, więc wykorzystam ją po raz kolejny.

=== === === 

Zasady zabawy BIEGIEM PO PIWO:

1) Dołączamy do rywalizacji Biegiem po Piwo na Endomondo.

2) Biegamy, (liczy się bieganie, bieganie na orientację i bieganie na bieżni) i odnotowujemy swoje treningi w Endomondo.

4) Po zakończeniu miesiąca następuje podsumowanie i losowanie. 

5) Każde 19,99 km to jeden los.


6) Kontaktuję się z wylosowaną osobą i uzgadniamy formę przekazania nagrody (dla bywających w stolicy odbiór osobisty!), a od 1 dnia kolejnego miesiąca rusza kolejna edycja.

7) Proste? Proste!:) Dołączacie?

8) Pamiętajcie, że ze względu na nagrody jest to zabawa tylko dla osób, które ukończyły 18 lat.

=== === ===

A swoją drogą, jest 1 marca, co oznacza, że za kilka dni skończę 33 lata. Z tej okazji zamierzam przebiec dziś w Lesie Kabackim 33,33 km. To już ponad półtora losu! W ramach życzeń przez cały weekend przyjmuję na Endomondo ładne biegi z trójką przez cały weekend!:)

A poza tym, to przypominam, że zanim złożycie PIT za 2013, to warto przekazać komuś 1 procent swojego podatku. To nic nie kosztuje!

Ten, w którym trzeba opuścić strefę komfortu

Po dwóch kilometrach rozgrzewki chcę przyśpieszyć, ale noga nie podaje, trzeci wchodzi o 25 sek. za wolno. Wtedy doganiam innego biegacza i wyprzedzam, ale… on się nie daje i krok za krokiem leci za mną. Słyszę każdy jego krok, niemal czuję oddech. Włącza mi się ścigant i odzyskuję wigor. To jest to co lubię, wyścig! Od Pól Mokotowskich ulicą Boboli i Wołoską lecimy niemal razem, on cały czas dwa-trzy kroki za mną. Po głębokości i głośności oddechu wnioskuję, że to dla niego bardzo intensywny bieg. Ile wytrzymasz kolego, hę? Dobiegniesz ze mną do samego Misiowa? A może przyciśniesz i wyprzedzisz mnie za kilka chwil?

Na wysokości Odyńca przebiegamy na drugą stronę Wołoskiej i zbliżamy się do Galerii Mokotów, ale nim do niej dobiegniemy mój „kolega” znika. Nie wiem, czy skręcił gdzieś w boczną uliczkę, czy może zwolnił, bo nie robił biegu ciągłego (gdy go doganiałem to truchtał, potem ruszył w moim tempie), ale wraz z nim znika moja motywacja i chęć do dalszego szybkiego biegu.

Trójka ma pęknąć w kwietniu, do tego czasu mam przebiec z 600 kilometrów, muszą to być mądrze przebiegnięte kilometry, bo inaczej skończy się na wycieczce krajoznawczej

Zbliżam się do przejścia dla pieszych przy GalMoku i mam nadzieję na czerwone światło. Wierzę, że chwila ulgi doda mi animuszu i dalej polecę zgodnie z planem. Czekając na zielone biegam w kółko, by nie odpoczywać za bardzo. Zielone, ruszam. Nic z tego. Mimo nakładek antypoślizgowych na butach, w kopnym śniegu przeokrutnie się męczę, kilometr robię w 4:24 i mam ochotę powiedzieć „pierdolę, nie robię!” i przejść do biegu spokojnego. Gdy właściwie myśl ta staje się pewnikiem przypominam sobie, że głupi ja przed wyjściem zadeklarowałem u Kasi, że zrobię tak szybki trening jak Ona. No nie mogę być przecież mięczakiem, nie?

Tłumaczę sobie, że tylko opuszczając strefę komfortu na dłużej jestem w stanie osiągnąć sukces. Że interwały nie wystarczą, że trzeba robić biegi ciągłe na wysokim obciążeniu. Poza tym tętno jest relatywnie niskie (ledwie przekracza 160 bpm!), więc co ja marudzę? Żeby biegać trzeba biegać – proste, nie? Maraton poniżej 3h to tempo 4:16 min/km, więc nie ma bata: trzeba takie tempo tłuc. Biegnę. Łykam kolejne kilometry, chwilami nawet odczuwam z tego biegu przyjemność. Acz nieodśnieżone chodniki wzdłuż Puławskiej sprawy nie ułatwiają, bo śnieg nie jest twardy udeptany, tylko często brejowaty i nierówny, co mocno utrudnia bieg. Ale walczę, chwilami nie obyło się bez głośnego „k… mać”, nakładki z metalowymi kolcami wgryzają się w śnieg (a na asfalcie zgrzytają i wkurzają jak diabli) i krok za krokiem zakładane tempo utrzymuję.

Mimo trudnych warunków na chodnikach całkiem udało mi się trzymać tempo

Choć każde przebiegnięte 100 metrów zbliża mnie do domu i końca treningu, to jednocześnie sprawia, że bardziej czuję zmęczenie ostatnich dni. Sobotnie 55 km w terenie i wczorajsze skatowanie się na poniedziałkowym cross ficie dają się we znaki coraz bardziej. Czuję, że uda będą bolały i to mocno. Że ścięgna są bliskie granicy wytrzymałości od śnieżnych nierówności, ale biegnę. Krok za krokiem, oddech za oddechem, mijam kolejne przecznice i summa summarum w tempie o ledwie kilka sekund wolniejszym od maratońskiego robię 14 kilometrów. Do poprawienia treningu Kasi zabrakło kilku sekund tu i kilku tam, ale nie narzekam, bo mam poczucie dobrze wypełnionego zadania. Te biegi ciągłe muszę wdrożyć na stałe, bo są dobrym treningiem nie tylko dla ciała, ale i dla psychiki.

W czwartek bieg spokojny, a potem tydzień, jakiego jeszcze w mojej „karierze” nie było…

PS: Tak, wiem, że zalegam relację z ostatniej Falenicy. Będzie, będzie. Tylko czasowo jestem ostatnio w takiej d…, że głowa mała:(

Ten, w którym jest dobrze

To był dobry tydzień! Wprawdzie w porównaniu do moich ulubionych terminatorów Kaśki, Bormana i Wybieganego, to jestem mały leszczyk, bo biegam niewiele – w tym tygodniu „zaledwie” 63 km. Mam jednak poczucie, że każdy krok zrobiony w tych dniach miał sens, a czasu starczyło mi jeszcze na inne przyjemności.

Zrobiłem cztery treningi: bieg ciągły w drugim zakresie, 1000-metrowe interwały, kros aktywny (start w Falenicy na 10 km – relacja za kilka dni) oraz dłuuugi kros pasywny – niedzielne 150 minut po mocno zaśnieżonym Lesie Kabackim. Każdy z tych treningów (start w Falenicy to wyścig o priorytecie C, więc traktuję go jako dobry trening) miał jakiś cel i cel ten został zrealizowany. Taki właśnie ma być mój plan treningowy, który przygotuje mnie do złamanie trójki w maratonie – biegać jak najmniej, biegać mądrze, oszczędzać siły i cieszyć się z efektów.

Zielone to bieganie, fioletowe – bieg na orientację

Dzisiejszym 2,5-godzinnym śnieżnym wybieganiem zakończyłem drugi etap przygotowań, przez wujka Danielsa zwanym „wstępną formą”. Efekt? Mam poczucie, że moje nogi przyzwyczaiły się do mocniejszego biegania. Po pierwszej Falenicy ledwie chodziłem przez dwa dni, teraz już w sobotę wieczorem było OK i miałem ochotę pobiegać. Powoli wchodzę na docelowe prędkości, bieg w tempie na maraton nie jest mi już obcy, a zaplanowane trzy-cztery treningi w tygodniu do optymalne obciążenie.

Przede mną najtrudniejszy okres przygotowań, w tabelkach Danielsa jest to sześć tygodni interwałów, biegów progowych i innych ciężkich treningów. Oczywiście u mnie będzie to mocno zmodyfikowane. W połowie lutego spędzę tydzień w Tatrach na obozie biegowym, za tydzień startuję w Śnieżnych Konwaliach na 50 km z mapą – do połowy lutego treningów z rozpiski będzie więc mniej, ale nie znaczy to, że będą to złe treningi.

Rozpoczynając realizację przygotowań do maratonu w Rotterdamie bałem się trochę, że takie cięższe i nieco bardziej zorganizowane bieganie odbierze mi przyjemność jaką dotąd z niego czerpałem. Ale tak się nie stało. Nadal umiem dostosować plan na dany tydzień do swoich prywatnych spraw, nastroju i stanu zdrowia, a treningi dają mi radość. Od początku przygotowań dwa razy wystartowałem w PMNO, trzeci i czwarty start wkrótce. Oby tak dalej:)

Ten, w którym bywa różnie

Zdarzają się Wam biegowe wahania nastroju? Jednego dnia poczucie, że forma rośnie i jest bosko, a innego totalnej beznadziei?

Jest źle

Rozpoczynam czwartkowy trening – bieg z pracy na Kabaty. Około 15 km w narastającym tempie, z ostatnią piątką po ok. 4:16 (tempo maratońskie na Rotterdam). Ruszam od 5:30 z planem, że co 2 km będę przyśpieszał o kilkanaście sekund. Ale organizm się buntuje. Już przy 5:00-5:15 sapię i ledwie zipię, noga nie chce podawać. Nie mam pojęcia co się dzieje, ale bieg w tempie spokojnym sprawia mi cholerną trudność. Przyśpieszam dalej i jest coraz trudniej. Nie mogę złapać rytmu ani utrzymać równego tempa. Frustruję się i wkurzam sam na siebie. Chcę przebiec maraton po 4:16, a nie potrafię sobie poradzić z 4:45 dzisiaj. Analizuję już przyczyny swojej kwietniowej porażki (na trzy miesiące przed startem – dobre sobie, co?), marudzę, klnę na całe to bieganie, ale… zgodnie z założeniami cały czas przyśpieszam.

Jest dobrze
Od ul. Pileckiego wbiegam na Ursynów i wchodzę na docelowe tempo 4:16. Z każdą minutą biegnie mi się lepiej. Łapię rytm, nawet lód na chodnikach nie przeszkadza. Płuca pracują pełną parą, serce pompuje jak szalone (ale nie wiem jak szybko, bo leczę rany po durnej garminowej opasce:/), a łydka podaje jak w trakcie dobrych zawodów. Chyba udało mi się ten wkurw przekuć w moc. Planowane 5 km mija rach-ciach i z lekkim rozczarowaniem rejestruję dotarcie na miejsce. Gdyby nie fakt, że już jestem spóźniony na spotkanie, chętnie pokręciłbym się jeszcze i dociągnął kilka kolejnych kilometrów.

Jest źle
Kończę bieg i… uświadamiam sobie, że boli mnie ścięgno Achillesa. Że właściwie od początku bolało, ale najpierw nie zwracałem na to uwagi, a jak ból się rozwinął, to na adrenalinowo-endorfinowym haju, po prostu wyparłem go z głowy. Teraz daje o sobie znać ze zdwojoną siłą. Roztruchtuję mięśnie przez pół godziny wolniuteńkiego biegania z Dream Teamem, ale noga nadal boli. Rozciąganie wcale nie poprawia sytuacji. W piątek okłady z mrożonego groszku trochę pomagają, jednak dla bezpieczeństwa, sobotnie podbiegi zamieniam na basen, na którym pływam na samych rękach. Ból powoli ustępuje.

Jest dobrze
Dalej chłodzę, masuję, głaskam, chucham i dmucham. W efekcie, w niedzielę rano nie boli praktycznie w ogóle, ale dla bezpieczeństwa zamiast biegu długiego robię spokojną 15-tkę i odpoczywam dalej. W poniedziałek bólu nie ma już w ogóle. Na treningu funkcjonalnym prowadzonym przez ObozyPomkowe.pl z dumą robię kilka pĄpek na jednej ręce w koszulce Smashing Pąpkins. Nie zdradzę nazwisk, ale jeden z Pompkowiczów mówi: chcę taką koszulkę!;) A potem dajemy z siebie wszystko aż do mroczków w oczach na cross-fitowych zawodach.

Świat jest piękny, a biegacze szczęśliwi!:)

Sroki, ogony i inne takie, czyli plany na 2013

Ostatnio coraz częściej myślę o tym, że w swoim amatorskim uprawianiu sportu dochodzę powoli do pewnej ściany. Leszek pisał kiedyś o tym, że wielu biegaczy po pewnym czasie szuka urozmaicenia, dalszych wyzwań i coraz trudniejszych celów. W moim przypadku nie chodzi bynajmniej o to, że nie wiem, co dalej chciałbym robić, a o to, że… chciałbym zbyt wiele.

Biegać zacząłem w 2010 r., kiedy to jesienią zrobiłem kilka dyszek i zacząłem myśleć o maratonie. Wiosną 2011 r. wyszła połówka, a jesienią debiut na dystansie 42 195 m. W międzyczasie zacząłem bawić się w piesze maratony na orientację na dystansie 50 km i szybko okazało się, że kręci mnie to bardziej niż zwykłe udeptywanie asfaltu. Ale chęć walki z życiówkami własnymi i kolegów nie pozwalała i nadal nie pozwala mi na rezygnację z biegów ulicznych. Potrzebuję wyzwań, dążenia do coraz trudniejszych celów. Złamanie 3h w maratonie to przecież kwestia treningów i wierzę, że prędzej czy później mi się to uda.

Naturalnym dla mnie wyzwaniem są góry, po których chodzić kocham od zawsze. Stąd chęć startu w jakimś biegu górskim i pewnie będę chciał bawić się w to częściej. Wciąż nie porzuciłem też marzenia o wchodzeniu na góry co najmniej dwa razy wyższe niż nasze Rysy. A do tego doszedł triathlon, bo któż nie chciałby zostać człowiekiem z żelaza?:)

I jak się to wszystko złoży razem to w 2013 roku chciałbym zaliczyć:
- Skorpion – Mistrzostwa Polski w PMNO na dystansie 50 km (16 lutego – zapłacone);
- maraton w Barcelonie (17 marca – zapłacone);
- Półmaraton Warszawski (24 marca – zając na czas 2:00);
- maraton sztafet Accreao Ekiden (21 kwietnia – zapłacone);
- Bieg Ultra Granią Tatr (22 czerwca – jeśli uda się zapisać;));
- inny górski ultra (jeśli na powyższy nie uda się zapisać);
- ¼ Iron Man Triathlon, by zobaczyć jak to jest przed Poznaniem (lokalizacja i czas do zdecydowania);
- ½ Iron Man Triathlon w Poznaniu (4 sierpnia – zapłacone);
- jakiś maraton jesienią (do zdecydowania);
- Biegnij Warszawo, Praska Dycha, Bieg Niepodległości lub inne 10 km jesienią (zależnie od terminów);
- 8-9 PMNO na dystansie 50 km przez cały rok (lokalizacje do zdecydowania).

I może jakiś półmaraton jesienią, bo 2-letnia życiówka to przesada;)

Patrzę na to i… mam wrażenie, że robi mi się trochę za gęsto. Że za dużo chcę. Że wśród tych rzeczy, które chciałbym robić (postanowiłem też regularniej chodzić na ściankę wspinaczkową), zrobiło się trochę za ciasno. Z jednej strony robi się problem z wolnymi weekendami i czasem dla rodziny i przyjaciół, a z drugiej pojawia się rozstrzał w kwestii przygotowań.

Bo niby wszystko to wytrzymałościówka, ale przecież 80 km po tatrzańskich szlakach to coś kompletnie innego niż maraton w Barcelonie, o triathlonie nie wspominając. Przy powyższej rozpisce nie mogę sobie założyć jakiegoś długofalowego planu treningowego i spokojnie go realizować. Choć tak naprawdę to jeszcze nigdy w życiu żadnego nie miałem i jakoś biegam, acz trochę zazdroszczę Marcinowi współpracy z Kancelarią Kingi i Wojtka, bo to niemal pewna gwarancja tego, że mój imiennik zrobi postęp jak stąd do Paryża.

A ja się w przygotowaniach trochę szamoczę. Od dwóch miesięcy trenuję pływanie, bo to moja najsłabsza strona, więc dałem sobie dużo czasu na przygotowania. Staram się, by 2-3 wizyty tygodniowo na basenie były normą. Kręcę też na rowerze, żeby powoli zbudować formę i w tej dziedzinie. Ale aktualnie najważniejsza jest Barcelona (choć za niespełna trzy tygodnie Skorpion, więc parę dni przed i po nim będę odpoczywał i przygotowania do BCN trochę na tym ucierpią), więc na razie zamierzam skupić się na bieganiu, ograniczając trochę basen i rower… Potem mój „plan” dostosuję pod start górski, wplatając w to jakieś PMNO, a po górach skupię się na końcówce przygotowań do triathlonu.

I jak znam siebie to wszystko się uda. Pewnie wszystko się zmieści, upakuje, zrealizuje i pęknę z dumy po ukończeniu Poznań Trathlonu, a jesienią w rozpisce pojawi się kilka nowych życiówek. Ale czasem przychodzi mi do głowy jednak ta myśl, że próbuję złapać za dużo srok za ogon i nie umiem z nią nic zrobić poza podzieleniem się nią z Wami;)

Co motywuje mnie do treningów?

„Nie wiem, czy miałem już kogoś, kto tak szybko robiłby postępy.” – jedno proste zdanie wypowiedziane przez instruktora pływania i triathlonu sprawiło kilka dni temu, że kolejne pięćdziesiątki na Inflanckiej machałem ze spięciokrotnioną motywacją. Hop-wyciągamy rękę jak najdalej-łokieć-do końca-hop-oddech-rotacja biodrami i tak w koło. Nie wiem, na ile słowa te miały na celu właśnie zmotywowanie mnie do lepszej pracy, a na ile mam talent Michaela Phelpsa (albo chociaż Artura Wojdata), ale podziałało, a to jest najważniejsze.

Ten motywacyjny kop sprawił, że zacząłem zastanawiać się nad tym, co napędza mnie do treningów. Dlaczego w najgorszej nawet pogodzie, w mrozie, śniegu, upale czy deszczu, wychodzę pobiegać? Wracając w poniedziałek z basenu byłem tak zmęczony, że prawie zasnąłem na stojąco w autobusie. I było mi z tym dobrze:)

Wyniki
Pisałem już kiedyś, że lubię się ścigać. Lubię wygrywać z kolegami, lubię pobijać ich rekordy, sprawia mi to przeogromną satysfakcję. A porażki? Doskonale motywują do pracy! Mając znajomych na podobnym poziomie można się naprawdę fajnie bawić.

Do tego dochodzi pobijanie własnych rekordów. Pamiętam latem 2011 r. w ramach przygotowań do debiutu na Maratonie Warszawskim zapisałem się na Bieg Powstania Warszawskiego. Ówczesna życiówka na 10 km (50:09) pochodziła z jesieni 2010 r., gdy w ogóle zacząłem biegać. Klepałem kilometry do maratonu i pewnego wieczoru, jakiś tydzień przez Biegiem Powstania, postanowiłem pobiec szybszą dychę, by sprawdzić jak to wygląda. Wyszło 48:37, czyli o półtorej minuty lepiej niż ówczesna życiówka! Dodało mi to sporo wiary w siebie i siły do dalszej pracy.

Kibice
Pamiętacie, że na Poznań Maratonie kibicowało mi „prawie 17 osób” – Ninka była wtedy jeszcze w brzuchu u mamy:) Dzięki tym, którym chciało się przyjechać kilkaset kilometrów, którym chciało się wstać o rzeźnickiej jak dla nich porze w niedzielę rano, którym chciało się wyczekiwać kilkadziesiąt minut w jednym miejscu tylko po to, by zobaczyć mnie w tłumie biegaczy przez kilkanaście sekund oraz tym, którzy na mecie gratulowali mi udanego biegu, w najtrudniejszym momencie miałem siłę, by się nie zatrzymać. By biec dalej, aż do samej mety i nie tylko ukończyć maraton, ale i całego go przebiec.

Przełamywanie własnych granic
Pierwsza dyszka, pierwsze ukończone zawody na orientację na 50 km, pierwszy maraton, a w przyszłości pierwszy triathlon, bieg górski… Każdy kolejny krok dodaje sił do tego, by pracować dalej. I wiecie co? Nie mam obaw o to, że skończy mi się przestrzeń do tego, by pójść dalej, by robić kolejne kroki. Bo zawsze jest do poprawienia kolejny wynik, kolejna bariera do przeskoczenia… W 2013 r. szykuje mi się sporo takich barier;) Pierwszy triathlon na rozgrzewkę, potem Half Ironman w Poznaniu jako docelowy start, do tego marzenia o górskim ultra, kolejne maratony, a jesienią mam nadzieję wreszcie zejść poniżej 40 min. na dystansie 10 km. Jest nad czym pracować! Bo w bieganiu, czy w ogóle sportach wytrzymałościowych genialne jest to, że wszystko osiąga się własną ciężką pracą i poświęceniami.

Uzależnienie
Nie da się ukryć, że bieganie uzależnia. Już kilkudniowa przerwa od udeptywania świata sprawia, że człowiek jest jakiś nieswój, że czegoś mu brakuje. To kwestia endorfin, nazywanych hormonem szczęścia, które powodują stany euforyczne u osób biegających na dłuższe dystanse. To sprawia, że po mocnym treningu już nie mogę doczekać się kolejnego. Już planuję, kiedy znów założę buty i na godzinę czy dwie zapomnę o otaczającym świecie. Bo, jakkolwiek patetycznie by to nie zabrzmiało, uprawiając sport odnajduję harmonię z samym sobą. Jest mi z tym po prostu dobrze:)

Do tego dochodzi coś, czego nie za bardzo potrafię nazwać. Chodzi mi o swego rodzaju pokazanie samemu sobie, że mogę. Nie wiem, do której kategorii czynników motywacyjnych do przykleić, więc hasłowo rzucam na koniec.

Wyspowiadałem się, pora na Was. Co motywuje Cię do treningów?