Archiwa kategorii: 10 km

Ten, w którym poznajecie Muchę, a ja mam 39:49 na dychę

Nie byłoby mojego biegania, gdyby nie muzyka. Jeśli nie mam słuchawek w uszach, to zawsze cośtam sobie w głowie śpiewam. Zwykle jako motywator doskonale działa mi Luxtorpeda, która uratowała mnie podczas triathlonu w Poznaniu, gdy praktycznie byłem już praktycznie na przegranej pozycji w Wielkim Wyścigu, właściwie w momentach kryzysu na zawodach prawie zawsze pomaga mi grana gdzieś w środku muzyka. Tym razem od pierwszego do ostatniego kilometra w uszach grał mi jeden kawałek.

Wpada w ucho, co? To efekt weekendu w towarzystwie dwójki przesłodkich urwisów;) Dzieciaki uwielbiają ten kawałek.

No, ale do rzeczy: XXV Bieg Niepodległości. Najważniejszym założeniem taktycznym było: nie dać się pociągnąć tłumowi na starcie. Pobiec pierwszy kilometr spokojnie, a potem zacząć przyśpieszać i wyprzedzać tych, co się podpalili. Ustawiłem się więc w drugiej części pierwszej strefy, a pierwszy kilometr spędziłem niemal cały czas gapiąc się na zegarek żeby tylko nie pobiec za szybko. Miałem w pamięci tegoroczne Biegnij Warszawo 2013, gdzie siły skończyły mi się po kilku kilometrach, więc miał to być mój bufor bezpieczeństwa.

Wyszło 4:18, pięknie. W planie było potem puścić nogi w tempie 4:00 min/km i przebiec tak równo siedem kolejnych kilometrów. Plan został zrealizowany w stu procentach. Kolejne tysiączki zaliczyłem w 4:00, 4:03, 4:02, 3:58, 4:00, 3:59 i 3:58 – lekko przyśpieszając w drugiej części. Dziwiło mnie tylko niskie tętno, które przez 6 km nie przekraczało nawet 175 bpm, podczas gdy na Biegnij Warszawo na tym poziomie było już na drugim kilometrze.

Biegowe samojebki ze znajomymi kibicami i współbiegaczami to już tradycja:)

Wyprzedzać zacząłem właściwie już po kilometrze, gdy tylko przyśpieszyłem. Po 2,5 km byłem 693., w połowie dystansu 532., a na 7,5 km 406. Końcowy wynik dał mi zaś 337. miejsce. Przez 7,5 km wyprzedziłem ponad 350 osób, co oczywiście sprawiało mi wielką radość i motywowało do dalszego trzymania tempa;)

Po powtórnym minięciu Ronda ONZ i sąsiadującego z nim mojego studenckiego mieszkania przy ul. Pereca, postanowiłem zwiększyć obroty. Nie miałem założonego tempa na te dwa ostatnie kilometry – chciałem po prostu pobiec je szybciej. Wszedłem w rytm tempa ok. 3:50 min/km i… żałowałem, że nie zrobiłem tego wcześniej, bo biegło mi się doskonale! Złapałem biegowy flow w swoje łapy i razem przebiegliśmy tak dobre półtora kilometra.

Na kilkaset metrów przed metą nie wierzyłem w możliwość poprawienia 39:51 z Biegu Powstania, ale po minięciu swojej grupki kibiców (własny prywatny osobisty Chrześniak mnie dopingował!!) uznałem, że brak walki do końca to zupełnie nie w moim stylu i dodałem gazu. Wyprzedzałem kolejne osoby i co chwilę spoglądałem na zegarek. Co chwilę zmieniałem zdanie co do tego, czy uda mi się poprawić życiówkę, ale nie poddawałem się. Ostatnie metry to już naprawdę sprint, wg Garmina finiszowałem w tempie 2:40 min/km.

Estetycznie nie wypadło to chyba najlepiej, bo widząc, że do mety mam nie więcej niż kilkanaście metrów, a by złamać życiówkę muszę przebiec je w kilka sekund, rzuciłem się do jeszcze bardziej intensywnego biegu, co na tym poziomie zmęczenia musiało wyglądać fatalnie. Za technikę biegu byłaby dwója. Mam tylko nadzieję, że nikt nie uchwycił tego na fotce, bo zapewne wyglądało to pokracznie.

Ale mocny finisz nie zmienia faktu, że w trupa tym razem nie pobiegłem, tuż za metą miałem nawet siłę zrobić kilka „pąpek” i… udzielić wywiadu Panoramie, która mnie zgarnęła;) Niestety, moja opowieść o fladze, hymnie Polski i życiówce nie była dla nich zbyt ciekawa i moją wypowiedź olano. Mam teorię, że to przez wspomnienie o naszej pąpkowej akcji – pewnie ObozyPompkowe.pl mają tam swoje wtyki;)

A na mecie? Endorfiny aż mi kipiały z uszu, uwielbiam ten stan! Dzięki temu, że pobiegłem dość spokojnie (po tętnie to widać – na finiszu doszło do 183 bpm, podczas gdy na BW taki poziom osiągnąłem już po 4km!), doskonale taktycznie i jeszcze zrobiłem życiówkę, miałem z tego biegu pełną i niczym nie zmąconą radość. Chciałbym Wam tu opisać epicką walkę z kryzysami, mordercze podbiegi i to, jak ostatnimi nogami ciągnąłem się na czyichś plecach, ale nic takiego się nie wydarzyło. Po prostu świetnie mi się biegło od startu do mety, a życiówka zrobiona na takim luzie jest dla mnie przemiłą niespodzianką:)

Przy okazji tego biegu poprawiłem nie tylko życiówkę na 10 km, ale wg Endomondo także… pięć innych! O ile rekordy na milę, 3 mile czy 3 km nic dla mnie nie znaczą, bo tych dystansów nigdy nie biegam, to nowy rekord w teście Coopera (3,16 km) oraz na 5 km (19:23) sprawiły mi ogromną frajdę. Oczywiście to pomiar GPS, więc obarczony jakąśtam niedoskonałością, ale wg wyników BN drugą piątkę pobiegłem w 19:27, co i tak jest lepszym wynikiem niż dwa starty na 5 km w łódzkim Parkrunie.

Ładnie się prezentuje, prawda?:)

Na dodatek po biegu zupełnie nie byłem zmęczony. Po startach na 10 km cośtam zwykle jednak boli, potrzebuję jednego-dwóch dni na regenerację. Tymczasem w poniedziałek… mógłbym iść biegać już wieczorem. Czułem się jak po mocniejszym treningu i nic więcej. To, a także rekord na 5 km oraz niskie tętno pozwalają mi z optymizmem spojrzeć na przyszły sezon, bo widać, że jest potencjał do dalszej poprawy wyników.

Ach, dodać trzeba jeszcze, jak wyglądał mój BPS, czyli bezpośrednie przygotowanie startowe, które obejmowało najpierw cztery trudne treningi w ciągu tygodnia (tempo progowe, podbiegi i dwa razy interwały), a potem… mało snu, trzy piwka każdego wieczoru, dużo jedzenia przy gościnnym stole i 2 kg ponad wagę startową – to już ostatnie trzy dni. Ot, towarzyski długi weekend mi się trafił;) Faktem jednak jest, że nie polecam takiego BPS-u, bo gdyby nie te browarki to pewnie spokojnie 39:30 bym zrobił, a pewnie i lepiej.

I znów zostałem przyłapany na trzaskaniu sobie słit foci…;) /
fot. BM, PrzebiecMaraton.pl Kasia, rusz-sie.pl

Warszawski Bieg Niepodległości jest na polskiej mapie biegowej imprezą wyjątkową. Organizatorzy dają dwa kolory koszulek: białe i czerwone. Sugerują też ustawienie się po odpowiedniej stronie ulicy, co sprawia, że biegnący wyglądają jak niekończąca się biało-czerwona flaga. To niesamowity widok, a być tam w środku jest fantastycznym uczuciem. Przed startem naturalnie Mazurek Dąbrowskiego (czy mi się zdaje, czy poprzednio było więcej niż dwie zwrotki?), przy którym niezmiennie czuję dreszcze wzruszenia.

Jak dodać do tego najszybszą trasę w Warszawie, piękną pogodę, bardzo dobrą organizację i sporo kibiców na trasie to nie ma innego wyjścia, jak powiedzieć, że było to świetne zakończenie sezonu 2013. Początkowo chciałem ten bieg ująć jako rozpoczęcie sezonu 2014, ale byłoby to chyba przesadą. Nowy sezon zaczął się wczoraj rano skoro świt od 8,5 km biegu spokojnego. Treningi na wiosenny maraton uważam za rozpoczęte!

Ach, byłbym zapomniał! Kibice! Jak fajnie jest mieć biegowych znajomych, och jak fajnie! Nie od dziś wiadomo, że biegacze biegaczom są na trasie wodą na młyn, a mi ich nie brakowało! Najpierw zauważyłem przy ulicy Avę, a przy powrocie w podobnym miejscu stała Hankaskakanka z rodziną, z którą przybiłem piątkę około ósmego kilometra:) Przed SGH-em, na wysokości ul. Batorego wywołał mnie z tłumu (no, może nie takiego tłumu, ale z grupy biegaczy;)) ktoś jeszcze, ale go nie poznałem. Kim jesteś dobry człowieku, który dodał mi sił w połowie trasy? Ujawnij się, proszę:)

Ten, w którym jest kiepsko, a ja pękam z dumy

Biegnij Warszawo 2013 było w moim wydaniu chyba najgorszym biegiem ever. Lista błędów z przygotowań i samego dnia startu sięga stąd na Księżyc, a czas na 10 km gorszy o 2 min. od życiówki, którą chciałem poprawić o kilkadziesiąt sekund, był tylko naturalną ich konsekwencją. A mimo tego od niedzieli chodzę dumny jak paw, bo dawno żaden bieg nie sprawił mi tyle radości i nie przyniósł tyle satysfakcji. Jak to?

A tak to, że w tegorocznym Biegnij Warszawo mój start był mało ważny, bo wystartowały w nim także doskonale Wam już znana NKŚ (fanfary) oraz nasza bliska kumpela D. Ich przygoda z bieganiem trwa dłużej z większymi przerwami (NKŚ) lub krócej bez przerw (D), ale tej jesieni rozwija się niesamowicie. Dziewczyny zaczynały od marszobiegów wg rozpiski Trenera Tygrysa z portalu TreningBiegacza.pl i z żelazną konsekwencją (no, przynajmniej tak w miarę) zwiększały proporcję pomiędzy biegiem a marszem, klepiąc w tym roku po prawie 200 km.

Truchtingowałem z nimi, zdarzyło nam się nagiąć schemat treningowy, bo chciałem im udowodnić, że dadzą radę pokonać 10 km i oczywiście dały radę. Na ostateczny test czas przyszedł 6 października 2013 r. Pożegnaliśmy się przed startem, bo wolały pobiec same niż ze mną i poszły konie po betonie. Mój Dream Team dotarł do mety nawet nieco szybciej niż oczekiwałem, po 1:04 od przekroczenia linii startu. Dzięki mądrej taktyce (nie ma jak pożyczony Garmin na ręku;)) dziewczyny przeszły do marszu tylko raz, przy punkcie z wodą) i przyśpieszyły w drugiej połowie dystansu.

A ja… widząc je wbiegające na metę (no dobra, zauważyłem tylko jedną, druga pędziła tak, że jej nie dostrzegłem;)) wzruszyłem się bardziej niż przy jakimkolwiek swoim starcie. Najważniejszy były ich uśmiechy od ucha do ucha na mecie i duma z siebie, przy której i moja radość rosła jak na drożdżach.

Dawno już chciałem napisać, że to co sprawia mi największą radość w bieganiu to wcale nie życiówki, dystanse i własne „osiągnięcia”, ale wciąganie w nałóg najbliższych. Gdy D po którymś truchtingu wyznała mi, że jak kilka dni nie pobiega, to ją cholera strzela, byłem w siódmym niebie, a każde spojrzenie na medale NKŚ (już dwa!) sprawia, że uśmiecham się pod nosem. Znajomych, którzy biegają, mam coraz więcej i bardzo mi się to podoba:)

A moje Biegnij Warszawo? Wydawało się, że powinienem poprawić 39:51 z Biegu Powstania Warszawskiego, bo przecież tam było gorąco, dwa podbiegi itd itp. Zacząłem tak, jakbym chciał zrobić życiówkę nad życiówkami. Wg Garmina pierwsze trzy kilometry to 4:03, 3:56 i 3:59 – początek dobry na łamanie 39, a nie 40 minut. Potem nastąpił kilometrowy podbieg ulicami Spacerową i Goworka i pierwszy raz w historii podczas wbiegu na Skarpę Warszawską byłem wyprzedzany, a nie wyprzedzałem. Tętno doszło do 183-184 i na kolejnych kilometrach nie mogłem go zbić, mimo zwolnienia do 4:15 (6. i 7. km).

Układ trawienny wariował, a gdy próbowałem przyśpieszać, natychmiast pojawiał się odruch wymiotny (?!) i wolałem zwolnić. Na miękkich nogach poleciałem ostatni kilometr w 3:45 (z górki – rok temu biegłem tu w podobnym tempie na całkowitym luzie!) i mimo zachęt ze strony kolegi triathlonisty, który rozpoznał mnie po opasce na numer, powstrzymałem się od tradycyjnego finiszu. Za metą z nieznanych przyczyn odbiło mi się rybą.

Pomysł na BW był taki, by robić sobie zdjęcia ze znajomymi, poszło nieźle:)

Okazuje się, że po ponaddwutygodniowym odpoczynku i raptem dwóch dobrych treningach nie da się dobrze pobiec 10 km. Gdy dodać do tego zapuszczenie się w codziennej gimnastyce i ćwiczeniach siłowych, brak basenu i roweru, nadmiar piwka oraz niezdrowe odżywianie, to mamy prosty przepis na to, jak nie biegać życiówek. A listę moich błędów dopełnia niedzielne śniadanie, które było prawdopodobną przyczyną problemów żołądkowych. Zamiast tradycyjnej białej bułki z dżemem, zjadłem ciemną bułę z wędliną i chrzanowym serkiem kanapkowym. NIE RÓBCIE TEGO W DOMU!;)

Za półtora tygodnia Półmaraton Kampinoski, marzyło mi się pobiec go w tempie 4:10-4:12. Z oficjalnego wyniku BW wynika, że moje średnie tempo w tych zawodach wyniosło 4:11. Jak znalazł;)

A wiecie, że Półmaraton Kampinoski nie będzie dla mnie najważniejszym wydarzeniem biegowym tamtego weekendu? Dzień później w Parku Skaryszewskim będzie Praska Dycha i członkinie Dream Teamu będą tam atakować swoją życiówkę:)

Ten, w którym warto wiedzieć, gdzie jest meta, czyli 39:51 na dychę!

Do mety jeszcze 2000 m. Takie interwały biegałem ostatnio po 3:50, dam radę i dziś! 1600 m, dam radę. Kilometr do mety, będzie życiówka na 100 procent! Ostatni podbieg. Prawie nie zwalniam, cisnę niewiele wolniej niż 4:00 min/km. Z daleka wypatruję NKŚ, ale one mnie nie widzi, patrzy jakby gdzieś dalej. Dlaczego?! Przebiegam tuż obok i dopiero mnie zauważa, o co chodzi? Wbiegam na metę, zatrzymuję stoper i słyszę NKŚ „Misio, meta jest tam!!”. O jasna dupa, zatrzymałem się na macie z półmetka! Przeskakuję przez płot i przechodzę przez metę 12 sekund po tym, jak minąłem ją po raz pierwszy…

Bieg Powstania Warszawskiego na dystansie 10 km składa się z dwóch pętli po centrum Warszawy. W pewnym momencie jest rozwidlenie i w lewo biegnie się dalej, a w prawo do mety. Jednym uchem usłyszałem tam „piątka na prawo, dziesiątka na lewo”, ale dotyczyło to pierwszej pętli, na drugiej trzeba było już pobiec w prawo. Na maksymalnym zmęczeniu nie pomyślałem logicznie i skończyło się jak skończyło – trzecią z rzędu nie do końca oficjalną życiówką na 10 km. Najpierw była trasa bez atestu (XX Biegi Żnińskie), potem znów bez atestu i to jeszcze za krótka o jakieś 100-200 metrów (5. Bieg Dookoła Zoo), a teraz mój czas ze stopera nie zgadza się z oficjalnym z listy wyników (39:51 vs 40:03)… No nic, wysłałem do orgów maila z odwołaniem do wyników, półmetkowa mata powinna była mnie odczytać, więc może uwzględnią mój prawdziwy wynik.

Podobnie jak rok temu i teraz warunki podczas Biegu Powstania były wybitnie nie biegowe. Przed startem termometry wskazywały jakieś 27-28 stopni, ale przynajmniej był lekki ruch powietrza, nie tak jak rok wcześniej. Już w trakcie rozgrzewki z Leszkiem i Radkiem konkretnie się zgrzaliśmy, a kilka minut spędzonych w przedstartowym tłumie sprawiło, że pot lał się ze mnie strumieniami.

Z Radkiem i Leszkiem jeszcze przed rozgrzewką / fot. RadekBiega.pl

Niestety, z każdym rokiem Bieg Powstania Warszawskiego jest coraz mniej powstańczy. Owszem, był przed startem Mazurek Dąbrowskiego (czy naprawdę tak trudno zdjąć czapkę z łba i być te kilka minut cicho…?), ale chwilę wcześniej uraczono nas hip-hopem (tekst chyba był o Powstaniu, ale średnio zrozumiałem), a podczas biegu inscenizacji powstańczych było jakby mniej niż w ubiegłych latach. A szkoda, bo jest to doskonała okazja, by przybliżyć biegaczom i warszawiakom Powstanie.

Odliczanie od dziesięciu i… poszli! „Tylko się nie spalić, tylko się nie spalić na pierwszym kilometrze!” – powtarzam cały czas. Ustawiłem się w 7-10 rzędzie, bo tak oceniałem swoje szanse w klasyfikacji oceniałem na początek drugiej setki. Oczywiście na pierwszych 200 metrach tłum sprinterów ostro napiera, ale udaje mi się kontrolować tempo i pierwszy kilometr wchodzi w 4:06. Na drugim wchodzę w docelowe 3:59, na Krakowskim Przedmieściu tłumy kibiców, strasznie lubię atmosferę tego biegu. W letni sobotni wieczór warszawskie ulice pełne są ludzi, którzy okazują biegaczom wiele serdeczności, choć nie brakuje i takich, którzy nie są w stanie wytrzymać kilku minut z przejściem na drugą stronę ulicy i walą w tłum.

Karową w dół tradycyjnie pozwalam nogom wykorzystać grawitację i nadrabiam kilka sekund. Część startowych sprinterów już opadła z sił i wyprzedzam kolejne osoby. Wisłostradą równo po 4:00, pod górkę ul. Sanguszki zwalniam tylko trochę i wyprzedzam Leszka, który planował biec minutę wolniej niż ja, chyba przesadził na pierwszych kilometrach skoro był z przodu.



Na półmetku łyk wody i dzida dalej. Znów Bonifraterska, Plac Krasińskich, Miodowa, Krakowskie Przedmieście i tłumy. Tempo około 4:00. Przy Bristolu trzy matrony z publiczności tarabanią się na trasę tuż przede mnie. Ryczę „Z DROGI!!!” tak, że pół Krakowskiego musiało mnie usłyszeć. Matrony się usuwają, ale ich miejsce zajmuje atak kolki. Dobrze, że jest zbieg, mam jakieś 2 minuty na zwalczenie go. Udaje się, na Wisłostradę wybiegam już w pełni sił, a Garmin pokazuje, że ostatni kilometr zrobiłem w 3:49, bosko! Wyprzedzam kolejnych zawodników, dziewiąty kilometr w 3:57, na ostatnim jest podbieg, a robię go w 3:53, wyprzedzając jeszcze kogoś. Epickie wpadnięcie na metę znacie już z pierwszego akapitu…

Oczywiście z wyniku jestem zadowolony, ja wiem, że nabiegałem 39:51, choć w wynikach póki co stoi 40:03. Znów udało mi się kapitalnie rozegrać to taktycznie, nie podpaliłem się na początku i drugą pętle pobiegłem parę sekund szybciej niż pierwszą, nie zwalniając przy tym na całkiem trudnym podbiegu. Jak na warunki pogodowe, był to kapitalny rezultat, a że apetyt rośnie w miarę jedzenia to jesienią będę chciał pewnie złamać 39, cel nie może być przecież zbyt łatwy do osiągnięcia:)

XXIII Bieg Powstania Warszawskiego – ocena biegu

Organizacja 4/6 – sprawne wydawanie pakietów, wodopój na połowie trasy, kurtyna wodna przy Karowej, na mecie banan i picie oraz bardzo dobra koszulka techniczna Asicsa w pakiecie za 50 zł – tak powinno być na każdym biegu! Na dodatek na trasie sporo było fotografów z Fotomaratonu, więc spodziewam się paru fajnych fotek, którymi pochwalę się na FB. Po stronie minusów warto jednak zapisać kiepskie oznakowanie kilometrowe trasy (zauważyłem tylko flagę na 4/9km, a obiecywano oznakowanie co kilometr), a przede wszystkim niewykorzystanie potencjału powstańczego. O to, żem gamoń i nie trafiłem na metę do organizatorów pretensji mieć nie mogę;)

Trasa 6/6 – trasa nie zmieniła się od paru lat, to był mój trzeci Bieg Powstania Warszawskiego. Znam ją na pamięć i bardzo lubię. Jest długa prosta, jest podbieg, który można sobie odbić na zbiegu, z mojego punktu widzenia nie sposób jej cokolwiek zarzucić.

Kibice 6/6 – ludzi było bardzo dużo i naprawdę kibicowali. Bili brawo, krzyczeli, przybijali piątkę. Ze względu na porę roku i godzinę startu jest to chyba najlepiej obsadzony przez kibiców bieg w Warszawie.

Okiem statystyka
Były cztery międzyczasy, więc jest co analizować:)
Oto tabelka z międzyczasami i moją pozycją na poszczególnych punktach. Po 1,5 km byłem 266., a potem coraz wyżej, to lubię!

punkt
czas
pozycja
1,5 km
0:05:24
266
2,5 km
0:09:20
186
5 km
0:20:11
136
6,5 km
0:25:32
117
7,5 km
0:29:29
105
10 km (nieoficj.)
0:39:51
97
10 km (oficj.)
0:40:03
102

Zapis z Garmina:

Ten, w którym Goryl ma rację, a ja biegam prawie_dychę w 40:15

Lubicie komiksy, c’nie?:)

Zostałem wezwany do rozsądzenia tej sprawy, bo kto to widział, by po sześciu dniach poprawiać życiówkę?! Szybko wyjaśniło się, że Goryl miał rację, a świadkami wydarzenia, podczas którego nabiegałem 40:15, były między innymi antylopy, foki, żubry, zebry i wielbłądy zamieszkujące Miejski Ogród Zoologiczny w Warszawie. Ale właśnie jeden z wielbłądów, którego prapradziadek od strony babki matki żył na Saharze, zwrócił mi uwagę, że to 10 km nie do końca miało 10 tys. metrów, bo wg jego garbu (a nawet dwóch) to wyszło tego nie więcej niż 9900 metrów. Życiówkę uznaję więc za lekko nieoficjalną. Choć nawet gdyby meta była o 100 metrów dalej, to życiówka i tak by była, więc zmiana na wystawce medali nastąpić musi!

Aktualna wystawka, na najwyższym stopniu podium maratońskie 3:19:14 z Barcelony:)

Lekkie zamieszanie z długością trasy nie zmienia faktu, że biegło mi się doskonale. Składająca się z trzech pętli trasa była dość kręta i często trzeba było szarpać tempo, by nadrobić zawrotkę lub ostry zakręt. Zacząłem spokojnie (4:11), by potem powoli przyśpieszać. Kolejne kilometry wskoczyły w 4:08, 4:06 i 4:04. Po 4 km byłem na 54. miejscu. Wiedziałem już, że tego dnia 39:XX nie nabiegam, lecz postanowiłem do upadłego walczyć o jak najlepszy czas. Dalej 4:07 (w tym podbieg, dlatego trochę wolniej), 4:05, 4:01 i 4:06, a tętno na dobre zadomowiło się na poziomach wyższych niż 182 bbm. Po 8 km zajmowałem już 40. pozycję praktycznie co minutę kogoś wyprzedzając. Nie było więc takiej integracji jak w Żninie, bo najdłużej z jedną osobą to biegłem chyba z 3-4 minuty.

Uśmiech to zbędny wydatek energetyczny, skupienie przede wszystkim!

Widzicie spojrzenie zawodnika z nr 733? On już wie…:D
Na mecie byłem pół minuty przed nimi!

Przedostatni kilometr to znów podbieg, ale odbiłem sobie go na długiej prostej i dziewiątka weszła w 4:03. Przy oznaczeniu „9 km” Gremlin pokazał 9,00 km co trochę mnie zdziwiło, bo zwykle zegarek dolicza około 1 proc. dystansu. Ale co robić, ostatni kilometr trzeba lecieć w trupa, docisnąłem więc gazu i poszły konie po betonie. Wyprzedzam tłumy (dublowanych) i jednostki (wyprzedzanych „normalnie”) i niemal frunę, bo wiem, że życiówka jak-ta-lala na pewno będzie. Metę przeskakuję z rękoma w górze i okrzykiem radości, na dużym wyświetlaczu jest mniej niż 40:30, a mój zegarek wskazuje 40:15.

Finisz na ostatniej prostej!

Mimo braku złamania wymarzonego 40:00 jestem po biegu w pełni usatysfakcjonowany:) Taktycznie rozegrałem go doskonale, a na lepszy wynik nie pozwoliły moje obecne możliwości oraz kręta trasa. Mam jednak poczucie, że jeszcze w tym sezonie 39:XX osiągnę i to dopiero będzie wydarzenie!

Miłym zaskoczeniem było miejsce w klasyfikacji generalnej. Na 843 osoby, które ukończyły bieg byłem 28! W swojej kategorii wiekowej (M30) na 249 uczestników zająłem 10. miejsce, tak wysoko nie byłem jeszcze nigdy.

5 Bieg Dookoła Zoo (ocena)

Organizacja 4/6 – ja tego nie potrzebowałem, ale byli tacy, co narzekali na brak wodopoju – w sumie było dość ciepło i jak ktoś biegnie przez godzinę to nic dziwnego, że chciałby się schłodzić. To spore niedociągnięcie. Trasa była za to dobrze oznakowana, z wydawaniem pakietów startowych też problemów nie było. Trzeba jednak zwrócić uwagę na bardzo wysokie wpisowe – 80 zł za bieg na dystansie 10 km to sporo. Za to w pakiecie jest techniczna koszulka, która jest JEDYNĄ w mojej kolekcji koszulką biegową bez logo sponsora. Podoba mi się to i na pewno będę z niej często korzystał!

Klimat 6/6 – świetny jest pomysł na konkurs przebierańców – bieg był dzięki temu bardzo kolorowy, a kibicowanie kolejnym biegaczom na ostatniej prostej było wyjątkowo przyjemne i wesołe. Do tego otoczenie biegu w postaci ogrodu zoologicznego, kapitalne!

Nie sądziłem, że motyle są tak szybkie!;)

Trasa 4/6 – jeszcze tydzień temu napisałem „nie lubię agrafek, nie lubię pętli, nie lubię wielu zakrętów o 90 stopni”. Chyba zmienię jednak zdanie co do pętli, bo w Zoo mi się one bardzo podobały. Miałem dzięki temu kilka szans, by rozejrzeć się wśród zwierzaków, mam też sporo zdjęć, bo kibicujące mi Magdę i Olę widziałem aż sześciokrotnie. Agrafek i ostrych zakrętów jednak nadal nie lubię, a tu było ich wyjątkowo dużo, acz należy to chyba uznać za koszt biegu w tak specyficznym miejscu, jakim jest ogród zoologiczny.

Kibice 4/6 – ładna pogoda przyciągnęła na trasę sporo spacerowiczów, ale za wyjątkiem ostatniej prostej i moich prywatnych kibicek, większość ludzi raczej biernie stała niż dopingowała. Barcelońskie szaleństwa wysoko postawiły mi poprzeczkę jeśli chodzi o ocenę dopingu na trasie. Za wielki plus należy za to uznać obecność zespołu bębniarzy, bo nic tak nie dodaje energii jak bębny. Dzięki temu, że biegliśmy po pętli to mijałem ich trzykrotnie, świetna sprawa!

Ten, w którym występują incepcja i nowa życiówka za stówkę

Wychodzę z namiotu, jest jeszcze ciemno. Robię kilka kroków i coś jest nie tak – nawierzchnia jest dziwnie sypka i chrzęści. Piasek? Przyglądam się, a to śnieg! O nie, koniec kwietnia, a my mamy biegać w śniegu?! Przecież nie wziąłem terenowych butów! Ale moment, moment, miało być pod 15 stopni, przecież aż tak prognozy się nie mylą. Ha, wiem! To sen, muszę się obudzić.

PSTRYK!

Wychodzę z namiotu, nadal jest ciemno. Sprawdzam nawierzchnię: ufff, normalny beton, po śniegu nie ma śladu. Czyli już się obudziłem. Wracam do namiotu, szykuję sobie strój na bieg. Włączam Gremlinka, by łapał zasięg GPS. Zapala się w nim intensywnie czerwona dioda, wcześniej takowej nigdy nie widziałem, o co chodzi? No ale nic, nie ma czasu, trzeba się szykować dalej. Obok leżą już gotowe ubrania Michała. Ej, stop, coś znowu jest nie tak! Przecież on biegnie Orlen w Warszawie (2:45! Imaginujecie z kim ja na co dzień bytuję w Fabryce?), a ja w XX Biegach Żnińskich. Ha, wiem! To sen, muszę się obudzić…

PSTRYK!

Nareszcie obudziłem się naprawdę i jestem u rodziców w domu. Łyk wody i wracam dalej spać… Pierwszy raz w życiu miałem sen we śnie (jak w filmie „Incepcja”) i w trakcie jego trwania sobie to uświadomiłem;) Rano pomyślałem, że taki sen to na pewno wróży hiperzajefajną życiówkę i uwierzyłem, że te 39:5X nabiegam. Ale w połowie rozgrzewki zaczynam czuć kolkę. Rozmasowuję i stwierdzam, że na pewno zaraz przejdzie, bo przecież nigdy mi się to nie zdarza. Będzie dobrze!

Odliczanie do startu 5… 4… 3… 2… 1… START! O, pistolet startowy nie zadziałał.

No nic, ruszamy bez niego. Ustawiłem się gdzieś w 3-5 rzędzie, bo tak oceniłem swoje szanse po ubiegłorocznych wynikach. Okazuje się, że wiele osób stojących za mną koniecznie chce pobić rekord prędkości na pierwszych 100 metrach i dzieją się dantejskie sceny. Udaje mi się nie upaść i lecimy. Po paruset metrach patrzę na zegarek – no jasny gwint! Dałem się porwać temu szalonemu tłumowi i biegnę w tempie 3:30. Zwalniam i wyrównuję tempo.

Pierwszy kilometr 3:57, za szybko, ale czuję się dobrze i biegnę już w swoim rytmie, w kilkuosobowej grupie, w której jest m.in. jedna z szybszych dziewczyn (potem się okazało, że ukończyła jako trzecia) oraz Gość_z_wielkimi_słuchawkami_na_głowie. Jest dobrze.

Było dobrze. Już nie jest, bo w pewnej chwili kolka wysyła sygnał do mózgu: „MAM CIĘ!”. Okazuje się, że poranny ból nie był taki od czapy. Próbuję rozmasować brzuch, ale biegnąc tempem 4:06 min/km (drugi kilometr) przy tętnie 180 bpm trudno jest się masować… Lekkie skłony też nie pomagają, a wiatr poza miastem dodatkowo utrudnia żywot. Boli. Przypominają mi się słowa Bo, która wzięła się za jazdę na rowerze: „Biegacze, co Wy wiecie o wietrze, który niby przeszkadza w treningach szybkościowych! Nic nie wiecie!”. Nie bacząc na ból i wiatr lecę dalej. Bratowa z Bratem czekają w umówionym miejscu z aparatem, na pierwszym z dwóch kółek nawet prawie udało mi się uśmiechnąć!

Pierwsze kółko i próba uśmiechu mimo bólu.
Obok mnie Gość_z_wielkimi_słuchawkami_na_głowie

Półmetek w 20:42. Szans na złamanie 40 min. nie mam. Boli, ale nie zamierzam się poddawać w walce o jak najlepszy czas. Gość_z_wielkimi_słuchawkami_na_głowie słabnie i zostaje kilka metrów z tyłu, biegnę równo z Szybką_dziewczyną, po raz drugi wylatujemy poza miasto.

Krok w krok obok siebie. Kadencję kroku każde z nas ma inną, ale oboje sapiemy jak lokomotywy, w takim samym rytmie. Dobry kwadrans takiego wspólnego dyszenia bez jednego nawet słowa, bo byłby to zbędny wydatek energetyczny. Na drugim kółku kolka i wiatr zbierają swoje żniwo – siódmy kilometr robimy w 4:16. Ale skoro boli i jest ciężko to na nawrocie (2,5 km do mety) co trzeba zrobić? Tak jest mili Państwo, przyśpieszyć! Ósmy w 4:08, dziewiąty w 4:02. Biegnę już sam, ale słyszę dosłownie pół kroku za mną kilka osób.

Poznajcie Szybką_dziewczynę,
jeszcze nigdy z nikim nie biegłem tak długo;)

Wyłączam myślenie i skupiam się na najbliższych możliwych celach, czemu sprzyja znajomość trasy: do restauracji Czapla, do domu rodziców Tomola, do Czarneckich, do Dużego Kościoła, do lodów, monopolu, Ekonomika i ostatnia prosta! W końcówce dorzucam do pieca, wyprzedzam jeszcze z dwie osoby (mnie też jakiś sprinter łyknął) i metę mijam po 41:23 (wg mojego zegarka). Oficjalny wynik to 41:25 i 48 miejsce na 235 osób, które wystartowały (jedna nie ukończyła). Rekord z ubiegłej jesieni poprawiony o prawie minutę, ale do mańkowego 40:50, które było kluczowym celem na ten dzień, zabrakło w cholerę i jeszcze trochę.

:)

Za metą bardzo ładny medal, który w domu ląduje na wystawkę z tymi najważniejszymi – z aktualnych życiówek. Tak, wiem, półmaratońska ma grubo ponad rok, ale jak tylko nawinie się w okolicy ciekawy bieg na 21,1 km to obiecuję ją poprawić:)

Wystawa z życiówkowych medali:)

Ocena biegu

Organizacja 3/6 – był punkt z wodą w połowie dystansu, widziałem, że niektórzy korzystali, mi szkoda było czasu, a aż tak ciepło nie było. Zorganizowano świetne zaplecze w budynku szkoły, gdzie po biegu można było coś zjeść i się napić, ale bałagan przy wydawaniu numerów startowych był spory.

Ale to i tak nic przy ogromnej wtopie z obsługą trasy – osobie, która biegła jako pierwsza w pewnym momencie źle pokazano trasę (na skrzyżowaniach stali strażacy i harcerze wskazujący kierunek biegu), przez co prowadzący wypadł z rytmu, zgubił kilka sekund i stracił pierwszą pozycję. Straszne niedociągnięcie.

Za minus uznaję też 40-złotowe wpisowe. Niby cena jak na bieg nie jest to wygórowana, ale oczekiwałbym, że organizatorom (nie był to przecież ich debiut, bo to XX edycja!) uda się znaleźć kilku sponsorów i w pakiecie startowym znajdzie się coś więcej niż wydrukowany na zwykłej kartce numer włożony w koszulkę foliową i promocyjny informator o regionie.

Trasa 4/6 – nie lubię agrafek, nie lubię pętli, nie lubię wielu zakrętów o 90 stopni i nie lubię wylatywania poza miasto, a to wszystko było w niedzielę. Ale… obiektywnie patrząc w takim małym Żninie trudno wiele z trasy wyciągnąć, bo jedyne długie proste ulice to przelotówki (droga krajowa/wojewódzka), których raczej zamykać się nie powinno dopóki nie powstanie obwodnica. Ale i tak było nieźle, bo ładny kawałek miasteczka zwiedziliśmy, a przynajmniej było bardzo płasko, co jest dużym plusem. Lepsze to niż wybiegnięcie na całą trasę poza miasto.

Kibice 6/6 – spotkałem tłumy znajomych twarzy, to ogromna zaleta biegania „u siebie”. W pełni rozumiem tych, którzy biegną w rodzinnym mieście maraton mimo tego, że nijak w planie startów i treningów im to nie pasuje. Leszku, biegnij w Lęborku, ja zrobiłbym tak samo!:) W niedzielę na trasie stawiło się więcej członków mojej rodziny niż mogłem się spodziewać, do tego ukochany chrześniak z rodziną, łącznie ponad 20 osób pochodzących z czterech pokoleń! Przekrój wieku moich kibiców to od 10 miesięcy to 88 lat! Się ma najlepszych fanów na świecie, co?:)

Bez dwóch zdań ze względu na ostatni punkt za rok też zamierzam się pojawić na Biegach Żnińskich:)

Ciekawostką jest, że wspomniana powyżej Szybka_dziewczyna to nie byle kto, tylko mistrzyni świata w nordic walking z 2010 roku! Ale w zacnym towarzystwie biegałem, co?:)

Ciekawostką numer dwa jest to, że wracając do Misiowa pisałem sobie w głowie tę relację i tak mnie to zajęło, że… nie zauważyłem postawionego przy drodze białego kółka z czerwoną obwódką i „60” wypisaną w środku;) Negocjacje z miłymi panami siedzącymi w niebiesko-białej Kii zakończyły się dla mnie zwiększeniem kosztu życiówki o 100 złociszy…

XXIV Bieg Niepodległości – 42:18 na zakończenie sezonu

Jakoś nie idzie. 100 czy 200 metrów za nawrotką wyprzedza mnie niepozornie wyglądająca dziewczyna. „O nie, nie dam się!”. Ruszam za nią. Zrównujemy się i od okolic Biblioteki Narodowej biegniemy razem. Mam okrutny kryzys i gdyby nie ona, na pewno nie dałbym rady utrzymać tempa. Jeśli jakimś cudem dziewczyno przeczytasz ten wpis to dziękuję przeserdecznie!:) Przebiegliśmy razem ok. półtora kilometra, do Dworca Centralnego. Tam poleciałem szybciej, potem było już coraz bliżej końca i na mecie wyszło 42:18 – nowa życiówka na 10 km!

To był doskonały dzień do pobijania życiowych rekordów. Słońce, optymalna temperatura, szybka trasa bez zakrętów czy podbiegów i sporo kibiców na trasie (Chór Uniwersytetu Warszawskiego rulez!).

Na linii startu ustawiam się kawałek za pacemakerem z balonikiem „40 min.”, co okazuje się być bardzo dobrą decyzją, bo praktycznie od startu mogę biec swoim tempem, nie blokując jednocześnie tych, którzy są szybsi. Problemem jest jedynie wyprzedzenie strefy PKO Banku Polskiego – jako główny sponsor imprezy mógł on wystawić swoich ludzi zaraz za strefą VIP/elita, a wiele z tych osób nie biega najszybciej. 100 metrów pokonałem po trawie, w tym czasie udaje mi się wyprzedzić kilkadziesiąt osób z tej strefy. Niestety, po powrocie na drogę dostaję „kosę” od tyłu i jakimś cudem tylko udaje mi się nie upaść. To kompletnie wytrąca mnie z rytmu. Za diabła nie mogę do niego wrócić. Szarpię tempo, a wmordęwind nie pomaga w dobrym biegu. W efekcie trzeci kilometr wychodzi wg Garmina w 4:21 – najwolniej ze wszystkich. Do swojego biegu wracam dopiero za wiaduktem nad Al. Jerozolimskimi i kolejne 4 km wychodzą niemal idealnie równo po 4:15 (przynajmniej wg Garmina).

Ale nie było łatwo…

W połowie dystansu mam do planowanego czasu 15 sek. straty. Zwykle dyszki biegam przyspieszając w drugiej połowie, ale tym razem wygląda na to, że będę miał z tym problem. Jakoś nie idzie. Kilkaset metrów za nawrotką wyprzedza mnie niepozornie wyglądająca dziewczyna. „O nie, nie dam się!”. Ruszam za nią. Zrównuję się z nią od okolic Biblioteki Narodowej biegniemy razem w odpowiadającym mi tempie 4:15. Trzyma mnie wtedy okrutny kryzys i gdyby nie ona na pewno nie dałbym rady utrzymać tempa. Jeśli jakimś cudem dziewczyno przeczytasz ten wpis, wiedz, że Ci bardzo dziękuję! Przebiegliśmy razem ok. półtora kilometra, do Dworca Centralnego. Tam na podbiegu ja zwalniam mniej niż ona, a na zbiegu lecę już jak szalony i tak kończy się wspólne bieganie. Dopiero na mecie zaczekałem, by jej podziękować za niezamierzoną pomoc:)

Z rozpędu i dzięki wiatrowi w plecy ósmy i dziewiąty kilometr robięw okolicach 4:10, a dziesiąty poniżej 4:00 – straty z pierwszej połowy dystansu zostały więc nadrobione z nawiązką i finalny czas to 42:18, o 36 sek. lepiej niż podczas październikowego Biegnij Warszawo. W głębi ducha liczyłem na złamanie 42 min., ale na dzień dzisiejszy była to poprzeczka za wysoko powieszona.

XXIV Bieg Niepodległości był bardzo dobrze zorganizowaną imprezą, ale jednego nie sposób nie zauważyć: część kilometrów była oznaczona fatalnie i nie jest to tylko moje wrażenie. 1, 2, 8 i 9 znaczek na pewno były w złym miejscu i mogły mocno zmylić kogoś, kto biegł bez GPS-a a tylko z zegarkiem.

Wymyślonego wiosną 40 min. jesienią nie udało się złamać. Cóż, uda się w przyszłym roku:) Na razie koniec biegania po szosie na ten sezon, najprawdopodobniej na twardym ścigał się będę teraz dopiero w połowie marca – na maratonie w Barcelonie. Ale koniec biegania po szosie to nie koniec w ogóle! Widzimy się za dwa tygodnie w Kielcach na Funex Orient, gdzie polecimy 50 km na orientację:)


Jest moc i nowa życiówka na dychę

Ależ mi brakowało endorfin! Tydzień biegania to jak dla mnie zdecydowanie za długo. Po Maratonie Warszawskim złapało mnie solidne przeziębienie, więc do piątku z założenia nawet nie dotknąłem butów biegowych. W sobotę chciałem iść na jakieś rozbiegano, ale skończyło się na… oglądaniu Nietykalnych (jak ktoś nie widział to polecam – kapitalny kawałek kina!), planie „pobiegam jutro” i… wieczornej imprezie:) Na tejże imprezie okazało się, że kogoś po maratonie cały czas boli łydka i nie chce ryzykować startu w Biegnij Warszawo, dostałem więc w prezencie numer startowy z czipem i stwierdziłem, że się przebiegnę.

Rano całkiem solidnie czułem jeszcze wieczorne spotkanie towarzyskie (nie, nie procenty a kalorie, które pochłonąłem) i za nic w świecie nie chciało mi się biegać. Nauczony doświadczeniem na linii startowej pojawiłem się 40 min. przed biegiem, dzięki czemu nie musiałem aż tak dużo przepychać się na pierwszym kilometrze i powoli nabierałem ochotę na zmęczenie się na warszawskich ulicach.

W kolejce do tojka spotykam sąsiada Leszka, dyskutujemy o planach na bieg. Nie mam pojęcia jak mi się będzie biegło, chcę atakować 44 min. – wszak poprawienie życiówki o minutę będzie świetnym wynikiem, dopuszczam jednak do siebie myśl, że po kilku kilometrach skończy mi się paliwo na szybkie bieganie i dotruchtam do mety w 46 albo 47 minut. Leszek chce uderzyć w okolice 43 minut, dla mnie wynik nieosiągalny. Zdejmuję z siebie worek na śmieci (nie lubię marznąć na starcie, a folia świetnie trzyma ciepło) i ruszamy razem. Leszek zaczyna mocniej i po paru metrach jest już z przodu. Mimo stanięcia blisko linii startu, jest ciasno, sporo osób biegnie dużo wolniej, jest nawet pani z kijami do nordic walking. Szybko umykam więc na chodnik wzdłuż Czerniakowskiej i biegnę nim kilkaset metrów, wyprzedzając w tym czasie sporo osób. Pod koniec pierwszego kilometra jest już luz i można normalnie biec.

Czarny tłum Biegnij Warszawo 2012

Założenie miałem takie, by biec ok 4:25 min/km. Pierwsza piątka wychodzi nieco szybciej: 4:20, 4:23, 4:24, 4:22 i 4:22. Pod koniec tej piątki jest podbieg Belwederską. Praktycznie nie zwalniam, czuję się świetnie, jestem tym aż lekko zaskoczony:) Kolejne dwa kilometry w 4:24 i 4:22 i wciąż mam siły! Na 3 km przed metą przyspieszam. Widzę przed sobą Leszka i przy skrzyżowaniu Marszałkowskiej z Al. Jerozolimskimi go wyprzedzam. Ósmy kilometr wychodzi w 4:00, ale skoro mam siły to lecę dalej. Niestety, Garmin nie radzi sobie tego dnia najlepiej i przy fladze „8 km” mam już 8,16 km na liczniku.

Patrzę więc na stoper: 35:11. Szybka kalkulacja odległości i czasu: żeby złamać 43 min. muszę ostatnie 2 km przebiec w tempie 3:54 min/km. Mając w perspektywie zbieg Książęcą, wydaje mi się to realne, więc znów przyspieszam. W duchu uśmiecham się do siebie, bo biegnie mi się doskonale i już wiem, że będzie świetna życiówka. Książęcą pruję jak strzała, cały czas wyprzedzam innych biegaczy, dziewiąty kilometr robiąc w 3:39. Jeszcze nigdy tak szybko nie przebiegłem tysiąca metrów*!

Do mety jest już po równym, ale staram się trzymać tempo. Na ul. Rozbrat kibice krzyczą „Agnieszka! Agnieszka!” – to Aga, trenerka z Obozów Biegowych. Dogonienie tak mocnej zawodniczki dodaje mi jeszcze sił, wyprzedzam ją i na ostatnią prostą wpadam na czele kilkunastoosobowej grupy, przed nami kilka metrów wolnej przestrzeni. Uśmiecham się już nie tylko w duchu, bo wiem, że życiówkę pobiję o prawie dwie minuty, a przecież zupełnie się tego nie spodziewałem. Ręce w górze, jest radość, za to właśnie kocham bieganie! Tuż przed metą wyprzedza mnie jeszcze jakiś szalony sprinter, ale nie ma to zupełnie znaczenia, cieszę się jak diabli, dawno mnie tak radość z biegania nie rozpierała. Największą mam z tego, że mimo pobicia życiówki o prawie 2 minuty, czułem jeszcze zapas. Na Biegu Niepodległości atakuję 42:00. Spacerując za metą czekam na Leszka, był na mecie jakieś 50 sek. po mnie, też poprawił życiówkę. Szukając swoich kibiców chyba widziałem też finiszującą Avę, wygląda na to, że miała całkiem niezły wynik, też gratuluję!:)

* EDIT: jako że maty pomiarowe były co kilometr, to z wyników mogę sprawdzić tempo poszczególnych kilometrów i wychodzi na to, że dziewiąty zrobiłem jeszcze szybciej niż mówi Garmin, w 3:34! Oto zapis wg pomiarów organizatora: 00:04:28, 00:04:24, 00:04:31, 00:04:26, 00:04:25, 00:04:24, 00:04:18, 00:04:15, 00:03:34, 00:04:09.

Grupa finiszująca

Jest power, jest radość!

I jest też oczywiście medal

Pomimo krytyki imprezy Biegnij Warszawo ze strony kierowców (zablokowany spory kawałek miasta) i części biegaczy (impreza jest bardzo masowa i wielu maruderów blokuje trasę szybszym biegaczom), ja BW bardzo lubię. Morze ludzi w jednolitych strojach sprawia niesamowite wrażenie, a trasa jest naprawdę przyjemna i szybka. Podoba mi się atmosfera całkowicie amatorskiego biegania. Zbieg pod koniec i meta przy radiowej Trójce – fantastyczna sprawa! Biegnij Warszawo od lat jest przepięknym świętem amatorskiego biegania w stolicy, jego popularność cały czas rośnie i trzymam kciuki za organizatorów w kolejnych latach, brawo! Wiele osób swoją biegową przygodę zaczynało właśnie od BW (ja też) i chyba stąd wielu biegaczy ma do tej imprezy sentyment.

Mój czas z BW to 42:54, zająłem 390/9784 miejsce w ogóle, a w swojej kategorii wiekowej byłem… czwarty! Nie ma jak pobiec zamiast kontuzjowanej koleżanki, prawie zmieściłAm się na pudle;)

A tak naprawdę to szczerze przepraszam wszystkie biegaczki, że im obniżyłem wynik o jedną pozycję, wybaczcie!

1 sierpnia 1944 – Pamiętamy

Mawiają, że na Igrzyskach Olimpijskich najgorsze miejsce to czwarte. Jest się tak blisko upragnionego medalu, a jednak poza podium. Dla biegacza-amatora takim czwartym miejscem olimpijskim jest wynik o kilka sekund gorszy od rekordu życiowego. Ustanowiłem swój rekord bliskości życiówki – 1 sekunda.

Założenia były ambitne. Karową zbiegać ile sił, wytrzymać bez zwalniania na Sanguszki, a na płaskich odcinkach biec w tempie 4:20.

Ale już od początku wszystko poszło nie tak. Przede wszystkim było za gorąco! Samochodowy termometr pokazywał przed startem 33, a po zakończeniu 29 stopni Celsjusza. Gorąc dosłownie buchał od nagrzanego asfaltu, a do tego potworna duchota – warunki zdecydowanie nie sprzyjały uprawianiu sportu. Na dodatek koncertowo spieprzyłem początek. Za długo zwlekałem z pójściem na linię startu, nie stanąłem odpowiednio blisko i przez to pierwsze 2 km były męczarnią wyprzedzania wolniejszych zawodników. Trucht w tłumie – sprint jak było miejsce do wyprzedzania – trucht – sprint; i tak cały czas… Próbowałem biec chodnikiem tam gdzie się dało i dzięki temu utrzymałem jako-tako sensowne tempo, acz takie rwanie jest bardzo męczące.

Rozpędziłem się dopiero na Karowej, a luźno zrobiło się na Wisłostradzie. Przed startem miałem nadzieję, będzie tam trochę chłodniej, bo jest przestrzeń i Wisła. Ale było zupełnie inaczej, zamiast ochłody było jeszcze goręcej i wcale nie mniej duszno. W efekcie tempo poniżej 4:30 trzymałem tylko na drugim i trzecim kilometrze, czwarty to już 4:30, a piąty – szkoda gadać – 4:37. Na półmetku miałem ok. 22:30 i jasnym było, że ambitne 44:00 jest nierealne. Kolejne dwa kilometry po 4:31, potem sprint Karową i znów męczarnia na Wisłostradzie, na której jedynym orzeźwieniem były fontanny.

Ostatni kilometr to podbieg legendarną dla warszawskich biegaczy ulicą Romana Sanguszki (swoją drogą, wiecie kim on był? Księciem, hetmanem polnym i jednym z najwybitniejszych dowódców litewskich za czasów Jagiellonów!). Mając mroczki przed oczami ze zmęczenia zrobiłem ostatnie 1000 metrów w tempie 4:17. Niestety, przez to kluczenie między ludźmi na początku biegu, wg Gremlina przebiegłem aż 10,07 km. Jak spojrzałem na zegarek pod koniec podbiegu, myślałem, że mam do mety 200 metrów i byłem przekonany, że będzie nowa życiówka. Niestety, metrów było 270 i stoper pokazał na mecie 44:53. 244. miejsce na 2784 osoby, które ukończyły zawody, oficjalny czas to 44:52, czyli o 1 sek. (jedną sekundę!) gorzej od rekordu życiowego z ubiegłorocznego Biegu Niepodległości… Jestem przekonany, że w normalnych warunkach miałbym czas o 1,5-2 minuty lepszy. Nie mogę się doczekać jesieni i biegania w korzystniejszych okolicznościach przyrody!:)

Leszek nabiegał 46:33, o 2 min, gorzej od swojego rekordu. Pokonanie go ma dla mnie szczególny słodki smak, bo to lokalny rywal z sąsiedniej miejscowości;) Ale w życiówkach na najważniejszych dystansach nadal jest 2:1 dla niego, nie prześcignął mnie jeszcze tylko w maratonie. Mam nadzieję, że jesienią proporcje te się odwrócą!

Na biegu spotkałem też kilku innych znajomych, szczególne gratulacje należą się debiutantom, mieli arcyciężką przeprawę i za ukończenie należą im się ogromne brawa! Był też znany wszystkim Bosy Biegacz ze swoją flagą Polski.

Atmosfera biegu? Kapitalna! Przed startem orgowie zmotywowali nas świetnym utworem zespołu Sabaton „Uprising” opowiadającym właśnie o Powstaniu Warszawskim. Podobnie jak w ubiegłym roku swoistą atrakcją było zaś przebieganie koło Pałacu Prezydenckiego. Tym razem „obrońcy krzyża” uraczyli nas „Zdrowaś Mario”. Ogromny plus za medal – umieszczony w cegłach znak Polski Walczącej się kręci, jest to mój pierwszy ruchomy medal w kolekcji:)

Po stronie minusów trzeba wpisać brak stref startowych. Szkoda, że WOSiR robi je podczas Biegu Niepodległości, a już na Biegu Powstania Warszawskiego – nie. Sprawia to sporo trudności na starcie. Ze względu na potworny upał i duchotę przydałoby się też przygotować w paru miejscach kurtyny wodne – pozwoliłoby to biegaczom się nieco orzeźwić. Na mecie woda i izotonik, dawno nie widziałem, by napoje cieszyły się taką popularnością, warunki zrobiły swoje:)

Ale bieg i tak uznaję za bardzo udany, a najlepsze co w nim jest to oczywiście sami Powstańcy. Wczoraj mieliśmy zaszczyt być oklaskiwani m.in. przez gen. Zbigniewa Ścibora-Rylskiego. Szkoda tylko, że każdego roku Powstańców jest coraz mniej. Pamiętajcie, by 1 sierpnia oddać im cześć.

Ćwiczcie siłę biegową

Biegowa forma jest jak przebiegły kocur – czasami nie wiadomo gdzie jest i wtem niespodziewanie pojawia się znikąd.



19.05.2012 r., uBIEGnij Raka (10 km), Powsin, ciepło i słonecznie, teren leśny.
Ruszamy. Dość szybko na początku (pierwszy kilometr w 4:36), ale już po 1,5 km moje tętno przekracza poziom 180 uderzeń na minutę – wiem, że nie jest to mój dzień na bieganie i zwalniam. Po 5 km czuję ból z boku kolana i postanawiam zakończyć zabawę na trzech z czterech pętli. Garmin naliczył 6,65 km biegu, a ja byłem zziajany jakbym zrobił co najmniej półmaraton. Przyczyny są oczywiste – przez ostatnie tygodnie więcej czasu spędziłem na łóżku rehabilitacyjnym niż w butach do biegania. Od Harpagana (21 kwietnia br.) zrobiłem ze 30 km. Godzę się ze swoim losem i schodzę z trasy.

27.05.2012 r., XXIV Bieg im. Tomasza Hopfera (10 km), Janowiec Wlkp., ciepło i słonecznie, szosa.
Start, jest gorąco (początek biegu w południe to jedyny zarzut jaki mam do organizatorów), jak dla mnie za ciepło o jakieś 12-15 stopni. Ale pierwszy kilometr biegnę w 4:26 i wcale nie czuję się zmęczony. Zwalniam do 4:35-4:40 tylko ze względu na rozsądek. Ale po 5 km nadal czuję się doskonale, tętno dopiero teraz zaczyna zbliżać się do 180 uderzeń na minutę, zaczynam więc przyspieszać.4:21, 4:30, 4:30, 4:26 i jeszcze mam siłę, by ostatni kilometr zrobić w 4:10! Na skrzydłach niesie mnie doping zgromadzonej przy janowieckim rynku publiki, wśród której najgoręcej dopingują moi najbliżsi i „Autystyczny” Luxtorpedy w uszach (to chyba najlepszy kawałek do biegania ever!). 61 miejsce na 136 osób, czas 45:05 netto, ledwie o 14 sek. gorzej od życiówki z ubiegłorocznego Biegu Niepodległości w Warszawie!

Bieg odbył się dzień po Dniu Matki:)

Trochę musiałem się zastanowić nad tym, skąd tak dobry wynik w Janowcu Wlkp. i wydaje mi się, że to efekt kilku wizyt na siłowni i ćwiczenia siły biegowej. Na internetach znalazłem fajny zestaw ćwiczeń, które bez problemu można wykonywać w domu, płotek zastąpić można szafą, drzwiami, czy dowolnym innym meblem. Zestaw ćwiczeń znajdziecie tu: ćwiczenia siły biegowej, a ja trafiłem na niego na portalu Treningbiegacza.pl. Do tego proste ćwierć-/półprzysiady na jednej nodze i wyniki same się poprawiają, polecam!

Oczywiście 45:05 nijak mnie na dłuższą metę nie satysfakcjonuje, ale mocno podniosło na duchu, bo ostatnie tygodnie nie były najlepsze pod względem biegowym. Nadal chcę jesienią zejść w okolice 40 minut na 10 km, a wygląda na to, że ITBS mam już prawie z głowy, więc będzie już tylko lepiej. Dziś bez żadnego bólu zrobiłem 13 km, jak uda się przebiec 25 km i nadal będzie dobrze to wracam do PMNO. 30 czerwca w okolicach Zalewu Koronowskiego jest Azymut Orient, a to moje okolice i akurat na tamten weekend wybieram się w rodzinne strony.