Archiwa kategorii: Natural Born Runners

Ten, w którym przednio się bawimy i to się liczy najbardziej

Wpadając na metę drugiego etapu NBR Trial Games na czwartej pozycji, doskonale wiedziałem, że nic to nie znaczy. Kompletnie, absolutnie, zupełnie NIC. Bo etap trzeci to bieg na orientację. A BnO nie wybacza najmniejszych nawet błędów. Kilka minut straconych i mogę wylądować poza pierwszą dziesiątką, mogę też wskoczyć na podium jeśli pójdzie dobrze (ale tylko na najniższy stopień, bo na walkę z Mariuszem Plesińskim i Remikiem Nowakiem nawet nie liczyłem).

I stara głupia gęś niech kopnie to, jak szybko przekonałem się, że mam rację! Wyobraźcie sobie, że zanim dotarłem do drugiego punktu kontrolnego, z przewagi wywalczonej na trasie Malta Trail Running nic nie zostało, wylądowałem w tłumie ludzi, na około 12-13 pozycji! Na szczęście potem mocna łydka się sprawiła i na metę wpadłem na siódmym miejscu, tuż za piątym i szóstym zawodnikiem i choć ze swojego występu do końca zadowolony być nie mogę, to NBR Trial Games było fenomenalną imprezą, za którą organizatorom należy się ukłon do samej ziemi!

Ale po kolei.

Gdy tylko Grzesiek, właściciel sklepu biegowego Natural Born Runners, poinformował na FB, że zamierza zorganizować kameralną imprezę biegową w unikalnej formule, wiedziałem, że muszę tam być. W trzyetapowych zawodach miało wziąć około 20 osób, a odpowiedzialność za punkty żywieniowe wzięli Ola i Borman, co gwarantowało najwyższą możliwą wege-jakość przekąsek i zakąsek.

Ciasteczka absolutnie wymiotły! / fot. MO-K

Przed startem pogaduszki, żarty i opowiastki – bardzo sympatyczna grupa ludzi tam się zebrała. Nareszcie mogłem uścisnąć dłoń Bormana (to naprawdę ciekawe, jak człowiek może polubić kogoś przez internet!) i poznać niezwykle miłą Mańkową Niebiegającą Kobietę. Nawet się ucieszyłem, że start się opóźnił o 20 min., przynajmniej było więcej czasu na dyskusje, no i Hassan zdążył dojechać:P W tym miłym oczekiwaniu na start był tylko jeden minus – to jedzenie na stołach. Jejku-rety-matulo-jedyno czego tam nie było! Musiałem odwracać się od stołów, by nie zacząć się zajadać zanim ruszyliśmy na bieganie. No właśnie, bieganie. Do rzeczy Krasusie!

Etap 1 – dookoła Malty
Na rozgrzewkę zaliczyliśmy prawiesześciokilometrowe kółko wokół Malty. To trasa doskonale mi znana, to na niej kilka miesięcy temu umarłem, a potem powstałem z grobu silny niczym tur. Plan był taki, by pobiec dookoła Malty w swoim wymarzonym tempie maratońskim na 2014 rok, czyli 4:16 – to miało mi dać sensowną pozycję po pierwszym etapie i zostawić sił na kolejne etapy. Zacząłem nieco mocniej, ale był kawałek z górki na początku, więc hamowanie się nie miało sensu. Stawka szybko się rozciągnęła, przez jakiś czas biegłem ósmy, potem długo siódmy, gdzie usadowiłem się na plecach dwóch Night Runnersów, chyba Adriana i Marcina – dzięki Panowie! Na podbiegu do mety jeden z nich zwolnił i do końca etapu pierwszego dotarłem na szóstej pozycji, kilka sekund po piątym zawodniku.

Przedstartowo / fot. NBR Trial Games (AP)

Właściwie ten etap Maltański to tak bez historii minął. Zrobiłem go w zakładanym tempie i pilnując tętna, które tylko na końcowym podbiegu przekroczyło na chwilę na 180 bpm. Miała być rozgrzewka i była rozgrzewka. To co ciekawe, miało się dopiero zacząć.

Etap 2 – Malta Trail Running
W T1 zmieniłem buty z szybkich Brooksów na terenowe Inov-8, co było dobrą decyzją. Poświęciłem na to raptem kilka sekund (mała łyżka do butów rulez!) i po łyknięciu bormanowego izotonika, poleciałem dalej. I, podobnie jak tydzień temu w Kampinosie, od pierwszych metrów łączyłem bieg z zachwytem nad okolicznościami przyrody. Tegoroczna złota polska jesień jest jedną z najpiękniejszych jakie miałem przyjemność oglądać, a leśne okolice Malty wyglądały przeuroczo. Ścieżka była praktycznie w 100 proc. wyłożona wielobarwnymi liśćmi, miałem wrażenie, że biegnę po dywanie. Ach, bieganie. No właśnie, znowu się zagadałem;)

Jakiś niewyraźny byłem, ale biegło mi się doskonale:)  / fot. NBR Trial Games (AP)

Po paruset metrach złapałem idealny rytm, noga podawała doskonale. Trasa była oznaczona taśmami zawieszanymi na drzewach. Niby umieszczono ją w każdym potrzebnym punkcie, a w newralgicznych miejscach stali wolontariusze i kierowali ruchem. Ale wielu zawodnikom udało się zmylić drogę. Mi niestety także. Biegnąc już na czwartej pozycji, zamiast skręcić w prawo w las poleciałem jak głupek prosto i znalazłem się na ulicy Browarnej. Wiedziałem, że asfaltów żadnych miało nie być, więc zacząłem się kręcić po lesie, aż zobaczyłem kilka osób, które 100-150 metrów ode mnie skręcają. W tej samej chwili zobaczyłem wielką jak wół wstęgę na drzewie, nie mam pojęcia jak to się stało, że pierwotnie jej nie zauważyłem. 1,5-2 min. w plecy jak nic. Kląłem na czym świat stoi.

Wiecie jak to jest, gdy odzywa się sportowa złość? W mięśniach pojawia się dwa razy więcej siły, a serce samo pompuje do nich krew wypełnioną po brzegi tlenem. W las wbiegłem kilkanaście sekund za grupką pościgową, bodajże na ósmej pozycji, a już po dwóch-trzech minutach znów zajmowałem piąte miejsce. Pędziłem jak przecinak i z każdym metrem zbliżałem się do czwartego zawodnika (w niebieskiej koszulce). Gdy byłem już nie więcej jak kilka sekund za nim, pomylił drogę. Ja zauważyłem wstążkę po lewej stronie, a on pobiegł w prawo. Bez zastanowienia krzyknąłem „w lewo”, ale zanim nawrócił, byłem już z przodu i leciałem dalej. Na kolejnym skrzyżowaniu przybiłem piątkę kierującemu ruchem Bormanowi, który potwierdził mi, że biegnę na czwartej pozycji. Tu podbieg, tam zbieg (jeden to był konkretny!), jakiś korzeń i znów w górę i w dół.

Biegłem na dość wysokiej intensywności, tętno nierzadko wskakiwało na poziomy ponad 175 bpm, ale miałem z tego niebywałą radość. Każde 100 metrów pompowało kolejną porcję endorfin do mózgu, chciało mi się rozpostrzeć skrzydła i wzbić ponad grunt, przefrunąć do mety. Ale zaczęło padać, a dla mało doświadczonej osoby latanie z mokrymi skrzydłami może być niebezpieczne, więc po prostu pobiegłem dalej.

Na biegowym haju dotarłem na czwartej pozycji na metę, gdzie NKŚ czekała na mnie z bluzą, bo przecież BnO to już zabawa spokojniejsza (błąd, błąd, błąd…).

Nie zwalniaj kroku! Proste, nie? Trzeba tylko się stosować… / fot. NBR Trial Games

Etap 3 – Bieg na Orientację
Znacie powiedzenie „Da liegt der Hund begraben”? Ja znam.

Mam przecież jakieśtam doświadczenie w zawodach na orientację, więc powinienem sobie poradzić, bo trudność tego etapu była umiarkowana, nie? Szkopuł w tym, że podszedłem do tego tak, jak do dotychczasowych zawodów: truchtem. No bo przecież na dystansach, na jakich się ścigam (50 km) się truchta, a nie napiera w trupa od pierwszych metrów. No to mapka w rączkę i nóżka za nóżką do PK1. Zanim do niego dotarłem, po czwartej pozycji nie było śladu.

Opamiętałem się, że to 4 kilometry, a mapa nie jest trudna, trzeba więc nakur…ć co sił. Zakasałem rękawy i dzida! No i tak się kuźwa zapędziłem, że wyleciałem na skraj mapy, zapultałem się nie wiedząc, gdzie jestem i straciłem dobre trzy-cztery minuty w okolicy stacji kolejowej. Poziom wkurwu osiągnął apogeum.

Niedaleko PK2 zauważam Mańka i lecę za jego plecami. Dobiegamy do rzeczki. „Atakujemy przez wodę?”. Obaj cykamy się podjąć decyzję, tchórzymy i biegniemy do mostku, co oznacza kolejne 1,5-2 minutki w plecy. Koncentracja, koncentracja, koncentracja!

Na szczęście w tym momencie skończyły się błędy i było już tylko lepiej, a kolejne punkty weszły już jak w masło. Zrobiło się trochę tłoczno, na przelotach starałem się więc wyprzedzać.

W pewnym momencie Maniuś… znika. No kurde. Był i nagle go nie ma! „Jasna cholera, który to już raz chcę z nim biec i on nagle zapada się jak pod ziemię?!” Potem okazało się, że przy wylatywaniu z punktu się potknął, wypadł z rytmu i do mety dotarł minutę po mnie.

Wyprzedzam kolejną osobę i szacuję swoją pozycję na 7-8. Do końca jeszcze ze trzy-cztery punkty, biegnę tuż za Jackiem Gallą i Wojtkiem Szymczakiem, w okolicy przewija się też Michał Hadam, czyli gość, który w Wielkim Wyścigu dla Bartka wygrał triathlonową patelnię! Oczywiście nie ma czasu na pogaduszki, gdy tętno niemal na stałe zagościło powyżej 180 bpm. A PK10 i PK11 to już sprint. Do ostatniego dobiegamy we trójkę (a może czwórkę?) i tu następuje kluczowy moment, który potem zadecydował o finalnym wyniku.

Trzeba było przycisnąć konkretnie na dobiegu do ostatniego PK, bo skasowanie go przed rywalami dałoby mi kilka sekund przewagi, a tak to opuściłem punkt z kilkusekundową stratą. Od PK11 do mety lecimy wężykiem, tempo 2:40-2:45 tętno 95 proc. maksymalnego, ogieeeeeeń!

Ostry finisz, bez efektu / fot. NBR Trial Games (AP)

I co? Nie wiem co się stało. No kurde-blaszka, nie wiem, ale na ostatnich kilkudziesięciu metrach trasy nie byłem sobą. Zamiast pocisnąć w trupa i paść za metą na twarz, odpuściłem. Nie wiem, czy wyrzyg pozwoliłby mi wyprzedzić choć jednego z rywali, ale wiedziałbym, że zrobiłem wszystko. Nie umiem sobie wyjaśnić dlaczego tak się nie stało. Obiecuję, że był to ostatni raz, nigdy więcej nie odpuszczę walki, bez względu na to, o którą pozycję będzie się odbywała.

Po paru minutach okazało się, że ta akurat była walką o całkiem dobre piąte miejsce. Do czwartego Marcina Stachowiaka straciliśmy nieco ponad 2 min., a trzeci Michał Waszak był na mecie trzy minuty przed nami. I miałem rację, bo po etapie trialowym Michał był ponad minutę za mną, a zdołał wskoczyć na podium. Ale z drugiej strony, w ciągu półtorej minuty na metę wpadło kolejnych sześć osób, więc stawka była bardzo wyrównana i nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Zgodnie z moimi przewidywaniami to BnO rozdawał karty. Mogłem wskoczyć na pudło, a mogłem wypaść poza TOP10. Na przyszłość muszę zapamiętać, że bieg na orientację, to BIEG, a nie trucht, marsz czy inne formy ruchu. Trzeba nakur…ć od pierwszego metra do samej mety.

Tym razem czekały na niej takie pyszności, że kopara opada. Pozwólcie, że zaprezentuję menu dnia.

Każdy z tych elementów był wyśmienity. Nie potrafię ująć sensownymi słowami tego, jak wdzięczny jestem Oli i Bormanowi (to oni odpowiadali za kuchnię) za taką ucztę. W ogóle cała impreza NBR Trial Games była niesamowita. Kameralna atmosfera, kapitalny pomysł na biegowy triathlon, jakiego w Polsce jeszcze nie było i świetni ludzie, z którymi dzielę pasję. Kapelusze z głów przed zespołem organizacyjnym! Nie pierwszy raz okazało się, że Natural Born Runners to coś więcej niż sklep biegowy:)

Podczas zakulisowych rozmów Grzesiek zapowiedział, że nie była to ostatnia impreza tego typu, mam nadzieję, że terminarz pozwoli mi na uczestnictwo. Tym bardziej, że następnym razem ma to być już quadrathlon, z cross fitem dla urozmaicenia.

A swoją drogą, jeszcze tylko kilka dni trwa dogrywka w Wielkim Wyścigu dla Bartka. Przypominam, że do wzięcia są trzy fantastyczne damskie kurtki do biegania, niewykluczone, że znajdzie się też jakaś nagroda niespodziewanka. Wpłat na konto Bartka dokonywać można do końca października, szczegóły znajdują się tutaj (kliku-kliku).

Nie ma biegania bez kolażu z samojebek, no nie ma!

Dobsom R-90 Winter – recenzja zimowych spodni do biegania

Dobsom R-90 Winter to idealne spodnie do biegania zimą dla osób, które lubią ciepło. Do -10 nie trzeba pod nie zakładać legginsów, przy temperaturach rzędu -15 stopni świetnie sprawdzają się jaka druga warstwa. Przy bardzo długich zajęciach może to skończyć się otarciami, ale to zdarza się praktycznie w każdych spodniach.

Wiadomość, że zakwalifikowałem się do grupy testerów sklepu Natural Born Runners przyjąłem z niekłamaną radością. Pod kątem startów w zimowych PMNO wymarzyłem sobie spodnie do biegania szwedzkiej firmy Dobsom – R-90 Winter i udało mi się je dostać. Po jakimś czasie kurier przytargał paczkę (trzeba sobie jasno powiedzieć, mamy tu do czynienia z lokowaniem produktu – portki otrzymałem i oczywiście nie muszę ich zwracać po przepoceniu!), a w niej spodnie.

O tym, że Natural Born Runners nie jest zwykłym sklepem dla biegaczy świadczy zawartość paczki – były tam nie tylko spodnie, ale i… kilka cukierków!:) To naprawdę niewielki gest, ale dostarcza niesamowicie dużo radości. Sklep założył i prowadzi Grzesiek Łuczko, osoba znana, lubiana i rozpoznawana w światku biegaczy, szczególnie wśród tych, którzy ponad szosę i stałą trasę przekładają góry, las i pola, najlepiej z mapą w ręku.

Wiatr, śnieg, deszcz
Do rzeczy: spodnie robią dobre pierwsze wrażenie. Materiał, z którego są wykonane od środka jest miły w dotyku, to dobrze wróży przyjemności z biegu w nich:) Z zewnątrz składają się z dwóch części – na przedzie jest tkanina pokryta teflonem (zaczyna się na górze i kończy pod kolanami), co ma dodatkowo zabezpieczać przed zimnem, wiatrem i innymi nieprzyjemnościami, resztę zaś zrobiono z lekko elastycznej oddychającej tkaniny. Doskonały pomysł! Po co robić całe spodnie z windstoppera, jeśli tak naprawdę chodzi o przód ud, okolice krocza i kolana – bo te właśnie części najbardziej marzną podczas biegania. Wiatroodporny materiał jest naszyty na warstwę spodnią, ale pomiędzy jest przestrzeń, co ma ulepszyć wentylację.

Wierzchnia warstwa z teflonu jest naszyta tak, że spodnie
są jednocześnie wiatroodporne i dobrze oddychające

Spodniom zrobiłem też test wody i muszę przyznać, że wodoodpornością jestem mile zaskoczony – nie przemakają w głębokim śniegu, nawet gdy przyklęknąłem na kilkadziesiąt sekund, kolano pozostało suche. Warstwa teflonowa jest odporna nawet na polanie prysznicem, co sugeruje, że i w deszczu nogi pozostaną suche. Odradzam natomiast siadanie w nich w śniegu – jest zimno i szybko robi się mokro, widać więc różnicę materiałów z jakich wykonano przód i tył.

Spodnie są lekko zwężane ku dołowi dzięki czemu w trakcie biegania nie mamy irytującego szurania nogawek. Dodatkowo u dołu umieszczono zamek błyskawiczny, który umożliwia lekkie rozszerzenie nogawek. Dobsom R-90 Winter wyposażono w dwie kieszenie zamykane na zamek. Są one po bokach, w tradycyjnym miejscu, gdzie umieszcza się kieszenie. Jak dla mnie brakuje trzeciej niewielkiej kieszonki, w której można by zmieścić klucze, czy inny drobiazg. Nie lubię jak mi coś lata w trakcie treningu, a w dużej kieszeni klucze skaczą sobie jak chcą.

Spodnie Dobsom R-90 Winter mają po bokach dwie zamykane na zamek kieszenie

W tych spodniach nie zmarzniesz!
Jeśli chodzi o ciepłotę (bo przecież jest to istotne w spodniach na zimę) to Dobsomy po prostu wymiatają. W temperaturach powyżej zera jest mi już za ciepło w nich biegać. Do -10 nie potrzeba dodatkowej warstwy. Poniżej zaś warto założyć legginsy pod spód, ja potrzebowałem tego raptem jeden raz. Spodnie są zrobione z materiału ciepłego, ale jednocześnie oddychającego – szczególnie widać to po zakończeniu treningu, gdy parując spodnie oddają pot z nóg.

W zimowych Dobsomach pobiegałem sobie w styczniu i lutym i za każdym razem było super, ale prawdziwym testem dla nich miał być udział w Skorpionie 2013, czyli zawodach na orientację na dystansie 50 km. Jako że był mały mrozek, dodatkowych legginsów nie zakładałem i było to dobre posunięcie. Jeśli chodzi o temperaturę – było idealnie. Ani przez chwilę (a przebycie trasy zajęło mi ponad 10 godzin!) nie mogłem narzekać, że jest mi za ciepło lub za zimno. Teflon na przedzie świetnie sprawdzał się w sytuacjach bardziej ekstremalnych – gdy trzeba było wspiąć się po zboczu wąwozu kilka metrów i pomóc sobie kolanami, zachowałem suche nogi. Ściągacz na dole z kolei przydał się, bo zabezpieczał przed dostawaniem się pod nogawkę śniegu, którego w okolicy Skierbieszowa nie brakowało.

Nawet po rozpięciu nogawka chroni przed dostawaniem się śniegu do środka

Ale po 7 czy 8 godzinach nadszedł krytyczny moment – pojawiło się otarcie na udzie, poniżej linii bokserek. Wprawdzie przed zawodami posmarowałem nogi Sudocremem (swoją drogą, jego genialność to temat na oddzielny wpis!), ale przez tyle godzin krem zdążył się wchłonąć i spodnie otarły mi lewe udo. Podejrzewam, że gdyby nie Sudocrem, otarcie pojawiłoby się szybciej – np. po 4h. Zabezpieczeniem przed tym urazem byłyby legginsy lub obcisłe spodenki. Trzeba jednak zaznaczyć, że otarcia pojawiają się praktycznie przy każdych spodniach mających trochę luzu w kroczu, nie jest to więc wada Dobsomów, tylko cecha charakterystyczna spodni, odróżniająca je od legginsów.

Wniosek z powyższego jest taki, że Dobsom R-90 Winter to spodnie doskonałe do biegania zimą, ale przy bardzo długich biegach mogą przyczynić się do powstania otarć na udach (nawet jeśli ma się biegowe gatki), więc jeśli nie mamy pod nimi warstwy dłuższej niż bokserki, lepiej nie ryzykować.

Dobsom R-90 Winter w całej okazałości! / fot. ze strony Natural Born Runners

W kilku krótkich słowach moja opinia o Dobsomach R-90 Winter wygląda tak:

ZALETY:
- bardzo ciepłe
- chronią przed wiatrem, śniegiem i deszczem
- oddychające
- wygodne

WADY:
- brak małej kieszonki np. na klucze
- mogą spowodować otarcia ud jeśli nie ma pod nimi dodatkowej warstwy

Ogólnie zalety są dużo mocniejsze od wad – zimą i tak biega się w wielu warstwach, więc odpowiednia kieszonka gdzieś się znajdzie, a 6 godzin lub więcej biega raczej mniejszość niż większość czytelników;) Spodnie Dobsom R-90 Winter serdecznie polecam i to wcale nie dlatego, że dostałem je od Natural Born Runners, a dlatego, że są po prostu dobrze zaprojektowanym i wykonanym kawałkiem odzieży do biegania.

! ! ! UWAGA, ZNIŻKA NA ZAKUPY W NBR ! ! !

Spodnie kosztują w NBR 149 zł, co jest normalną ceną jak na markową odzież do biegania. Ale do 22 marca można je kupić taniej o 10%! A właściwie to do 22 marca br. w NBR wszystko możecie kupić o 10% taniej! Wystarczy przy zakupie podać kod rabatowy: www.biecdalej.blogspot.com. Kod ważny jest do 22 marca br. i dotyczy całego asortymentu sklepu Natural Born Runners!