Archiwa kategorii: inne zawody biegowe

Ten, w którym przednio się bawimy i to się liczy najbardziej

Wpadając na metę drugiego etapu NBR Trial Games na czwartej pozycji, doskonale wiedziałem, że nic to nie znaczy. Kompletnie, absolutnie, zupełnie NIC. Bo etap trzeci to bieg na orientację. A BnO nie wybacza najmniejszych nawet błędów. Kilka minut straconych i mogę wylądować poza pierwszą dziesiątką, mogę też wskoczyć na podium jeśli pójdzie dobrze (ale tylko na najniższy stopień, bo na walkę z Mariuszem Plesińskim i Remikiem Nowakiem nawet nie liczyłem).

I stara głupia gęś niech kopnie to, jak szybko przekonałem się, że mam rację! Wyobraźcie sobie, że zanim dotarłem do drugiego punktu kontrolnego, z przewagi wywalczonej na trasie Malta Trail Running nic nie zostało, wylądowałem w tłumie ludzi, na około 12-13 pozycji! Na szczęście potem mocna łydka się sprawiła i na metę wpadłem na siódmym miejscu, tuż za piątym i szóstym zawodnikiem i choć ze swojego występu do końca zadowolony być nie mogę, to NBR Trial Games było fenomenalną imprezą, za którą organizatorom należy się ukłon do samej ziemi!

Ale po kolei.

Gdy tylko Grzesiek, właściciel sklepu biegowego Natural Born Runners, poinformował na FB, że zamierza zorganizować kameralną imprezę biegową w unikalnej formule, wiedziałem, że muszę tam być. W trzyetapowych zawodach miało wziąć około 20 osób, a odpowiedzialność za punkty żywieniowe wzięli Ola i Borman, co gwarantowało najwyższą możliwą wege-jakość przekąsek i zakąsek.

Ciasteczka absolutnie wymiotły! / fot. MO-K

Przed startem pogaduszki, żarty i opowiastki – bardzo sympatyczna grupa ludzi tam się zebrała. Nareszcie mogłem uścisnąć dłoń Bormana (to naprawdę ciekawe, jak człowiek może polubić kogoś przez internet!) i poznać niezwykle miłą Mańkową Niebiegającą Kobietę. Nawet się ucieszyłem, że start się opóźnił o 20 min., przynajmniej było więcej czasu na dyskusje, no i Hassan zdążył dojechać:P W tym miłym oczekiwaniu na start był tylko jeden minus – to jedzenie na stołach. Jejku-rety-matulo-jedyno czego tam nie było! Musiałem odwracać się od stołów, by nie zacząć się zajadać zanim ruszyliśmy na bieganie. No właśnie, bieganie. Do rzeczy Krasusie!

Etap 1 – dookoła Malty
Na rozgrzewkę zaliczyliśmy prawiesześciokilometrowe kółko wokół Malty. To trasa doskonale mi znana, to na niej kilka miesięcy temu umarłem, a potem powstałem z grobu silny niczym tur. Plan był taki, by pobiec dookoła Malty w swoim wymarzonym tempie maratońskim na 2014 rok, czyli 4:16 – to miało mi dać sensowną pozycję po pierwszym etapie i zostawić sił na kolejne etapy. Zacząłem nieco mocniej, ale był kawałek z górki na początku, więc hamowanie się nie miało sensu. Stawka szybko się rozciągnęła, przez jakiś czas biegłem ósmy, potem długo siódmy, gdzie usadowiłem się na plecach dwóch Night Runnersów, chyba Adriana i Marcina – dzięki Panowie! Na podbiegu do mety jeden z nich zwolnił i do końca etapu pierwszego dotarłem na szóstej pozycji, kilka sekund po piątym zawodniku.

Przedstartowo / fot. NBR Trial Games (AP)

Właściwie ten etap Maltański to tak bez historii minął. Zrobiłem go w zakładanym tempie i pilnując tętna, które tylko na końcowym podbiegu przekroczyło na chwilę na 180 bpm. Miała być rozgrzewka i była rozgrzewka. To co ciekawe, miało się dopiero zacząć.

Etap 2 – Malta Trail Running
W T1 zmieniłem buty z szybkich Brooksów na terenowe Inov-8, co było dobrą decyzją. Poświęciłem na to raptem kilka sekund (mała łyżka do butów rulez!) i po łyknięciu bormanowego izotonika, poleciałem dalej. I, podobnie jak tydzień temu w Kampinosie, od pierwszych metrów łączyłem bieg z zachwytem nad okolicznościami przyrody. Tegoroczna złota polska jesień jest jedną z najpiękniejszych jakie miałem przyjemność oglądać, a leśne okolice Malty wyglądały przeuroczo. Ścieżka była praktycznie w 100 proc. wyłożona wielobarwnymi liśćmi, miałem wrażenie, że biegnę po dywanie. Ach, bieganie. No właśnie, znowu się zagadałem;)

Jakiś niewyraźny byłem, ale biegło mi się doskonale:)  / fot. NBR Trial Games (AP)

Po paruset metrach złapałem idealny rytm, noga podawała doskonale. Trasa była oznaczona taśmami zawieszanymi na drzewach. Niby umieszczono ją w każdym potrzebnym punkcie, a w newralgicznych miejscach stali wolontariusze i kierowali ruchem. Ale wielu zawodnikom udało się zmylić drogę. Mi niestety także. Biegnąc już na czwartej pozycji, zamiast skręcić w prawo w las poleciałem jak głupek prosto i znalazłem się na ulicy Browarnej. Wiedziałem, że asfaltów żadnych miało nie być, więc zacząłem się kręcić po lesie, aż zobaczyłem kilka osób, które 100-150 metrów ode mnie skręcają. W tej samej chwili zobaczyłem wielką jak wół wstęgę na drzewie, nie mam pojęcia jak to się stało, że pierwotnie jej nie zauważyłem. 1,5-2 min. w plecy jak nic. Kląłem na czym świat stoi.

Wiecie jak to jest, gdy odzywa się sportowa złość? W mięśniach pojawia się dwa razy więcej siły, a serce samo pompuje do nich krew wypełnioną po brzegi tlenem. W las wbiegłem kilkanaście sekund za grupką pościgową, bodajże na ósmej pozycji, a już po dwóch-trzech minutach znów zajmowałem piąte miejsce. Pędziłem jak przecinak i z każdym metrem zbliżałem się do czwartego zawodnika (w niebieskiej koszulce). Gdy byłem już nie więcej jak kilka sekund za nim, pomylił drogę. Ja zauważyłem wstążkę po lewej stronie, a on pobiegł w prawo. Bez zastanowienia krzyknąłem „w lewo”, ale zanim nawrócił, byłem już z przodu i leciałem dalej. Na kolejnym skrzyżowaniu przybiłem piątkę kierującemu ruchem Bormanowi, który potwierdził mi, że biegnę na czwartej pozycji. Tu podbieg, tam zbieg (jeden to był konkretny!), jakiś korzeń i znów w górę i w dół.

Biegłem na dość wysokiej intensywności, tętno nierzadko wskakiwało na poziomy ponad 175 bpm, ale miałem z tego niebywałą radość. Każde 100 metrów pompowało kolejną porcję endorfin do mózgu, chciało mi się rozpostrzeć skrzydła i wzbić ponad grunt, przefrunąć do mety. Ale zaczęło padać, a dla mało doświadczonej osoby latanie z mokrymi skrzydłami może być niebezpieczne, więc po prostu pobiegłem dalej.

Na biegowym haju dotarłem na czwartej pozycji na metę, gdzie NKŚ czekała na mnie z bluzą, bo przecież BnO to już zabawa spokojniejsza (błąd, błąd, błąd…).

Nie zwalniaj kroku! Proste, nie? Trzeba tylko się stosować… / fot. NBR Trial Games

Etap 3 – Bieg na Orientację
Znacie powiedzenie „Da liegt der Hund begraben”? Ja znam.

Mam przecież jakieśtam doświadczenie w zawodach na orientację, więc powinienem sobie poradzić, bo trudność tego etapu była umiarkowana, nie? Szkopuł w tym, że podszedłem do tego tak, jak do dotychczasowych zawodów: truchtem. No bo przecież na dystansach, na jakich się ścigam (50 km) się truchta, a nie napiera w trupa od pierwszych metrów. No to mapka w rączkę i nóżka za nóżką do PK1. Zanim do niego dotarłem, po czwartej pozycji nie było śladu.

Opamiętałem się, że to 4 kilometry, a mapa nie jest trudna, trzeba więc nakur…ć co sił. Zakasałem rękawy i dzida! No i tak się kuźwa zapędziłem, że wyleciałem na skraj mapy, zapultałem się nie wiedząc, gdzie jestem i straciłem dobre trzy-cztery minuty w okolicy stacji kolejowej. Poziom wkurwu osiągnął apogeum.

Niedaleko PK2 zauważam Mańka i lecę za jego plecami. Dobiegamy do rzeczki. „Atakujemy przez wodę?”. Obaj cykamy się podjąć decyzję, tchórzymy i biegniemy do mostku, co oznacza kolejne 1,5-2 minutki w plecy. Koncentracja, koncentracja, koncentracja!

Na szczęście w tym momencie skończyły się błędy i było już tylko lepiej, a kolejne punkty weszły już jak w masło. Zrobiło się trochę tłoczno, na przelotach starałem się więc wyprzedzać.

W pewnym momencie Maniuś… znika. No kurde. Był i nagle go nie ma! „Jasna cholera, który to już raz chcę z nim biec i on nagle zapada się jak pod ziemię?!” Potem okazało się, że przy wylatywaniu z punktu się potknął, wypadł z rytmu i do mety dotarł minutę po mnie.

Wyprzedzam kolejną osobę i szacuję swoją pozycję na 7-8. Do końca jeszcze ze trzy-cztery punkty, biegnę tuż za Jackiem Gallą i Wojtkiem Szymczakiem, w okolicy przewija się też Michał Hadam, czyli gość, który w Wielkim Wyścigu dla Bartka wygrał triathlonową patelnię! Oczywiście nie ma czasu na pogaduszki, gdy tętno niemal na stałe zagościło powyżej 180 bpm. A PK10 i PK11 to już sprint. Do ostatniego dobiegamy we trójkę (a może czwórkę?) i tu następuje kluczowy moment, który potem zadecydował o finalnym wyniku.

Trzeba było przycisnąć konkretnie na dobiegu do ostatniego PK, bo skasowanie go przed rywalami dałoby mi kilka sekund przewagi, a tak to opuściłem punkt z kilkusekundową stratą. Od PK11 do mety lecimy wężykiem, tempo 2:40-2:45 tętno 95 proc. maksymalnego, ogieeeeeeń!

Ostry finisz, bez efektu / fot. NBR Trial Games (AP)

I co? Nie wiem co się stało. No kurde-blaszka, nie wiem, ale na ostatnich kilkudziesięciu metrach trasy nie byłem sobą. Zamiast pocisnąć w trupa i paść za metą na twarz, odpuściłem. Nie wiem, czy wyrzyg pozwoliłby mi wyprzedzić choć jednego z rywali, ale wiedziałbym, że zrobiłem wszystko. Nie umiem sobie wyjaśnić dlaczego tak się nie stało. Obiecuję, że był to ostatni raz, nigdy więcej nie odpuszczę walki, bez względu na to, o którą pozycję będzie się odbywała.

Po paru minutach okazało się, że ta akurat była walką o całkiem dobre piąte miejsce. Do czwartego Marcina Stachowiaka straciliśmy nieco ponad 2 min., a trzeci Michał Waszak był na mecie trzy minuty przed nami. I miałem rację, bo po etapie trialowym Michał był ponad minutę za mną, a zdołał wskoczyć na podium. Ale z drugiej strony, w ciągu półtorej minuty na metę wpadło kolejnych sześć osób, więc stawka była bardzo wyrównana i nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Zgodnie z moimi przewidywaniami to BnO rozdawał karty. Mogłem wskoczyć na pudło, a mogłem wypaść poza TOP10. Na przyszłość muszę zapamiętać, że bieg na orientację, to BIEG, a nie trucht, marsz czy inne formy ruchu. Trzeba nakur…ć od pierwszego metra do samej mety.

Tym razem czekały na niej takie pyszności, że kopara opada. Pozwólcie, że zaprezentuję menu dnia.

Każdy z tych elementów był wyśmienity. Nie potrafię ująć sensownymi słowami tego, jak wdzięczny jestem Oli i Bormanowi (to oni odpowiadali za kuchnię) za taką ucztę. W ogóle cała impreza NBR Trial Games była niesamowita. Kameralna atmosfera, kapitalny pomysł na biegowy triathlon, jakiego w Polsce jeszcze nie było i świetni ludzie, z którymi dzielę pasję. Kapelusze z głów przed zespołem organizacyjnym! Nie pierwszy raz okazało się, że Natural Born Runners to coś więcej niż sklep biegowy:)

Podczas zakulisowych rozmów Grzesiek zapowiedział, że nie była to ostatnia impreza tego typu, mam nadzieję, że terminarz pozwoli mi na uczestnictwo. Tym bardziej, że następnym razem ma to być już quadrathlon, z cross fitem dla urozmaicenia.

A swoją drogą, jeszcze tylko kilka dni trwa dogrywka w Wielkim Wyścigu dla Bartka. Przypominam, że do wzięcia są trzy fantastyczne damskie kurtki do biegania, niewykluczone, że znajdzie się też jakaś nagroda niespodziewanka. Wpłat na konto Bartka dokonywać można do końca października, szczegóły znajdują się tutaj (kliku-kliku).

Nie ma biegania bez kolażu z samojebek, no nie ma!

Ten, w którym biegnę ostatni

3… 2… 1… Poszli! „Pierwsza setka spokojnie, bo spuchniesz i nie będziesz miał siły na przyśpieszenie!” słowa biwakowego Tygrysa pulsują mi w głowie. Pilnuję się, by nie polecieć z tłumem. Po 100 metrach oglądam się i… jestem ostatni. O kurka wodna! Po raz pierwszy w życiu biegnę jako ostatni, dziwne uczucie. Zajmuję 17. miejsce na 17 biegnących. Pojawia się ziarnko paniki. Że co ja tu robię i w ogóle. Ale szybko się ogarniam i wmawiam sobie, że ta taktyka ma sens.

Po 200 metrach lekkie przyśpieszenie, przestaję tracić dystans do grupy. Postanawiam trzymać się w miarę blisko reszty jeszcze ze 100 metrów, a potem zacząć wyprzedzać. Na drugiej prostej mijam jedną osobę, po 400 metrach jestem 16. Na łuku łykam kolejnego zawodnika i na okrążenie do mety zajmuję 15. pozycję. Nadal kiepsko, ale do przebiegnięcia jest jeszcze 400 metrów.

Redukuję bieg i wciskam pedał gazu do samej podłogi. Po zewnętrznej na łuku (błąd, to strata sekundy jak nic!) obiegam dwóch zawodników i jestem 13. Biegnę w minimalistycznych Adidasach Climacool Ride, lekkie buty ledwie dotykają podłoża, staram się wydłużać krok. Przed biegiem powtarzałem sobie wszystkie zasady techniki biegu trenowane na biwaku, teraz wszystko idzie w łeb (no ale przynajmniej mam świadomość, że robię źle;)), bo na takim zmęczeniu nie jestem w stanie pilnować ściągniętych łopatek, ładnej pracy rąk i wszystkiego innego.

Na wyjściu na przedostatnią prostę dopinguje ekipa Obozybiegowe.pl. Gdy ich mijam rozbrzmiewa donośne „Krasus, nakur…aaaaaaj!”:) Nie wiem kto to (potem okazało się, że to Marta – dzięki!), ale działa. Czuję ogień i wstępują we mnie nowe siły! Mięśnie spinają się do jeszcze większego wysiłku, choć wydawało się to niemożliwe. Na przedostatniej prostej wyprzedzam dwóch rywali i ląduję na 11. miejscu.

Przedostatnia prosta

Ostatni łuk, wszyscy pędzą już niczym błyskawice. Nie wyprzedzam, by nie nadkładać dystansu – szykuję się do ataku na finiszu. Na wyjściu z ostatniego wirażu armegeddon. Każdy jednocześnie zaczyna przyśpieszać i jeden z zawodników podcina Staszka Walentę, który przez dobre pięć-siedem kroków rozpaczliwie walczy o utrzymanie równowagi. Zbiegam na zewnętrzną by nie dostać rykoszetem, a jego heroiczny bój obserwuję jak w zwolnionym tempie, krok po kroku. Biegnie zbyt szybko by kontrolowanie upaść, jego tułów jest przechylony do przodu i tylko sadząc wielke susy Staszek ratuje się przed wywinięciem efektownego orła. W końcu udaje mu się odzyskać równowagę. Mijam jego i dwóch innych zawodników, to już końcowy sprint! 60 metrów, jeszcze jeden do wyprzedzenia, szybciej, mocniej, dalej! 40 metrów, wyprzedzam!, 20 metrów, meta…

Kompletny bezdech.
Pali mnie w płucach jak nigdy w życiu.
Nie mogę złapać równowagi.
Nie sądziłęm, że na dystansie 1000 metrów można się tak zmęczyć.
A jednak można…!;)

Okazuje się, że w swojej serii zająłem 7. miejsce na 17 zawodników, łącznie byłem 23. na 96, bo w szóstej serii biegli sami wymiatacze. Wynik 3:05,7 jest dobry, ale marzyłem o 2:59. I jak to ze mną zwykle bywa – już szykuję się na drugą edycję Warszaw Track Cup, która odbędzie się 4 czerwca br. Zrobię te 2:59 i koniec!

Taktyka chyba była w sumie niezła, bo w drugiej połowie biegu cały czas wyprzedzałem, ale wydaje mi się, że mogłem mocniej przyśpieszyć już na przedostatniej prostej. Do szóstego zawodnika straciłem 2,2 sek., to całkiem sporo. Ale za to za mną jaki tłok, opłacił się mocny finisz! Z ósmym wygrałem o 0,3 sek., z dziewiątym o 0,7 sek, a z dziesiątym o 0,9 sekundy! Na 11. miejscu na metę wpadł zły do szpiku kości Staszek, który bez wątpienia mógłby zanotować o kilka sekund lepszy wynik gdyby nie (raczej przypadkowe, ale jednak) zdarzenie z ostatniego wirażu.

Warsaw Track Cup to świetna impreza biegowa. Można się ścigać na 1000, 1500 lub 3000 metrów, jest też sztafeta 4x800m. Najlepszy w niej jest jednak wymiar towarzyski. Spotkałem tam prawie całą ekipę z biwaku (podlinkuję raz jeszcze, bo może przypadkiem ktoś nie przeczytał, a było naprawdę FENOMENALNIE) i parę innych osób znanych z internetu lub różnych zawodów biegowych. Stadionowa forma sprawia, że ten kto akurat nie biegnie dopinguje innych i cały czas się coś dzieje.

Jedynym minusem WTC jest wg mnie cena. 20 zł za bieg na 1000 metrów to górna granica akceptacji, ale za uściśnięcie kilku zaprzyjaźnionych dłoni można tyle zapłacić, do zobaczenia na kolejnej edycji!

A przy okazji istotna informacja, od dziś działam już na www.biecdalej.pl (oraz biecdalej.pl), jeśli ktoś gdzieś ma podlinkowane to uprzejmie proszę o podmiankę. Wprawdzie dotychczasowy adres blogspotowy wciąż jest aktualny, ale przecież tak ładniej wygląda:)

Jaja jak berety!

Co oznacza „azymut odbierania” punktu X z punktu Y. Czy to po prostu azymut z punkty Y do X? A może azymut „odwrotny”, czyli odwrócony o 180 stopni od niego, z X do Y? Właśnie tak nam wychodziło na początku, gdy odnaleźliśmy pierwszy z sześciu małych beretów i wpasowaliśmy go w beret główny.

Oprócz meczącego napierania 50 km z mapą po lasach lubię czasem pobawić się w prawdziwy orienteering – z wielokroć trudniejszą mapą, gdzie można wygrać nie robiąc ani kroku biegiem, bo liczy się wyobraźnia przestrzenna i umiejętność pracy z mapą. Zwykle mapa ma dodatkowe utrudnienie. Na ostatniej (11.) rundzie OrtIno, która odbyła się 23.01.2013 r. na warszawskiej Ochocie rzecz była w… beretach. Zobaczcie sami, już lektura samej instrukcji może być trudna;)

 
Mapa z 11. rundy OrtIno, trasa zaawansowana

Na starcie zapomnieliśmy… zorientować mapy. Bezmyślnie uznaliśmy, że góra głównego beretu to północ i wg tego próbowaliśmy zlokalizować małe berety. Zamiast beretu z azymutem 295 znaleźliśmy 99 i stąd wniosek, że „azymut odbierania” to niejako azymut odwrotny. Jak dziś czytam instrukcję to pomysł ów wydaje mi się absurdalny, ale skoro mniej-więcej wszystko pasowało, uznaliśmy, że tak musi być. Do prawdy doszliśmy dopiero parę PK później, gdy zweryfikowaliśmy orientację głównej mapy. Dobrze, że przynajmniej wyskalowaliśmy ją na samym początku;)

Najtrudniejszym elementem okazało się być wyznaczenie dwóch azymutów pomiędzy punktami, czyli zadanie dodatkowe. Trudno to zrobić nie mając dokładnie połączonych elementów mapy. Potem okazało się, że nikt nie zrobił tego bezbłędnie. Wyznaczenie tych azymutów zajęło nam dobre 10 min., a w tym czasie kilka osób z zacięciem krążyło wokół podwójnego punktu G i R, który został bardzo sprytnie ukryty w kanale.

W między czasie końca dobiegł limit czasu (100 minut). Na metę wpadliśmy 7 min. po limicie i od razu było wiadomo, że z czystym kontem tych zawodów nie ukończymy. Dla urozmaicenia Lisiccy (ojciec i syn), z którymi robiłem tę trasę wpisali inne wartości azymutów niż ja i okazało się, że mieli więcej szczęścia, bo w jednym z nich spudłowali tylko o 7 stopni i zaliczyli 3 pkt. karne mniej. Bo musicie wiedzieć, że w zawodach na orientację chodzi o to, by zgromadzić jak najmniej punktów karnych.

Teoretycznie nie ma się z czego cieszyć: 8. miejsce na 13 drużyn to pozycja stosunkowo gorsza od 10/20, jakie zająłem w towarzystwie Bernarda podczas 7. rundy zrealizowanej w parku Morskie Oko na Mokotowie. Ale tutaj udało się zaliczyć niewielką liczbę punktów karnych. Na 6. OrtIno na Kępie Potockiej mieliśmy ich 477, w 7. rundzie w Morskim Oku 285, a tym razem tylko 27. Postęp jest wyraźny!

Oczywiście nie da się ukryć, że tym razem trasę przebyłem w towarzystwie dwóch bardzo doświadczonych zawodników, jednak zdecydowanie nie było tak, że się na nich wiozłem. Był to fajny przykład współpracy, w której każdy z nas dodał swoje kilka groszy to wspólnego koszyka. Następne OrtIno 27 lutego br. na Stokłosach, już wpisałem sobie do kalendarza, a i Was serdecznie zapraszam. To świetny trening nawigacyjny przed PMNO. W Warszawie takich imprez jest dużo, OrtIno wyróżnia się spośród nich mapami, które są zdjęciami lotniczymi, co czasem ułatwia sprawę, a czasem… utrudnia;)

Bo chodzi o to, by było fajnie

Start imprezy opóźniony o jakieś pół godziny, oznakowanie trasy tak fatalne, że chyba nikt nie przebiegł 10 km jak powinien, zresztą trasa i tak nijak miała się do mapki opublikowanej na stronie organizatora, na dodatek zrobiłem tylko trzy z czterech pętli ze względu na kontuzję.

I wiecie co? To była jedna z najfajniejszych imprez sportowych, w jakich brałem udział!:) uBIEGnij Raka to inicjatywa grupy uczniów przedmaturalnej klasy z Amerykańskiej Szkoły w Warszawie. Główny bieg miał 10 km, a oprócz tego można było pobiec 2,5 km lub 5 km. Dla najmniejszych szkrabów zorganizowano wyścig na 200 metrów. Była to impreza charytatywna, całość wpisowego (minimum 35 zł, ale jak sądzę zdecydowana większość uczestników wpłaciła więcej) trafiła na konto Fundacji Towarzystwo Przyjaciół Centrum Zdrowia Dziecka, która przekazała je klinice onkologicznej.

Jeszcze nigdy nie byłem na tak międzynarodowej imprezie sportowej, a wszystko dzięki temu, że jej współorganizatorem była amerykańska szkoła – w Powsinie pojawiły się dziesiątki mieszanych rodzin. Mnogość języków dookoła nie dała się porównać z żadnym znanym mi miejscem w Warszawie. Najbardziej urzekła mnie rodzina, w której mama mówiła do dzieci po polsku, tato po niemiecku, a one odpowiadały po angielsku;) Do tego piękna wiosenna pogoda i urocze okoliczności przyrody – atmosfera imprezy była kapitalna.

Podobnie zresztą wyglądał sam bieg. Zupełnie bez napinki, na luzie. 3,2,1… START i ruszamy! Na czele kilkunastu biegaczy, za nimi z górką sto osób, z dziećmi, całymi rodzinami. Trasa w lesie oznaczona miała być kolorowymi wstążkami, ale już na pierwszym rozwidleniu kolorów się zgubiliśmy, bo wstążki nie były zawieszone jednoznacznie. Kolejny raz uznałem, że coś się nie zgadza gdy biegłem wąską ścieżką w lesie, a okazało się, że w odwrotnym kierunku biegną ludzie z dziećmi;) Teoretycznie powinienem zrobić cztery pętle po 2,5km, ale zrobiłem trzy z nich, a Garmin pokazał… 6,65 km. Pod koniec trzeciej pętli poczułem ból z boku lewego kolana i wiedziałem, że lepiej się zatrzymać, co uczyniłem.

Jako że był to bardzo luźny bieg charytatywny to nikt nie mierzył czasów i nie sprawdzał ile pętli zrobił który biegacz, więc i medal otrzymałem:) Zresztą przez zamieszanie z trasą nie sądzę, by ktokolwiek z osób planujących przebiec 10 km pobiegł rzeczywiście tyle. Nie mam pojęcia jak wg organizatorów miała wyglądać trasa, bo większość osób biegła tak jak ja. Jeśli czyta to ktoś kto biegł i miał urządzenie pomiarowe, to ciekaw jestem jego odczytu. Przede wszystkim mapka zamieszczona na stronie orgów zupełnie nie zgadzała się z rzeczywistym przebiegiem trasy, a jeszcze w jej oznakowaniu był taki bałagan, że trudno było się zorientować jak biec. Ale nikt nie miał o to pretensji, uczestnicy z uśmiechem przyjmowali swoje zakłopotanie i biegli dalej.

Absolutnym mistrzostwem świata podczas uBIEGnij Raka był za to catering. Sami zobaczcie!

Można było napić się wody, izotonika, a jak ktoś chciał to i napoju energetycznego. Jako uzupełnienie energii doskonale służył chleb z wyśmienitym smalcem i ogórkiem, nie zabrakło też pysznych kanapek i czekoladowych babeczek polanych karmelem. Trudno było sobie odmówić takich smakowitości! Na dodatek w pakiecie startowym były dwie buteleczki wyciągu z owoców aronii i czarnej porzeczki oraz miodu (Nectar Alfa). Catering był dostępny praktycznie od początku, osobiście na wzmocnienie przed startem przekąsiłem czekoladową babeczkę;)

Mimo totalnej klapy jeśli chodzi o sportowy wymiar biegu, do domu wracałem z uśmiechem i poczuciem, że było to przesympatycznie spędzona sobota, a kilka złociszy trafi w miejsce, które może pomóc ludziom chorym na raka. Serdeczne dzięki dla wszystkich organizatorów, do zobaczenia za rok!

Jezioro zimowym przyjacielem biegacza

W weekend dwa tygodnie temu zaprzyjaźniłem się z jeziorami w zimowym wydaniu. W piątek zrobiłem sobie na nim trening biegowy, w sobotę biegałem wokół kilku innych 15 km, a w niedzielę wykąpałem się w przeręblu.

Kilkudziesięciocentymetrowa warstwa lodu na jeziorze kusiła mnie od kilku dni – bieganie po lodzie, to by było coś! Możliwość zrobienia treningu biegowego na takiej nawierzchni wygrała z obawami o bezpieczeństwo (wszak widoczne ślady ludzi, rowerów, a nawet samochodów dawały jako-taką gwarancję bezpieczeństwa przemieszczania się po lodzie). Na początku biegłem z pewną dozą nieśmiałości, cały czas planując kierunek poruszania się i pilnując tego, by raczej biec tam, gdzie są już jakieś ślady wydeptane w śniegu. Przy każdym kroku czułem dreszczyk emocji i nasłuchiwałem, czy jezioro nie wydaje czasem jakichś odgłosów pękania. Cóż, no risk no fun!

Kilkunastocentymetrowa warstwa śniegu pozwalała na utrzymanie przyczepności (po raz kolejny okazało się, że zakup trialowych Adidasów był doskonałym pomysłem!), ale w miejscach mocniej wydeptanych trafiałem na lód i bieg był wtedy niezwykle trudny.

W sumie zrobiłem 5 kilometrów (track z Garmina wygląda imponująco, bieganie po jeziorze nie zdarza się często:)), ale przez dodatkowe skupienie związane z myśleniem o tym, że pode mną jest kilka metrów lodowatej wody oraz wysiłek związany z utrzymywaniem równowagi na lodzie, zdążyłem się trochę zmęczyć. A że dzień później był X Zimowy Bieg Trzech Jezior w Trzemesznie (15 km po lasach wokół jezior), nie chciałem się katować i na tym zakończyłem trening.

Sobotnie zawody uważam za bardzo udane, celem był czas poniżej 1:15, a udało się zrobić 1:14:08 netto. Warunki świetne, kapitalna pogoda (choć siarczysty mróz życia oczywiście nie ułatwiał) i chleb ze smalcem i ogórkiem oraz grochówka na mecie sprawiły, że Trzemeszno (a właściwie Gołąbki, bo tam były start i meta) na stałe dopisuję do swojego biegowego kalendarza.

Zimowe oswajanie się z jeziorem kontynuowałem w niedzielę gdy dołączyłem do Żnińskiego Klubu Morsa. Po pół godzinie rąbania siekierą udało nam się zrobić 5-osobowy przerębel i stało się: wykąpałem się w temperaturze -10 °C! Ciekawostką jest, że mimo 15 lat zamieszkiwania w Żninie, a potem częstych odwiedzin u rodziców, w tamtejszym jeziorze pierwszy raz wykąpałem się… zimą. W wodzie byłem minutę, potem chwila na mrozie. Daje to niesamowite uczucie – woda zamarza na skórze i ma się wrażenie jakby w skórę wbijało się tysiące malutkich szpilek, kapitalna sprawa! Na końcu sprint do szatni by się wytrzeć, ubrać i ogrzać.

Wbrew obawom: w weekend, w którym najpierw trenowałem na jeziorze, potem na zawodach pobiegłem 15 km w konkretnym mrozie (-15 na starcie), a w końcu wykąpałem się w przeręblu, nie zakończył się dla mnie jakimkolwiek przeziębieniem, czy choćby chrypką. Każdą z tych aktywności serdecznie polecam:)