Archiwa kategorii: półmaraton

Ten, w którym Kampinos daje radę

Dobra, na początek trzeba sobie to powiedzieć jasno: Półmaraton/Maraton Kampinoski to fantastyczna impreza, na której naprawdę warto być! Kameralna, niemal rodzinna atmosfera i piękne okoliczności przyrody sprawiły, że w mojej klasyfikacji okołowarszawskich biegów Kampinos wylądował na najwyższym stopniu podium. I nic nie wskazuje, by miał je opuścić. Gratuluję organizatorom i serdecznie polecam wszystkim!:)

Do tego startu poszedłem na dużym luzie. Praktycznie nie było żadnych przygotowań, specjalnych treningów i jedynie sen kilka dni wcześniej wskazywał, że jednak mi na tym wyścigu zależy. Dla tych, co nie fejsbukowi przypominam: śniło mi się, że ze względu na warunki (nie pamiętam jakie), Półmaraton Kampinoski rozegrano na pętlach wokół prostokątnego boiska szkolnego. Pętle miały po około 200 metrów i cztery zakręty o 90 stopni. Biegło mi się nieźle, a po ostrej walce z najszybszą z kobiet na ostatnich kilku okrążeniach, zająłem trzecie miejsce z czasem 1:31:30.

Mimo przedstartowych obaw, nie było problemów z ogarnięciem się gdzie jest trasa biegu

Połówkę jesienią chciałem pobiec, by zrobić jakąś sensowną życiówkę. Wybrałem Kampinos, bo blisko i ładnie, lecz nie jest to bieg na kręcenie rekordowych czasów ze względu na trudność trasy i brak atestu. Ale nie żałuję, że się zapisałem już pierwszego dnia:)

Po wynikach z ubiegłego roku wnioskowałem że kampinoskie ściganie nie jest jakoś wyjątkowo mocno obsadzone, więc bez skrupułów ustawiłem się w pierwszym rzędzie i poszły konie po betonie. Już po kilometrze wiedziałem, że:
1) złamanie 1:30 mogę odłożyć na półkę z marzeniami, bo trasa jest zbyt terenowa, by równo i szybko biec na poziomie swoich maksymalnych możliwości (a wierzę, że te są w okolicach 1:29-1:30);
2) decyzja o stanięciu w pierwszym rzędzie była słuszna;
3) podobnie jak pomysł, by jednak założyć terenowe Inov-8, a nie szosowe Brooksy.

Po 500-600 metrach biegliśmy już gęsiego. Przez kilka chwil byłem szósty, potem spadłem na ósme miejsce i na nim przebiegłem z 4-5 kilometrów. Od pierwszych metrów zwróciłem uwagę na okoliczności przyrody. Pogoda była idealna do biegania – świeciło słońce, a termometry wskazywały z 1-2 stopnie Celsjusza – dla mnie bomba.

A Puszcza Kampinoska jesienią… ludzie kochani, coś przepięknego! Tysiące (miliony!) kolorowych liści, a do tego niezmącona samochodami cisza Kampinoskiego Parku Narodowego. Przez większość dystansu biegłem sam, co najwyżej z jakiejśtam odległości oglądając plecy poprzedzającego mnie zawodnika. I choć tempo było dużo niższe niż liczyłem, to najważniejsza była radość z tego biegu. A tej nie brakowało na żadnym etapie. Każdy kilometr był radością.

Buty terenowe były tego dnia dobrym wyborem

No dobra, przyznam szczerze, że wydmy (a wiecie, że kampinoskie wydmy uważane są za najlepiej zachowany kompleks wydm śródlądowych w Europie?!) ostro dały mi w kość. Mimo terenowych butów na nogach (decyzja podjęta godzinę przed startem, zabrałem ze sobą dwie pary), kopny piach sprawiał spory problem i miejscami trudno było mi biec szybciej niż 5 min/km. Pod największą górkę miałem ochotę przejść do marszu, ale nie dałem się słabości i podbiegłem. Nie mniej kłopotów niż górki i piach sprawiły mi korzenie w pierwszej części wyścigu – na kilku bliski byłem zaliczenia gleby i tylko refleks i niezła stabilizacja sprawiły, że nie posmakowałem kampinoskiego piachu. Na mecie widziałem sporo osób z piachem na kolanach, im się widocznie nie udało. Ze względu na ukształtowanie terenu i trudne podłoże, równy bieg w sensownym tempie był praktycznie niemożliwy. Skupiłem się więc na radości z biegania:)

A jak się biegło? Jak już się zadomowiłem na tej ósmej pozycji po 1 czy 2 km, to zajmowałem ją przez dobre 20 minut, a potem zamieniłem się z kolegą ścigantem miejscami i biegłem siódmy. Niestety, w okolicach 9-10 km doszła i bez problemu połknęła mnie trzyosobowa grupa i spadłem na dziesiąte miejsce, bo ich tempo utrzymałem tylko przez kilka chwil. Tak dobiegłem do zawrotki (ok 11,3 km). A po niej było naprawdę fajnie, bo mijaliśmy się z dziesiątkami zawodników biegnących trochę i dwa trocha wolniej. Był Paweł, był Jasiu, był Gosiak i Rafciu też był. Takie spotkania ze znajomymi dodawały mi sił, bo nie powiem, było mi już wtedy ciężko, a tętno doszło do 90 proc. maksymalnego. Zgodnie z planem zjadłem dwa żele na 9 i 14 km, które popiłem dwoma łykami wody. Wystarczyło.

Chciałem przyśpieszyć na ostatnich 5-6 km i udało się. Najszybsze 5 km tego biegu to ostatnia piątka pokonana w 21:51. Wiem, jaj nie urywa, teoretycznie miało być lepiej, ale na tak trudnej trasie na więcej nie było mnie po prostu stać. W okolicach 14-15 km wyprzedziłem jednego z rywali i umościłem się na dziewiątej pozycji, którą bez problemu, z ogromną przewagą, dowiozłem do mety. Ciężko mi było cisnąć na ostatnich kilometrach, bo za sobą ani przed sobą nikogo nie widziałem. Nie musiałem więc uciekać, nie miałem też szans nikogo dogonić. Ostatecznie do ósmego miejsca straciłem 49 sek, nad dziesiątym miałem aż 3:03 przewagi – w takich warunkach nic dziwnego, że dopiero na ostatnich kilkuset metrach przyśpieszyłem poniżej 4 min/km.

Spektakularnego finiszu tym razem nie było. Po prostu dobiegłem do mety

Oficjalny wynik to 1:32:25 netto i 1:32:29 brutto. Miejsce 9. na 265 osób, które wystartowały.

Swoją drogą, wielką ciekawostką jest dystans tego biegu. Na stronie informacyjnej organizatorzy pisali, że trasa ma 21,3 km (nic w tym złego, wszak to zawody bez atestu i nieporównywalne z szosowymi wyścigami, więc kilkaset metrów w jedną czy drugą różnicy nie robi), a mi Garmin zmierzył 20,5 km. Przyjmuję, że było tam 21,1 a oficjalny wynik uznaję za nową półmaratońską życiówkę bez atestu. Owszem, do wymarzonego 1:30 zabrakło bardzo dużo, ale zważywszy na trudność trasy i mój brak formy (wiem, że dla niektórych taki czas i brak formy może zabrzmieć jak herezja, ale ja naprawdę nie czuję mocy jaką miałem latem tego roku lub przy okazji maratonu w Barcelonie), narzekać nie zamierzam.

Podczas Biegnij Warszawo Kaśka nie złapała ostrości, w Kampinosie szczęście zmącił zły balans bieli.
Przypadek? Nie sądzę!

Tym bardziej, że znów natrzaskałem fotek ze znajomymi! W zasadzie udało mi się spotkać prawie wszystkich, których chciałem. No dobra, Agata schowała się w bagażniku samochodu, więc nie miałem szans jej złapać, a Renaty jakoś nie znalazłem. Ale że przed startem zimno było jak diabli (może nawet mały minusik), to w sumie mogę im obu wybaczyć;)

To będzie już tradycja te fotki do kolażu – kolejna okazja na Biegu Niepodległości 11.11., z kim się widzimy?:)

Kic-kic, czyli jak zającem zostałem

50 minut do startu. Mam już baloniki i tabliczkę 2:00, pogadałem z tym i owym czas się przebrać w żmudnie przygotowywany outficik startowy. Z plecaka wymuję kurtkę, czapkę, rękawiczki i cały sprzęt. Sprzęt, hmmm… Garmin? Gremlinku, gdzie jesteś?! Skostniałe od mrozu ręce grzebią w plecaku, bez skutku! Po minucie poszukiwań rezygnuję – dupa, zostawiłem go w domu! Ładnie, zając będzie biegł bez zwykłego choćby stopera.

Plan 1: Odpalę Endomondo w komórce i będę biegł z komórką w ręku –mało to jednak wygodne, ale dam radę.
Plan 2: Padnę na kolana przed Oluchną, obiecam, że ją zaniosę na rękach na to wymarzone 2:00, ale niech mi użyczy zegarka.
Eureka, Plan 3: kilkaset metrów stąd mieszka Michał, a obejrzeć start i tak się wybierał. Dzwonię, jest w domu, uffff… Na 30 min. przed startem Aga z Michałem przynoszą mi zegarek i mam z czym biec. Mogę przestać panikować;)

Kiedy Marcin zaproponował mi, bym razem z nim poprowadził na 8. Półmaratonie Warszawskim grupę na 2:00, nie zastanawiałem się nawet chwili. Zawsze podziwiałem ludzi, którzy zającują na biegach, PMW przypadł tydzień po maratonie w Barcelonie, więc i tak wielkie ściganie pewnie by mi nie wyszło – wszystko było na tak, więc się zgłosiłem.

Dobrze mieć baloniki, znajomi od razu Cię znajdą;)

Oczywiście trochę stresa mam – czy się uda, czy ludzie nie będą za bardzo narzekać na tempo, tłok itd. itp. Plan jest taki, by zacząć bardzo spokojnie (rozgrzewka), a przyśpieszyć na zbiegu do Wisłostrady oraz samej kilkukilometrowej trasie, na której mieliśmy mieć wiatr w plecy. Na Belwederskiej zwolnienie pod górkę, a potem już do mety.

Jest trochę zimno na starcie, ale foliowy płaszczyk się sprawdza. Potem jak przydzwoni słońce to nawet czapę na chwilę zdejmuję, ale szybko żółty łeb się chowa i nakrycie wraca na głowę. Jak lecimy pod wiatr Traktem Królewskim to nawet mocno chłodno jest. Dobrze, że mam kurtkę.

Początek biegu zgodnie z planem, od włączenia stopera do minięcia flagi z pierwszym kilometrem 5:57. Potem coraz szybciej, z górki nawet poniżej 5:30. Niestety, już na Nowym Świecie… rozwiązuje mi się but (znów?!), robię supełek i problem znika. Mea culpa, nie dopilnowałem tego po prostu na początku. Staram się służyć pomocą grupie – podaję wodę na punkcie odżywczym i tłumaczę, by się nie pchali do pierwszych stolików, bo wodopój jest długi. Co kilka kilometrów zarządzam „wkręcanie żaróweczek” i strzepywanie rąk – dla rozluźnienia górnej części ciała (zakwasy w bicepsie po biegu to trochę głupi i zbędny ból). GPS tradycyjnie oszukuje o kilkanaście metrów na kilometr, więc kontroluję czas każdego kilometra z oznaczeniami. Te, jak zwykle na imprezach Fundacji Maratonu Warszawskiego, są kapitalne: widoczne z daleka i wyraźnie opisane.

Przedstartowa prezentacja kolorowych skarpetek,
które niedługo chyba dorobią się swojego fanpejdża na Fejsie;)

Ale nie wszystko jest tak kolorowe. Dwustrefowy start (ruszaliśmy naprzemiennie z obu nitek Mostu Poniatowskiego) kompletnie się nie sprawdził. Już na niezbyt szerokim Nowym Świecie musieliśmy wyprzedzać część ludzi ze strefy 2:30, bo ruszyli przed nami! Na Wisłostradzie zaś dogoniłem zająca z tabliczką 2:10, wyprzedzanie w takim tempie, jeszcze z balonikami i tłumem ludzi nie jest łatwe. Ten pomysł Fundacji to ogromna klapa, zupełnie nie rozumiem dlaczego start nie został rozciągnięty np. na al. Zieleniecką. Bo zakręt? I co z tego? Na maratonie w Barcelonie połowa osób startowała zza zakrętu. Przecież do linii startu i tak dochodzi się marszem, a potem dopiero biegnie.

Staram się przygotować grupę na podbieg ul. Belwederską. Gdy podbieg już widać, zachęcam do kilku głębokich oddechów i rozluźnienia ramion. Pod górkę znacznie zwalniamy, tempo ponad 6:00 min/km, zdecydowana większość grupy daje radę! Potem jeszcze kilkaset metrów odpoczynku, do Ronda De Gaulle’a jest lekko pod górkę. Ale za zakrętem widać już, że do mety będziemy głównie zbiegać. Ci co mają więcej sił trochę przyśpieszają, resztę zachęcam do finiszu na pół kilometra przed metą. Linię mijam po 1:59:41 na zegarku, a 1:59:35 wg oficjalnych wyników. Nie jest to idealny czas Mańka, który wykręcił 2:00:00 (!), ale mieści się w normach.

Kilka osób widocznych na tym zdjęciu (pierwszy kilometr) widziałem jeszcze przed metą:)

W domu przeglądam wyniki i… jakie ludzie czasy powykręcali to głowa mała! Tydzień po Barcelonie Ania robi niesamowite 01:36:07 (kobieto, jak?!), królowa złamań Hania mimo konkretnych przeciwności losu 1:43:32, Oli udało się dzięki Mańkowi złamać dwie godziny, w debiutach dobre wyniki osiągnęli też Arek, Paweł oraz spotkany przed startem stary tatrzański znajomy Maciek. O Cypku i jego 1:20 to nawet nie wspominam, to nadczłowiek.

Ale oficjalną i bezapelacyjną mistrzynią świata jest dla mnie Bo, która na wysokości Agrykoli miała nawet swój plakat/billboard/flagę, czy jakby tego nie nazwać. Gazela nabiegała 1:37:42! Coś czuję, że w Poznaniu na ½ IronManie, gdzie będziemy się ścigać, to ja mogę nawet jej pleców nie zobaczyć, bo jeśli chodzi o pływanie to góruje nade mną o dwa Everesty i choćbym przeprowadził się na Inflancką i spał w basenie to jej nie dogonię. Panowie, jeśli któryś jest niezaobrączkowany to migusiem do Rzeszowa się Bo oświadczać!

Mógłbym tak wymieniać i wymieniać, ale boję się, że za nadmiar odnośników w jednym wpisie wujek wielkie Gie uzna mnie za jakąś farmę linków;)

Nie udało się niestety Emilce, ale miała dziewczyna zły dzień zdrowotnie (ot, tak jak ja na Maratonie Warszawskim – zdarza się każdemu) i kilka minut do 2:00 jej zabrakło. Ale ja głowę daję, że w normalnych okolicznościach łyknęłaby dwójkę i jeszcze przepiła minutą zapasu!

Apetyt rośnie w miarę jedzenia: 1:39:19 w półmaratonie

Około 3 km przed metą łapie mnie kryzys. Wiejący na Wisłostradzie wiatr mocno utrudnia bieg, sił coraz mniej, mięśnie i ścięgna działające na najwyższych obrotach zaczynają już wyć o linię mety. Tu nie ma już miejsca na równy oddech czy ładny techniczny bieg. Sapię jak parowóz, pluję i smarkam na lewo i prawo, pot zalewa mi twarz. Na szczęście szybka kalkulacja dodaje mi sił: wygląda na to, że dam radę zejść poniżej 1:40! Robię wszystko żeby plecy pacemakera nie oddalały się, a przybliżały. I udaje się! Nie wiem skąd mam siły żeby na ślimaku na most biec szybciej niż inni, ale tak było, wyprzedzam kolejnych kilka osób. Na samym moście doganiam pacemakera, który głośnym krzykiem zagrzewa biegaczy do finiszowania. Z mostu zakręt o 180 stopni w kierunku Stadionu Narodowego – nie był to najlepszy pomysł, bo wielu biegaczy wytraciło tam rytm. Do mety zostało 300 metrów, ale mam do pokonania jeszcze trzy łagodne zakręty, dopiero po ostatnim moim oczom ukazują się zegar i meta. Te ostatnie zakręty to już prawdziwy sprint wśród tłumu kibiców. A każdy z nich wiwatuje nie tylko swoim zawodnikom, ale wszystkim biegaczom, bo każdy z biegnących jest przecież bohaterem tego dnia. Na końcowych metrach wyprzedzam kilkanaście osób, na metę wpadam z rękoma w górze: wygrałem!
Myśląc miesiąc czy dwa miesiące temu o starcie w 7. Półmaratonie Warszawskim celowałem w spokojne złamanie 1:45 i ukończenie go w czasie ok. 1:43. Wprawdzie kalkulator biegowy na Bieganie.pl wskazywał (na podstawie jesiennej życiówki na 10 km 44:51), że mój czas w półmaratonie to 1:39:16, ale kto by tam wierzył kalkulatorom?;) Dobry wynik na Rajdzie Dolnego Sanu tydzień temu i brak jakichkolwiek dolegliwości po nim zmotywowały mnie do zaatakowania czasu 1:40. Uznałem, że jeśli skończą mi się siły pod koniec to najwyżej wyjdzie 1:41-1:42, co i tak będzie sukcesem. Ostatecznie okazało się, że kalkulator wcale taki zły nie jest, bo od wczoraj mój rekord w półmaratonie to 1:39:19! Kto wie, może gdybym nie wypadł z rytmu na zawrotce z mostu w stronę mety, wyszłoby dokładnie co do sekundy?:)

Trasa była fajna i zróżnicowana, a narzekanie na podbieg na Agrykoli uważam za śmieszne. Niektórzy chyba chcieliby biec całe 21 km z górki. Dopisała pogoda i dopisali Warszawiacy, którzy tłumnie wyszli na ulice. Najwięcej energii dodawali nie tylko zauważeni na trasie znajomi kibice (Strzelba, za to kuszenie browarem na Agrykoli to wiesz…!), ale i obcy ludzie bijący brawo biegaczom. No i te fantastyczne zespoły bębniarzy porozstawiane na trasie, orkiestra policyjna na Krakowskim Przedmieściu i rockmani grający pod Mostem Łazienkowskim. Wszystkim Wam i każdemu z osobna należą się ogromne pokłony i podziękowania, jesteście świetni.

Cóż za nagromadzenie pozytywnych emocji, właśnie za to kocham bieganie:)

Dla zainteresowanych track z GPSa: 7. Półmaraton Warszawski, a na wykresie tempo kilometr po kilometrze.

Wrażenia dot. organizacji
Na dzień dobry miłe zaskoczenie. Mimo rekordowej liczby uczestników (7,2 tys.), w strefie startu panował porządek. Nie miałem żadnego problemu z dostaniem się do depozytu, skorzystaniem z toalety, czy trafieniem do swojej strefy startowej i spokojnym ustawieniem się w niej. Miejsce parkingowe na Saskiej Kępie też udało się bez problemu znaleźć. Na starcie stanąłem niedaleko za pacemakerem na 1:40 i spędziłem za nim następne ponad 1,5 godziny. Nie spojrzałem niestety na nr startowy z imieniem, nie jestem więc dziś w stanie napisać nic więcej jak bezimienne „dziękuję Ci, było naprawdę świetnie!”.

Dzięki podziałowi na strefy startowe nawet na wąskim Nowym Świecie nie było tłoku. Także organizacja za linią mety była kapitalna. Zero kolejek do depozytu, masażu czy po jedzenie/picie/medal. Niewpuszczenie do strefy mety kibiców ma oczywiście taki minus, że nie można się z nimi wyściskać zaraz po biegu, ale z drugiej strony dzięki temu był większy porządek. Gratulacje od kibicujących mi po raz pierwszy rodziców zebrałem pół godziny po biegu, po spotkaniu na trybunach stadionu. Co zresztą też było świetnym rozwiązaniem, bo dla wielu była to jedyna okazja by zobaczyć największy obiekt sportowy w naszym kraju od wewnątrz. Mam nadzieję, że korzystanie ze Stadionu Narodowego stanie się w Warszawie biegową tradycją.

Już za 4 tygodnie Łódź Marato Dbam o Zdrowie. Początkowo celowałem w 3:45, ale… przecież apetyt rośnie w miarę jedzenia, prawda?:)