Archiwa kategorii: triathlon

Ten, w którym rower nie ten-teges, czyli relacja z Panasonic Evolta Triathlon Borówno

Jeden z zawodników też skręca na metę, ale jest za daleko, bym mógł go dogonić. Biegnę swoim tempem, jednak… jest ono dużo szybsze od jego. Powoli się zbliżam, do mety nie więcej niż 50 metrów. A, raz kozie śmierć, OGIEEEEEEEŃ! Niesiony dopingiem, rzucam się do szaleńczego sprintu w walce o (jak się potem okaże) 71. miejsce w The Panasonic Evolta 2013 Triathlon in Poland na dystansie 1/2 Iron Man. Nie zważając na ból i zmęczenie lecę w tempie ok 2:30/km. I na dwa metry przed metą wyprzedzam rywala, wygrywając z nim o sekundę.

Pływanie – za długie o 500 metrów, ale jest postęp
Na starcie pływania się nie pcham, przecież pływakiem nie jestem, trzeba znać swoje miejsce w szeregu. Spokojnie wchodzę do jeziora i zaczynam płynąć. Po 150-200 metrach wchodzę w jako-taki rytm. Staram się pamiętać o technice: długie pociągnięcia, rytmiczna praca nóg, wysoki łokieć i mocne wydmuchy powietrza. Jakoś idzie, choć zalewająca co jakiś czas twarz fala nie ułatwia życia.. Co kilka oddechów podnoszę głowę by sprawdzić, gdzie jest bojka. Za którymś razem kończy się do kopem w twarz, na szczęście niezbyt mocnym. Po pierwszym kółku wybiegam z wody, macham ręką do swoich kibiców i lecę dalej. Rzut oka na zegarek, ponad 24 minuty – masakra jakaś. Ale oglądam się, a za mną też są ludzie, WTF?! Z takim czasem powinienem być pod koniec. No nic, płyniemy dalej.

Przed startem etapu pływackiego / fot. MO-K

Powoli, ale systematycznie wyprzedzam. Tu kogoś, tam kogoś. Doganiam płynącą dość równo dwójkę i mieszczę się między nimi, po chwili synchronicznie wymierzają mi ciosy łokciem i nogą. Bach, bach! Nie dam się, wyprzedzam. Dopływamy do przedostatniej bojki, podnoszę głowę a tam… jeszcze jedna boja, daleko, daleko! Hmmm, ale nikt do niej nie płynie?! Wygląda na to, że się urwała, no to do mety! Trochę przyśpieszam, wyprzedzam parę kolejnych osób i wyłażę z wody. NKŚ wystawia mi przygotowane buty biegowe (sobotni rekonesans wykazał, że z wody do T1 jest daleko i niewygodnie, skorzystanie z butów było dobrym pomysłem, bo dzięki temu bezproblemowo dotarłem do strefy zmian). Ale, mimo tego udogodnienia, droga do T1 nie jest łatwa, bo prowadzi pod górkę, a ja po pływaniu jestem mocno zasapany. W T1 wszystko się wyjaśnia jeśli chodzi o mój fatalny czas. Nie tylko mi Garmin pokazał ponad 2,4 km – narzekają wszyscy. Nie bez problemów pakuję piankę do worka, zmieniam czepek na kask, okulary na rowerowe i człapię po Zuzkę. Pimpuś gotowy do drogi, ruszamy!


PŁYWANIE: 1,9 km (zmierzone 2,44 km (!!) / czas 50:58 / m-ce 168 z 264 (63,6%)

W Poznaniu byłem w 80 proc. uczestników, więc postęp jest spory. Tu płynęło mi się dużo lepiej, złapałem rytm i wyprzedzałem, nawet nogi mi nie przeszkadzały! Wydłużenie trasy mi chyba wręcz pomogło, bo z wytrzymałością nie mam problemów, więc inni tracili, a ja nie.

Rower – a noga nie podaje…Ogień z d…!!! Krzyczę do Pimpusia i Zuzki na starcie etapu rowerowego. Tylko że zamiast ognia to ledwie jakiś płomyczek mi się pojawia. Wiatr dmie kosmicznie, ciężko mi utrzymać prędkość 30 km/h, zresztą nie tylko mi, każdy ma ten sam problem. Masakra. A jeszcze zaeksperymentowałem i jadę z Garminem na ręku i włączonym autoprzewijaniem ekranów. Motam się, bo nic nie widzę i w trakcie jazdy zmieniam ustawienia. Dopiero po nawrotce w Marcelewie łapię baranka i kręcę.

„Na głowie kwietny ma wianek
W ręku zielony badylek
A przed nią bieży baranek
A nad nią lata motylek
A przed nią bieży baranek
A nad nią lata motylek.”

Po trudnym początku, łapię rytm i jest lepiej. Może nie tak dobrze jak w Poznaniu, ale trzy kolejne pięciokilometrówki robię ze średnią ok. 33 km/h, przyzwoity poziom. Jak na warunki wietrzne i jakościowe (droga) nie ma co narzekać, w 2:45 chyba uda się zmieścić.

Ale po 20 km okazuje się, że moje możliwości trafiły na ścianę. Jest coraz słabiej, a ósme pięć kilometrów wchodzi w 10:41, z żenującą jak na mnie średnią 28,1 km/h. Trudne warunki dają się we znaki, ale ten problem mają wszyscy. Mi jednak po około godzinie do gry włączają się plecy i jazda w dolnym chwycie sprawia solidny ból. Chcąc uniknąć masakry na biegu, jadę już głównie w górnym chwycie, co dodatkowo utrudnia jazdę przy tym wietrze. W pewnym momencie, wyjeżdżając z lasu pomiędzy pola, dostaję taki boczny podmuch, że prawie mnie przewraca. Aż strach sięgnąć po bidon.

Próbuję się motywować. Po sobotniej kolacji wraz z NKŚ i naszymi gospodarzami (swoją drogą, wiecie, co oni robią? naprawdę fajne pościele dla dzieci w stylu „u babci Marysi”, polecam!:)) szukaliśmy motywacyjnych kawałków. No to lecimy (zwróćcie uwagę na teledyski):

oraz

I co? I nic. Nie działa. Takie kurde kawałki i zero efektu! Normalna muzyka też się w głowie nie zagnieżdża, noga nie chce współpracować i tyle, do tego ból pleców. Po 1,5 okrążenia, niedaleko stadionu, zauważam swoją ekipę kibicowską, ale się ich zjechało, super sprawa! Na to konto wciągam Ibuprom, w nadziei, że plecy trochę odpuszczą. Zupełnie nie czuję się jednak na szybką jazdę. O ile w Poznaniu czerpałem z roweru ogromną radość, tak teraz jest to wielka męczarnia.

W drugiej połowie dystansu tylko jedną piątkę robię ze średnią powyżej 32 km/h, niektóre poniżej 30 km/h – tak wolno to nawet na treningach nie jeżdżę:/ Po 75 km kolejna tabletka, a tymczasem wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy (i zawodniczki też, a dokładnie jedna) i frustracja rośnie. Każdą minutę mocniejszego kręcenia zwracam minutą bólu. I tak wek za wek sobie jedziemy.

Jedyne co dodaje mi sił to kibice. Oprócz moich bliskich, wymiata ekipa Garnka Mocy – są niesamowici. Stoją i kilka godzin walą w czerwony garnek drewnianą kulką do ucierania kartofli! Pozdrawiam ich Pimpusiem, odkrzykują radośnie i jadę dalej. Na szczycie podjazdu z kolei ulokowała się grupa z portalu Xtri.pl – oj miejsce sobie wybrali dobre! Podjazd daje w kość, więc ich doping na górze dodaje sił. W miejscowościach na trasie też stoi trochę ludzi, wielu bije brawo i zagrzewa nas do walki. Dzięki wszystkim! W końcu moja rowerowa męczarnia się kończy i docieram do drugiej strefy zmian.

ROWER: 90 km (zmierzone 90,7 km) / czas 2:55:41 / średnie: prędkość 31,0 km/h; kadencja 89/min; tętno 150 bpm / m-ce 124 z 264 (47,0 %)

Bieg – z pierdolnięciem na finiszu
Za bramką w T2 wolontariuszka chce zabrać mi rower, a ja skołowany nie wiem co się dzieje i rzucam: „Jak to? Mój rower!”. Dopiero odpowiedź: „odstawię” mnie uspokaja i ruszam do swojego worka na zmianę butów. Poświęcam kilka sekund na założenie różowych skarpetek, w końcu obiecałem kibicom, że będą mogli łatwo mnie wypatrzeć;) Wsuwam butki (mała łyżka do butów to bardzo dobry patent, polecam!) i ruszam. Moi czekają przy bramie, uśmiecham się, pokazuję kciuk i lecę. Słyszę jak mamuśka stwierdza „wygląda dobrze!”.

Cały czas oko na zegarku: „nie za szybko, nie za szybko, nie za szybko”. Czuję w pęcherzu spory zapas, postanawiam więc już na pierwszym kilometrze zrobić szybki sik-stop, a przy okazji odpocząć kilka sekund. Kawałek dalej ktoś inny też się opróżnia, ale górną stroną. Na pierwszym kilometrze widzę ze trzech takich pechowców.

Ruszam. Drugi kilometr w 4:41, na trzecim chcę przyśpieszyć, ale nic z tego. Żołądek zaczyna jeździć z dołu do góry i z lewa na prawo. Błagam go, by nie szalał, chcę ukończyć zawody bez drugiego postoju. Zwalniam poniżej 4:50, spinam mięśnie brzucha i próbuję biec. Po ok. dwóch kilometrach problemy mijają i nabieram prędkości. Pierwszą piątkę robię w 24:35. Na punkcie odżywczym zjadam mus owocowy i popijam wodą, żołądek wraca do żywych.

Ale że Ty już na mecie, a ja jeszcze jedno kółko?!  / fot. AS

Znów wspomagają kibice. Jest niezła pogoda, niedziela, a Myślęcinek to miejsce wypoczynku bydgoszczan. Nic dziwnego, że na większości ścieżek możemy liczyć na doping bardzo wielu ludzi. Biją brawo, częstują wodą (a niektórzy nawet piwem!;)), życzą powodzenia – świetna sprawa. W okolicy stadionu moje tłumy. Co chwilę ktoś znajomy, przybijam piątki, krzyczę do nich, a oni do mnie.

Poinformowałem trochę ludzi o tym, że startuję w triathlonie i zaprosiłem do kibicowania. Ale liczba obecnych przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Na każdym kółku zauważałem kogoś nowego, to było bardzo miłe przeżycie:) W sumie w okolicy stadionu Zawiszy, specjalnie dla mnie, pojawiły się 34 osoby, w tym siedmioro nieletnich! Stawiła się liczna rodzina, kumple z liceum i parę innych osób. Na mecie ze wzruszenia nie wiedziałem do kogo się odezwać i jak głupek kręciłem się w kółko;) Wsparcie otrzymywałem też od kibiców startujących w zawodach Michałów, szczególnie panie S. robiły dużo hałasu, ogromne dzięki, jesteście fantastyczne!

Dlaczego na bieżni stadionu nie biegłem równo jak tory wyznaczają?
Na szczycie wymalowanego przeze mnie stożka zbierał się główny komitet kibicowski,
z każdym kółkiem było ich tam więcej, więc przebiegając przez stadion
nadkładałem parę metrów, by przybić piątkę:)

Przez co najmniej jedną trzecią trasy byłem Andrzejem, bo biegłem w towarzystwie dwóch zawodników, z których jeden niemal za uszy go ciągnął rzeczonego Andrzeja, krzycząc co kilka chwil „dajesz Andrzej! nie ociągaj się!”. Ja odbierałem to jak krzyk do mnie i chwilami czekałem na kolejne „napierd… Andrzej!”. Panowie, ogromne dzięki. Raz biegłem kawałek za nimi, raz kawałek przed nimi, często napieraliśmy we trójkę. Od 5. do 18. kilometra biegło mi się bardzo dobrze. W miarę trzymałem tempo (od 4:30 do 4:50 pod wiatr lub pod górkę), a cały czas sił dodawała mi myśl, że już za chwilę dobiegnę w okolice stadionu, gdzie zobaczę swoich ludzi. Jeszcze półtora kilometra, jeszcze kilometr, o już widać stadion! O, panie S., za chwilę klasowa ekipa, Andżelika z Malwiną, a tam rodzinka, bosko jest. O, i mój chrześniak!:) Dla nich chce się biegać! I tak każde z trzech okrążeń – byle dotrzeć do swoich.

Druga i trzecia piątka weszły w 23:07 i 23:09, w średnim tempie 4:37. Trochę gorzej niż oczekiwałem, ale w granicach przyzwoitości. Nadzieję na złamanie 1:36 straciłem już po kilku kilometrach, bo zamiast średniego tempa w okolicy 4:30, robię tak tylko parę najszybszych kilometrów. Ale może uda się zrobić choć półmaratońską życiówkę (1:38:52 – pierwsza połowa maratonu w Barcelonie?

No i udałoby się. By, kurna jego mać. Ale jaki kryzys mnie złapał na 18. kilometrze, to po prostu kosmos. Jest pod wiatr, noga za cholerę nie chce podawać, każdy krok to wielki dramat, a mięśnie ud palą do żywego. Odliczam metry do punktu odżywczego i już nie mogę doczekać się kubka coli. Łapię go w biegu, piję, trochę wylewam na siebie, łapy mi się kleją. I… działa. Zastrzyk cukru stawia mnie na nogi! Do tego ciągnie mnie już meta, rozpędzam się!

Doganiam Andrzeja i jego motywatora, jak nowonarodzony biegnę coraz szybciej. Pół kilometra napieram z nimi, potem zostają z tyłu. Stadion jest coraz bliżej, jeszcze kilometr. Znów dorzucam do pieca, tempo poniżej 4:00/km, wyprzedzam zawodnika o ksywce „Mazda”, też ma głośnych kibiców. Nie planuję ostrego finiszu, nie lecę po żaden wynik, ot chcę dotrzeć do mety. Jeszcze ok. 250 metrów po bieżni stadionu. Wyprzedzam parę osób, które mają do pobiegnięcia jeszcze jedno lub więcej okrążeń, tylko ostatnia prosta. Jeden z zawodników też skręca na metę, ale jest za daleko, bym mógł go dogonić. Biegnę swoim tempem, jednak… jest ono dużo szybsze od jego. Powoli się zbliżam, do mety nie więcej niż 50 metrów. A, raz kozie śmierć, OGIEEEEEEEŃ! Niesiony dopingiem rzucam się do szaleńczego sprintu w walce o (jak się potem okaże) 71. miejsce w The Panasonic Evolta 2013 Triathlon in Poland na dystansie 1/2 Iron Man. Nie zważając na ból i zmęczenie lecę w tempie ok 2:30/km. I na dwa metry przed metą wyprzedzam rywala, wygrywając z nim o sekundę.

Normalnie fotofinisz! / fot. MO-K

Za metą strasznie ciasno, rozpędzony wpadam w ludzi, łapie mnie ktoś z moich kibiców, a mam siłę tylko na to, by osunąć się na ziemię i kilkanaście sekund się nie ruszać. Proszę o wodę i… okazuje się, że nie ma. Na mecie tak trudnych i wyczerpujących zawodów nie ma wody, dla mnie to niewyobrażalne! Na mecie nie ma właściwie nic. Przypomnę tylko, że w Poznaniu były owoce (banany, pomarańcze, arbuzy), lody, woda, izotonik, a nawet darmowe piwo. Jasne, że taki wypas nie musi być wszędzie, ale żeby nie było wody?! Dobrze, że mam swoich ludzi. Ktoś leci 200 metrów do punktu odżywczego i przynosi mi colę i wodę, a po chwili dostaję od ojczulka braciszka piwo, ufff:)

Rozglądam się wśród „swoich”, ale ich obrodziło! Głupieję i nie wiem komu uścisnąć dłoń, kogo wycałować, kręcę się w kółko jak potłuczony, cały czas mówiąc „dzięki, że wpadliście”;)

Końcówka była w takiego trupa, że głowa mała! / fot. Jamer

Tatku, ale czemu oni na mecie dali mi pusty kubek, a nie coś do picia…? / fot. AS


BIEGANIE: 21,1 km (zmierzone 21,2 km) / czas 1:38:55 / średnie: tempo 4:40 min/km; tętno 160 bpm / m-ce 29 z 264 (11,0 %)

Strefy zmian – jest postęp
T1: 00:04:09 / m-ce 84/264 (31,8%)
W stosunku do Poznania (64 proc.) różnica jest kosmiczna. Uszykowanie sobie butów na dobieg z wody było świetnym pomysłem, zdjęcie pianki też poszło mi dość sprawnie. Oczywiście można było urwać jeszcze sporo, ale z wody wyszedłem mocno zasapany i nie chciałem przeszarżować.

T2: 00:01:42 / m-ce 82/264 (31,1%)
Zainwestowałem czas w założenie skarpetek (rower zaliczyłem bez), przynajmniej nie mam żadnych otarć:) 30 proc. stawki mnie w miarę satysfakcjonuje.

Podsumowanie – „już za rok matura…”
Ostateczny wynik 5:31:15 / m-ce 71/264 sklasyfikowanych (26,9%)

Mam mocno mieszane uczucia jeśli chodzi o ocenę tego startu. W stosunku do ½ IM w Poznaniu znacznie lepiej popłynąłem i poprawiłem strefy zmian, zanotowałem też lepszy czas w biegu. Ale lepszy czas wcale nie przełożył się na miejsce, bo tu i tu znalazłem się w 11 proc. stawki. Do półmaratońskiej życiówki zabrakło zaś… 3 sekund. Szkoda, szkoda. No i ten rower. Czas czasem, różne trasy są nieporównywalne, ale średnia prędkość niższa o 3 km/h to bardzo kiepawo. Nawet po tętnie (średnia niższa o 4 bpm) widać, że źle mi się jechało.

Ostateczny czas 5:31:15 nie powala na kolana, jest regres w stosunku do Poznania. Tam zmieściłem się w pierwszej ćwiartce (24,3 proc.) sklasyfikowanych, w Borównie zaś byłem trochę poza nią (26,9 proc.). Dziwny sport ten triathlon, wyniki są kompletnie nieporównywalne ze względu na diametralnie różne warunki i niezbyt dokładne wymierzanie tras.

Zakończyłem swój pierwszy tri-sezon, ale z trzech startów w pełni zadowolony jestem tylko z debiutu w Mrągowie (swoją drogą, to chyba jedna z najlepszych relacji jakie ever napisałem, więc czytajcie jeśli nie czytaliście;)). W Poznaniu nie poszedł mi bieg, a w Borównie rower. No nic, zima to będzie czas ciężkiej pracy.

A sam Triathlon Borówno? Trudno mieć duże pretensje do organizatorów za pływające bojki, bo wiało okropecznie, ale prognozy pogody były znane i może warto było mocniej je umocować? Jakość dróg to też nie ich wina (chwilami myślałem, że Zuzka się rozpłacze, tak trzęsło), ale już brak wody i czegokolwiek innego na mecie to porażka ogromna. Na dodatek za metą był „salon masażu”, do którego wyczekałem pół godziny, a gdy już miałem być masowany, okazało się, że jest to usługa płatna. OK, nie mam żalu za to, że była to płatna zabawa (aczkolwiek zwykle jest darmowa), ale wystarczyłoby tam umieścić plakat „masaż płatny” i wszystko byłoby jasne, nie traciłbym czasu na czekanie (podobnie jak wiele innych osób, które zrezygnowały).

Wielkie brawa należą się za to kibicom i wolontariuszom. W pewnym momencie jeden z wolontariuszy nie zdążył podać mi wody to dogonił mnie po 50 metrach i dostarczył kubek z wodą. Ogromne zaangażowanie młodych ludzi na punktach odżywczych było fantastyczne. Świetnie spisali się też kibice, i to nie tylko ci moi. Wspominałem już o Garnku Mocy, o ekipie Xtri.pl, ale na brawa zasłużyli też mieszkańcy Bydgoszczy i okolic, którzy na trasie dawali zawodnikom dużo otuchy.

Tak wygląda Garnek Mocy w akcji / fot. https://www.facebook.com/GarnekMocy

No i mam trochę dylemat z tym Borównem… Bo obrodziło w tym roku w zawody triathlonowe. Co więcej, dużo jest zawodów świetnie zorganizowanych – by wspomnieć Poznań oraz cykle Garmina i Volvo. A to Borówno to tak organizacyjnie trochę kiepsko – nigdzie niczego nie wiadomo, totalny brak informacji w okolicy biura zawodów/mety, bardzo słabe mapki tras na stronie organizatorów, zupełny brak wizualizacji stref zmian (Volvo było pod tym względem genialne!), że o żenującej wpadce z brakiem czegokolwiek do picia/jedzenia na mecie nie wspomnę.

No ale z drugiej strony czydzieścikurdecztery osoby (że też ja zbiorowego zdjęcia nie zaordynowałem to gupi jestem jak but!) to absolutny rekord liczby moich kibiców i jak mógłbym ich zawieść za rok, no jak? No kurde, co zrobić, do zobaczenia w 2014 r. w Borównie i Bydgoszczy!:)

Ten, w którym warto być, bo stawiam piwo!

Co robicie w najbliższą niedzielę 1 września? Jesteście w Bydgoszczy lub okolicy i nie macie sprawy wagi co najmniej wojny lub wypłaty? No to widzimy się po południu w Myślęcinku i na Zawiszy! Stawiam piwko:)

W Borównie i Bydgoszczy wezmę udział w triathlonowych zawodach na dystansie 1/2 Ironman (Ironman 70.3). Składa się na to 1,9 km pływania, 90 km rowerem i 21,1 km biegu. Start będzie miał miejsce o 11:00.

Niedosyt po poznańskim 5:21:22 sprawia, że w Borównie/Bydgoszczy bardzo chcę skopać temu triathlonu tyłek. W Poznaniu było dobrze, ale nie idealnie, a ja lubię jak jest idealnie. Pogoda ma szansę być doskonała, a forma chyba jest niezła, czuję w nogach moc jak cholera! Do szczęścia potrzeba mi kibiców. Przybywajcie tłumnie. Zabierajcie szwagra, córkę, teściową, róbcie sobie piknik i kibicujcie. Każdy z Was jest na wagę złota, każde wsparcie może zadecydować o sukcesie lub porażce. Trzymajcie kciuki, dmuchajcie w dobrą stronę, a najlepiej to pokażcie się na miejscu! Im Was więcej, tym mi lepiej. Krzyczcie, dopingujcie, machajcie rękami, niech Was słyszę i widzę!

Żeby ułatwić sprawę i zachęcić, poniżej zamieszczam trochę informacji co i jak.

Pływanie zostanie rozegrane na jeziorze w Borównie, start odbędzie się na terenie byłego Wojskowego Ośrodka Wypoczynkowego „Żagiel”. Pływanie będzie o tyle widowiskowe, że składać się będzie z dwóch pętli, a po każdej trzeba będzie wybiec na brzeg, obiec beczkę, a potem wrócić do wody, co jest atrakcyjne dla kibiców, bo coś się dzieje. Minus jest taki, że w piance, czepku i oksach trudno swojego zawodnika rozpoznać;) Jakby co, to okularki mam białe z niebieskimi szybkami. Jak dobrze wiatry zawieją to wyjdę z wody po mniej niż 45 minutach, czyli o 11:45 (oby wcześniej!).

Pianka i okularki pozostają takie same,
mam za to nadzieję, że uda mi się wyjść z wody z mniej głupią miną;)

Po pływaniu, w strefie zmian zrzucę piankę i siądę na rower. Zuzka będzie mnie niosła 90 km, trasa składa się z dwóch i pół pętli, a kibice w tym czasie trasą Gdańską będą mogli przejechać z Borówna na Zawiszę. Pętle trasy rowerowej wyglądają następująco: zz ośrodka „Żagiel” wyjedziemy w lewo ul. Spacerową do miejscowości Nekla, tam w prawo do Kotomierza i nawrotka. Z Kotomierza do Niemcza i w prawo w ul. Jeździecką do Rynkowa i Myślęcinka. W Myślęcinku w ul. Hipiczną i wracamy do Nekli i Borówna. Takie dwa kółka, a potem jeszcze pół, czyli dojazd z Borówna do Stadionu Zawiszy, gdzie umiejscowiona będzie druga strefa zmian, w której mam nadzieję pojawić się po ok. 2:40 od rowerowego startu, czyli ok 14:30 (im wcześniej tym lepiej;)). Znakiem rozpoznawczym mojego (biało-czarnego) roweru jest fioletowy kucyk na kierownicy, o taki jak poniżej.

Pimpusia na kierownicy nie ma nikt poza mną:)
=== === ===

Przypominam, że wciąż prowadzimy akcję charytatywną pod kryptonimem „Wielki Wyścig dla Bartka”, w którym zachęcamy do wpłacania pieniędzy na rzecz chrześniaka naszego kolegi, Bartka. 4-letni Bartek ma guza pnia mózgu i staramy się mu pomóc. Hola-hola, ale nie jest to taka o, zwykła zbiórka pieniędzy. Za każde wpłacone na konto Bartka 19,99 zł otrzymujecie los w loterii nad loteriami, a dodatkowe losy możecie sobie wybiegać (jedna sztuka za 19,99 km). Ludziska, ale co to jest za loteria! Można sobie wyloteriować m.in. innowacyjny bidon na makaron, magiczną trąbkę rowerową w kolorze fioletu i kształcie kucyka, wizytę w rowerowym spa, genialnego audiobooka o z dedykacją autora oraz… patelnię nad patelniami!

Szczegóły akcji są o tu, kliku-kliku, a kasiorę wpłacamy na konto:

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski
=== === ===

Trasa rowerowa zakończy się w okolicy stadionu Zawiszy, gdzie rach-ciach zmienię butki rowerowe na biegowe, kask na czapkę z daszkiem i strzałka – trzy siedmiokilometrowe pętle po Myślęcinku biegiem, mapka trasy jest poniżej. I tam właśnie, na trasie biegowej, Wasze wsparcie będzie najważniejsze, będę też najbardziej interaktywny, bo na rowerze trudno jest przybić piątkę, a na biegu można:) Ustawiajcie się w dowolnym miejscu trasy, a jak tylko mnie zobaczycie to krzyczcie ile sił w gardłach. Ale bijcie brawo i kibicujcie wszystkim zawodnikom, a nie tylko mi:)

O tak będziemy biegać – trzy pętle, po 7 km każda

Tak (plus biała czapeczka z daszkiem) wygląda mój strój startowy

Mam nadzieję, że bieganie zajmie mi około 1:35-1:37. Sumując wszystko oznacza to, że na mecie (stadion Zawiszy) chciałbym pojawić się w okolicach godziny 16:05, to wersja bardzo optymistyczna. 16:10-16:15 też będzie dobra:) Jako że meta znajduje się bardzo blisko pętli biegowej, można pokibicować na pętlach w Myślęcinku, a potem przejść na stadion by zobaczyć jak padam na ryj za metą. Główny komitet kibicowski zgromadzony będzie zapewne w okolicy słynnego już transparentu, który był największą niespodzianką półajronmenowego debiutu w Poznaniu :)

 
They’re simply the best! Są nie do pomylenia z innymi kibicami:)

Nie wiem, jak będzie wyglądała strefa mety, ale na większości zawodów można kupić piwo. Jeśli podobnie będzie na Zawiszy, stawiam browarka wszystkim znajomym, którzy pojawią się w niedzielę kibicować!:)

W razie pytań lub wątpliwości pytajcie tu w komentarzach lub na Facebooku. Mam nadzieję, że do usłyszenia i zobaczenia!

A jak ktoś ma wojnę lub wypłatę w niedzielę, to jest duża szansa, że na FB będą jakieś informacje lajf na żywo z trasy, więc pozostańcie czujni:)

Ten, w którym rozdajemy okularki i prosimy o pomoc

NAJWAŻNIEJSZY AKAPIT TEGO WPISU JEST NA KOŃCU. JAK SIĘ KOMUŚ NIE CHCE CZYTAĆ CAŁOŚCI, TO OD RAZU PRZECHODZI NA KONIEC:)


Krasus Krasus leć jak strzała
Twoich brać kibiców cała
dopinguje Cię i wspiera
abyś wygrał właśnie teraz!

Za te fantastyczną rymowankę MARYSIA zostaje zwycięzcą kąkórsu poetyckiego! Marysiu, otrzymujesz przepiękne okulary basenowe firmy Huub, gratulujemy i dziękujemy. Szczególnie ja, bo wierszyk jest mi bardzo miły:)

Muszę jednak przyznać, że rozwiązanie tego kąkórsu było diabelnie trudne. Ostatecznie zdecydowały Twoje umiejętności prorocze związane z bracią kibiców, dzięki którym ukończyłem Lotto Poznań Triathlon na dystansie 1/2 IM (relacja: kliku-kliku).

W ścisłym finale znalazł się też inny prorok – Mikołaj Studziński, który wyrymował tak:

Czy to słońce, czy to deszcz
Poznań dziś Krasusa jest!

Z tym słońcem i deszczem to zaszalałeś;) Trzecim finalistą był Łukasz Nowak z niezbyt dla mnie pozytywnym, ale jednak ujmującym okrzykiem:

Boska Bo! Boska Bo! Krasusowi łupnia do!
Proste i chwytliwe, takich właśnie rymowanej szukaliśmy:) Bardzo podobało nam się także kilka innych, że zacytuję:

Kipi woda aż na Malcie:
„Krasus wygra już na starcie!”
(autor: Monika Tynenska)

Woda, rower, but biegowy!
Krasus to jest Zuch Morowy!
(autor: Monter)

Biegnie Krasus, grymas srogi
Bo juz wie, ze nie dogoni
(autor: Maro)
Bo Krasusowi od początku ucieka,
lecz Kuba na Zuzkę cierpliwie czeka
Wielki Wyścig w najlepsze trwa
Kto wygra? ________, hip hip, hurra!

Krasus, Pimpuś oraz Zuza – cała trójca mknie jak burza!
(autor: Hankaskakanka)

Królowa rzeszowszczyzny, kleopatra podkarpacia
zostawi Krasusa przed metą w samych gaciach
(autor: Mateusz „IGTHORN” Kisiel)

Ten kąkórs sprawił nam ogromną radość, rymowanki były fantastycznie i naprawdę mieliśmy ogromny problem z wybraniem tych najlepszych. DZIĘ-KU-JE-MY!!!

Aha, jeszcze trzy oksy do rozdania. Drugie okulary basenowe od Huub Polska rozlosowaliśmy wśród wszystkich komentujących, którzy nie wygrali okularów w innym kąkórsie. No i okularki pojadą do internauty o nicku…. MARO, gratulacje! Tu problemu nie było, po prostu uroczyścieśmy z Bo Cię wylosowali. Bo w życiu to trzeba mieć szczęście! Bo.

Dwa ostatnie kąkórsy związane były z typowaniem naszych wyników.

Nikt nie wytypował żadnego z wyników dokładnie, co do sekundy. Ani naszego całego ajronmena, ani też różnicy pomiędzy nami, która wyniosła mniej niż minutę (a dokładnie 48 sekund). W tym drugim typie najbliżej byli Ava i Mauri Włodek, którzy wytypowali remis. Zgodnie z zasadami wygrała osoba, która jako pierwsza podała dany typ, a był to MAURI WŁODEK. Gratulacje!

Drugie oksy ołpenłoterowe powędrują do DarkTri, który był bardzo bliski wytypowania naszego wspólnego wyniku. Suma naszych połówkowych czasów wyniosła 10:43:32, a DarkTri typował 10:43:10, pomylił się zaledwie o 22 sekundy! Warto dodać, że był całkiem blisko w drugim typowaniu, bo pomylił się zaledwie o 2,5 minuty. Ma facet nosa!:)

No i jeszcze…

Słuchajcie, kto był na wielkowyścigowym mini-pikniku (naprawdę wielce dziękujemy za przybycie, to było przemiłe!) ten wie, że master of the day został Kgb, który napisał cały poemat na temat Wielkiego Wyścigu. Niestety, poemat nie spełnia podstawowego warunku: nie jest krótką rymowanką;)

Ale nie mogliśmy przejść obok niego obojętnie, szczególnie, że każde z nas dostało własną wersję poematu z podpisem autora. No szok, co nie? Że tak dla nas się ktoś postarał, no szok. Kgb ma wyjątkowy talent (pisze też niezłego bloga jakby co), więc aby go dalej rozwijał otrzymuje od nas…. podręcznik jak zostać pisarzem! A co, niech chłopak wspomni nasze skromne blogaski jak już dostanie tego Nobla albo inną Nike, czy Riboka!

Do rzeczy. Oto arcydzieło Kgb:

Wielki wyścig

Wyścig rozpoczął armatni strzał
By każdy z tysiąca Ajronem się stał
Lecz nam nie o tysiąc, my swoich mamy
Bo. i Krasusa – za nich trzymamy!
Pływa jak ryba ta nasza Bo.
Ale i Krasus idzie na sto
Gdy Boska Bo. z wody wyskakuje
To Krasus na bajku już pedałuje
Kręci miarowo, kadencja spora
Ale dla Bo. to nie-przeszkoda
Będzie wyprzedzać, światłami mruga
Treningów ciężkich jest to zasługa
Nawrót w Kostrzynie, połowa drogi
Przez Swarzędz powrót, upał już srogi
Krasus nie zwalnia, naciska, mocny
lecz Bo. i Cuba – duet wszechmocny!
Wpada na Maltę, Cuba zostaje
Krasus tuż za nią, nielichy grajek
Bo. buty zmienia, dwa łyki wody
Półmaraton przed nią, zaczną się schody
Krasus naciera, sapie i grozi:
„Zaraz ci wyrwę obie nogi!”
Minuty biegną, tętno szaleje
Okrążeń cztery, ależ się dzieje!
Bo. nie zwalnia, tłum wiwatuje
Wszak Wielki Wyścig się dokonuje
Sto kilometrów, jeszcze im mało
Oby sił w mięśniach im nie ustało
Ból przeogromny, że w nogach pali
Sami go z Bo. sobie utkali
Już widać metę, Krasus się zbliża
Ależ on biegnie, cóż to za chwila!
Bo. już niemalże mety dopada
Ale i Krasus – mocna obsada!
Płuca wypluwa, kona zarazem
Już są na kresce, wpadają razem
Po stu kilometrach, potrzebny fotofinisz
Bo gołym okiem nic nie rozkminisz
Centymetr lub mniej, takaż różnica
Na tym dystansie toż to drobnica
Któż pierwszy był, daremne pytanie
Chwała dla Niej, dla Niego wieczne uznanie

Powala, co nie?:)

Wszystkich laureatów prosimy o kontakt mailowy na run.bo.blog@gmail.com i/lub krasus.biecdalej@gmail.com – ustalimy kolory i rozmiary okularków oraz adresy przesyłek:)

Ech, a najtrudniejsze człowiek zawsze sobie zostawia na koniec… Najtrudniejsze, spytacie? Chodzi o to, że Wielki Wyścig się już skończył:( Kurka wodna, dzięki Wam była to fantastyczna zabawa i przygoda. Sam jego wynik nie ma żadnego znaczenia przy tym, jak świetnie bawiłem się w trakcie jego przygotowań! Pisały o nas tri-portale (Love2tri.pl, Tri-book.pl oraz TRI-fun.pl, a najwięcej radochy było chyba podczas rywalizacji na Endomondo.

Tu zaskoczyliście nas kompletnie. Udział w zabawie wzięło blisko 200 osób, a razem spaliliśmy ponad 2,5 mln kcal!!! Wygrała moje cudowna drużyna, która spaliła 1 292 158 kcal, choć team Bo również nie leniuchował (1 245 795 kcal). Dzięki Wam, przez cały lipiec Bo była królową podblokowych trzepaków, a jej ubiór już jest podobno klonowany przez kilka największych firm produkujących odzież sportową.

Walka musi być!;) / fot. TRI-fun.pl

Nie byłoby tak fajnie gdyby nie sponsorzy Wielkiego Wyścigu. To dla nas szok, ale aż cztery firmy zdecydowały się nas wspomóc. Dzięki Wydawnictwu Galaktyka (FANFARY!), od którego wszystko się zaczęło, przekazaliśmy Wam sześć świetnych książek o tematyce biegowo-triathlonowej. Potem zrobiliśmy artystyczny kąkórs z Natural-Born-Runners (FANFARY! kto nie korzystał jeszcze z tego sklepu to marsz na zakupy!) oraz szybkie wymyślenie roweru na nowo we współpracy z Bikeservice.com.pl (FANFARY!) i Galaktyką. Finałowy kąkórs został obsadzony przez Huub Polska (FANFARY!), od którego dostaliśmy cztery pary okularków.

Nie wiem, co ja teraz będę robił jak już WW nie ma. Mam nadzieję, że wkrótce pojawi się inny podobny pomysł i będzie jeszcze fajniej:) Może też nadrobię blogowe zaległości, bo w kolejce czekają m.in. test dwóch par butów od New Balance, opis fittingu rowerowego i kilka innych.

Raz jeszcze wielkie dzięki dla każdego, kto dołożył do niego choćby jednego komcia lub lajka!

A na sam koniec absolutnie najważniejsze. Słuchajcie, Wy pomogliście nam się świetnie bawić, my pomogliśmy Wam się świetnie bawić, a teraz zróbmy RAZEM coś, co sprawi, że ktoś inny będzie mógł się w ogóle bawić.

Bartek, bratanek zaprzyjaźnionego blogacza Kuby potrzebuje pomocy. W czerwcu 2013 roku rozpoznano u Bartka nieoperacyjnego guza pnia mózgu (szczegóły u Kuby). To bardzo złośliwy i oporny na leczenie paskud. Coś jak ściana maratońska. Ale przecież w takim momencie nie można się podłamywać, nie? Nie wolno zejść z trasy, nie wolno przegrać. Trzeba zacisnąć zęby i dobiec do mety. Pomóżmy Bartkowi ukończyć jego maraton!

Zrobimy tak: każdy kto kibicował Wielkiemu Wyścigowi, albo lubi Bo, albo śmiał się z Pimpusia, albo może podziwiał Boshkę na pudle, albo zainspirował się naszą zabawą, każdy kto wygrał i nie wygrał w naszych kąkórsach, dosłownie każdy kto czyta tego i tamtego blogaska, przeleje kilka złociszy na pomoc Bartkowi. Może to być 5 zł, może być dyszka, a może być 0,5 proc. tego, co zarobiliście w lipcu. Przecież to tylko ułamek, nie?:) Jedno piwo mniej? Da się. Do dzieła, pokażcie, że potraficie.

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski

Ten, w którym biegnę dla kibiców

Pół minuty pod drzewkiem pozwala mi odpocząć, za chwilę punkt żywieniowy, a na nim ulubione pomarańcze, które podobnie jak w Barcelonie stawiają mnie na nogi. I wtedy coś się zmienia. W głowie pojawia się Hymn Luxtorpedy.

Kiedy duch i serce jest silniejsze niż ciało
to ból wśród nieszczęść uczynił Cię skałą.
Tylu już przegrało, zabiła ich słabość,
Ty wśród nich wyciągasz dłoń po wygraną.
W każdym moim zwycięstwie jest pot i krew poświęceń.
Chcę ubrudzić ręce, by wybudować szczęście,
ubrudzić ręce, by wybudować szczęście.



Na ziemię powaleni, wstajemy, nie giniemy -
ta krew już raz przelana, nie wyschnie wciąż i płynie!
Wiara, siła, męstwo -
to nasze zwycięstwo!


Kilkanaście sekund później wiem już, że tę walkę wygram. Upadłem, ale powstaję. Mija dosłownie kilka chwil, w czasie których przestawia mi się jakaś klapka i głowa w końcu pokonuje słabość ciała. Doznaję jakiegoś katharsis, które w mgnieniu oka zmienia mnie z oklapłego i zmęczonego do granic możliwości słabeusza w pełnego energii fajtera. Pewność siebie powraca, serce intensywniej pompuje tlen do mięśni, przyśpieszam, a mój organizm wchodzi na wyższe obroty.

Etap rowerowy, z niego jestem najbardziej zadowolony / fot. BK

Przedstartowe uśmiechy herosów z półżelaza / fot. AS

Pływanie – trochę poniżej oczekiwań
Start z wody, zanim w ogóle rozbrzmiał startowy strzał z armaty, inkasuję kilka kopniaków, bo jest ciasno. BUM! Z dobrą minutę zajmuje mi zanim w ogóle zacznę płynąć, jest bardzo ciasno. Kuksaniec, kopniak, czyjeś ręce, łokcie, nic nie widać. Widoczność w wodzie nie sięga dalej niż łokieć. Staram się płynąć w miarę prosto, ustabilizować rytm i skupić się na technice. Nawet nie próbuję oddychać na trzy, po co się męczyć? Do nawrotki dochodzę ładnie prosto, bez problemów nawigacyjnych. Te zaczynają się na długiej prostej w stronę mety. Nie do końca widzę boje, co chwilę ktoś we mnie wpływa (mistrzostwo dla zawodnika, który płynął pod kątem prostym do mnie, sprawdziłem, ja miałem kierunek w miarę poprawny;)), kiepsko jest. Ale trzymam w miarę równe tempo i rytm, to najważniejsze. Z dwa razy przechodzę do żabki by wyrównać nawigację. Na ostatnich 200-300 metrów przyśpieszam i wg Garmina ostatnie 400 przepłynąłem w 8:50, co jest jak dla mnie wynikiem rewelacyjnym. Niestety, ten sam garmin orzekł, że zamiast 1900 m przepłynąłem 2010 metrów. Na mapce widać zresztą jak pięknie zygzakowałem w drugiej części zawodów. 45:57 to minuta-dwie poniżej optymistycznego scenariusza. 100 metrów nadłożone to właśnie dwie minuty albo i więcej. Być w 80 proc. stawki to zdecydowanie poniżej moich ambicji.


1,9 km (zmierzone 2,01 km) / czas 45:57 / m-ce 481 z 607 (79,2 %)

Rower – zgodnie z oczekiwaniami
Jedź Zuzka, pędź, wyprzedzaj! Już na wyjeździe ze strefy zmian mijam kilka osób, jest pod górkę i ludzie jadą chyba z 15 km/h. Litości, ciśnijcie, albo z drogi! Kończę batonika, popijam i dzida! O, Irek! Wyprzedzam go na Krańcowej, ale chwilę później on kładzie się na lemondce i jest pozamiatane.Do Warszawskiej, a potem 19 km prostej do Kostrzyna, z lekko niebezpieczną pętelką przy Antoninku. Już od pierwszych metrów Zuzka sunie jak opętana, cały czas wyprzedzamy! Obserwuję średnią prędkość z każdego okrążenia (5 km) i staram się, by przekraczała 34 km/h. Najlepsze wchodzą po 36 km/h. Mimo szerokiej drogi, wcale nie jest łatwo. Kałuże po nocnej burzy ograniczają optymalny tor jazdy. Jedni jadą lewą stronę (zgodnie z zaleceniami organizatorów), inni prawą (zgodnie z zasadami ruchu w Polsce), najbardziej wkurzają Ci co pomykają środkiem. Jak ktoś wygląda niepewnie, to zbliżając krzyczę: „Uwaga, wyprzedzam!”. Przy drodze poza miastem kibiców jak na lekarstwo, ale wolontariusze spisują się na medal. Zagrzewają zawodników do walki i ostrzegają przed niebezpieczeństwami. W ramach wdzięczności Pimpuś co jakiś czas popiskuje, co powoduje lawinę radości u przemoczonych do suchej nitki dziewczyn i chłopaków.

Właśnie, pada deszcz. O już nie pada, teraz to leje! Chwilami przez okulary prawie nic nie widzę, więc opuszczam je na nos i patrzę przez nie „bykiem”. Deszcz dodatkowo potęguje problem, który ujawnił się już w połowie (a może nawet na początku) etapu pływackiego: chce mi się siku! No przecież nie zatrzymam się przy drodze, bo to co najmniej minuta lub dwie w plecy. Przepraszam Zuzkę i korzystając z padającego deszczu oraz zjazdu, staję w pedałach i załatwiam sprawę przy prędkości niemal 40 km/h. Ogromna ulga i zdobyta nowa umiejętność;)

Niestety, nie wszyscy zawodnicy grają fair. Co jakiś czas widać nawet i kilkunastoosobowe peletony, a przecież jazda w grupie jest zabroniona. Na pierwszej pętli (ponad 46 km) wyprzedzam ze 130-150 osób, a jedynym, który wyjechał przede mnie jest Irek. Przy zawrotce widzę grupę swoich kibiców. Deszcz leje, a oni stoją, mokną i dopingują, super sprawa!

Na drugim kółku jeszcze dociskam mocniej pedały, noga ładnie podaje, nie czuję zmęczenia. Kontroluję tętno, by nie wzrastało ponad 160 bpm, utrzymuję wysoką kadencję (ostateczna średnia z całego przejazdu to 94 obroty!) i co jakiś czas podnoszę się z siodełka, by dać odpocząć zadkowi. Ale po 50 lub 60 km spada na mnie klops. Zaczynają boleć plecy w okolicach lędźwi, ból występuje praktycznie w każdej pozycji. Próbuję to trochę rozciągać, pomaga jedynie… jazda bez trzymanki z rękoma za plecami, ale nie jest to najbezpieczniejsze rozwiązanie. Tłumię ból i napieram dalej. Na trasie jest już nieco luźniej i (poza bólem) jedzie się bardzo przyjemnie. Oczywiście nadal wyprzedzam. Przed ostatnią nawrotką widzę Bo. Mierzę stratę i wygląda na to, że jest jakieś 800-1000 metrów przede mną. Mam Cię!

Nogi pracują jak tłoki: góra-dół-góra-dół!Pimpuś minimalizuje opory powietrza i połykam kolejne kilometry, a wraz z nimi rywali, jednego za drugim. Czasem grupki (wtedy opieprzam za jazdę w grupie), czasem pojedynczych. Co 30-40 minut trochę zwalniam, by zjeść batona lub żel. W trakcie ostatniej przekąski ktoś mnie wyprzedza. O nie, nie dam się! Kończę posiłek, dociskam pedały i zostawiam rywala z tyłu. Zamierzam ukończyć etap rowerowy tak, by nie wyprzedził mnie nikt poza Irkiem na początku. Pędząca jak szalona Bo pojawia się na horyzoncie, co za motywacja! Prawie cały czas cisnę ponad 35 km/h, a często więcej. Wjeżdżamy do Poznania. Wzdłuż Malty, ulicą Baraniaka ponad 40 km/h i w końcu wyprzedzam wielkowyścigową rywalkę. Oczywiście Pimpuś wydaje przy tym swój pisk radości, jest git!

Pod koniec zwiększam kadencję i prostuję plecy oraz brzuch. Ostatnia prosta, większość ludzi zwalnia, a ja widzę w oddali Irka i wietrzę szanse na wyprzedzenie go, co oznaczałoby, że w rowerowym bilansie nie będę miał żadnego minusa, to dopiero! Wyprzedzam Iromana i nagle okazuje się, że do belki, którą muszę przekroczyć obok roweru, mam jeszcze tylko kilkanaście metrów! Blokuję oba koła, na mokrym asfalcie jadę jak po lodzie, ale udaje się zatrzymać tuż przed linią. Ufffff. Zadowolony z etapu rowerowego truchtam przez strefę zmian pozdrawiając kibiców. Przy końcowej belce Garmin pokazał średnią prędkość 34 km/h – zadanie spełnione! Jak na początkującego kolarza to świetny wynik.


90 km (zmierzone 93,2 km) / czas 2:44:20 / średnie: prędkość 34,0 km/h; kadencja 94/min; tętno 154 bpm / m-ce 183 z 600 (30,5 %)

Bieg – dużo poniżej oczekiwań
Wybiegam ze strefy zmian dokładnie 40 sekund przed Bo. Chciałem biec w tempie poniżej 4:30, więc zaczynam od 4:50-4:55, by przyzwyczaić nogi do nowego rodzaju wysiłku. Ale plecy bolą coraz bardziej i mam obawy, czy dam radę przyśpieszyć. Nie daję. Ból jest nie do zniesienia, upał coraz większy, a jedyną ulgą są tłumy kibiców wzdłuż Malty, którzy zagrzewają wszystkich do walki.

„Biegnij Bo, biegnij!” – halo, jaka Bo, o co chodzi? Oglądam się i wszystko jasne, Boshka jest tuż za mną! Po 3 km plecy nie dają mi już żyć, nie jestem w stanie uciekać. „Dajesz Bo, czytam Twojego bloga” krzyczy jakaś kibicka. „Ej, a mojego ktoś w ogóle czyta?!” – odkrzykuję. „Nie!”. No k… pięknie.

Zwalniam, by Bo się ze mną zrównała. Biegniemy razem, przynajmniej mam się komu wypłakać na swój ból, a w urywanej rozmowie metry szybciej lecą. Boshka trzyma się o niebo lepiej niż ja. Biegnie szybciej niż zakładała, a ja wolniej niż chciałem i wyglądam jak zza grobu, mimo że tętno nie przekracza 145 uderzeń na minutę. Mam ochotę zejść z trasy. Po 4h heroicznej walki chcę już mieć to za sobą, zamknąć się w jakimś chłodnym pomieszczeniu (po deszczu ślady są tylko w kałużach, z nieba leje się żar) i położyć, by plecy przestały mnie boleć. Myśl jest jedna: przy mecie pierdolę, schodzę. Dobiegamy z Bo do końca pętli i widzę transparent, o którego istnieniu nie miałem pojęcia…

A Wy? Poddalibyście się widząc taki transparent i słysząc własnych kibiców
głośniejszych niż spiker zawodów? / fot. Iroman.pl

Nie. Nie mogę zejść, ukończę choćbym się porzygał i padł na mecie bez przytomności. Mogę przegrać z Bo, mogę przegrać z każdym, ale nie wolno mi przegrać z samym sobą!

Nie mogłem się nie uśmiechnąć na ich widok! / fot. AM

Biegniemy razem kolejne 2 km, KGB przy trasie zachwyca się tym, że miał rację z swoim poemacie i ukończymy HIM razem, ale ja wiem, że tak nie będzie, bo zaraz mi plecy eksplodują. O zakładanym tempie 4:30 nawet nie marzę, trudno mi zejść poniżej 4:50. Przy punkcie odżywczym odpuszczam. Nie mam nawet siły krzyknąć „Biegnij Bo, biegnij!”. Zatrzymując się przywołuję bohaterską walkę Hani podczas Maratonu Gór Stołowych – rozciągam trochę plecy. Piję, jem, rozciągam, jest gorąco. Po kilkunastu sekundach ruszam dalej, widzę oddalającą się Bo. „Shut up legs!” na skarpetkach parafrazuję na „Shut up back!”, ale plecy nie chcą się zamknąć i dwa kilometry dalej znów przechodzę na chwilę do marszu. Rozciąganie plus trzecie podczas tych zawodów siku – no ja pierdziu, co z tym moim pęcherzem?!

Pół minuty pod drzewkiem pozwala mi odpocząć, za chwilę punkt żywieniowy, a na nim ulubione pomarańcze, które podobnie jak w Barcelonie stawiają mnie na nogi. I wtedy coś się zmienia. W głowie pojawia się Hymn Luxtorpedy.

Kiedy duch i serce jest silniejsze niż ciało
to ból wśród nieszczęść uczynił Cię skałą.
Tylu już przegrało, zabiła ich słabość,
Ty wśród nich wyciągasz dłoń po wygraną.
W każdym moim zwycięstwie jest pot i krew poświęceń.
Chcę ubrudzić ręce, by wybudować szczęście,
ubrudzić ręce, by wybudować szczęście.

Na ziemię powaleni, wstajemy, nie giniemy -
ta krew już raz przelana, nie wyschnie wciąż i płynie!
Wiara, siła, męstwo -
to nasze zwycięstwo!

Kilkanaście sekund później wiem już, że tę walkę wygram. Upadłem, ale powstaję. Mija dosłownie kilka chwil, w czasie których przestawia mi się jakaś klapka i głowa w końcu pokonuje słabość ciała. Doznaję jakiegoś katharsis, które w mgnieniu oka zmienia mnie z oklapłego i zmęczonego do granic możliwości słabeusza w pełnego energii fajtera. Pewność siebie powraca, serce intensywniej pompuje tlen do mięśni, przyśpieszam, a mój organizm wchodzi na wyższe obroty.

Jest lepiej, mogę biec. Powoli zwiększam nawet tempo. 16. Km wchodzi w 4:37, kolejny w 4:31, ból prawie zniknął, a łydka podaje. Dlaczego nie mogło być tak od razu?! Na rozpoczęciu ostatniej pętli (ok. 5,4 km) od kibiców dowiaduję się, że Bo jest ok. półtorej minuty z przodu. Wiem, że jeśli na przedostatniej długiej prostej wzdłuż Malty ją zobaczę, to dam radę dogonić, to mnie nakręca. KGB mówi, że jestem coraz bliżej.

I rzeczywiście, jest! Patrzę na to, gdzie dokładnie jest Bo i na zegarek, mierzę stratę. 1:25. Potem 1:20, 1:10, przy przedostatnim punkcie żywieniowym jest już poniżej minuty! 20. kilometr w 4:17 i strata spada do kilkunastu sekund, dlaczego dopiero teraz biegnie mi się tak dobrze?! Około 1,5 km przed metą wyprzedzam Bo po raz drugi tego dnia i pędzę dalej. Kilometr, 800 metrów, 500 metrów, już widać moich rozkrzyczanych kibiców, już widać linię mety, jest! Koniec! Ukończyłem swojego pierwszego 1/2 IronMana w czasie 5:21:22.

Zmęczony ponad normę rozglądam się za swoimi ludźmi i nagle… dostaję piwem w twarz;) MS postanowił uczcić w ten sposób mój debiut na dystansie HIM. Za chwilę pijemy razem kolejne piwo, a ja wpadam w ramiona najbliższych. I choć nie do końca jestem zadowolony z wyniku, to szczęście z ukończenia zawodów w takim stylu jest ogromne, bo ostatnią piątkę przebiegłem w 22 minuty, czyli w tempie 4:24.


21,1 km (zmierzone 21,8 km) / czas 1:44:25 / średnie: tempo 4:47 min/km; tętno 157 bpm / m-ce 66 z 600 (11,0 %)

Strefy zmian – poniżej oczekiwań
T1: 00:04:12 / m-ce 384/600 (64%)
Oczywiście nie siedziałem i nie spijałem sobie tam piwka, ani nie malowałem paznokci! W Poznaniu strefa zmian była potężna (musiała pomieścić 1500 osób) i do swojego miejsca z wody trzeba było ze 100 m dobiec, a potem z rowerem pokonać drugie tyle do wyjazdu z T1. Nie zmienia to jednak faktu, że najlepsi robili to w mniej niż 2 minuty. Trochę czasu zajęło mi założenie skarpetek (Paweł, chyba mnie przekonałeś do startów bez…), miotałem się z otwarciem batona, a gdy już truchtaliśmy z Zuzką do wyjścia, spadły mi okularki i wyleciała z nich szybka. Pozbieranie tego też zajęło mi kilkanaście sekund. Do zadowolenia z T1 zabrakło półtorej minuty.

T2: 00:02:28 / m-ce 150/600 (25%)
W T2 ogarnąłem się znacznie sprawniej, choć do urwania było jeszcze kilkanaście sekund, wystarczyło szybciej biec z rowerem.

Podsumowanie – w Borównie będzie lepiej!
Ostateczny wynik 5:21:22 / m-ce 146/600 sklasyfikowanych (24,3%)
Znacie takie powiedzenie, że wystarczy odpowiednio dobrać dane, by dojść do wybranego wyniku? Analiza pliku z wynikami z PozTri wykazała, że zająłem DRUGIE miejsce! Drugie pod względem… liczby wyprzedzonych osób;) Po pływaniu byłem 481, po T1 471, po rowerze 277, po T2 269, a na metę wpadłem jako 146. Łącznie od wyjścia z wody wyprzedziłem 335 osób, przegrywając o 10 z Michałem Zbierajewskim. W Borównie zamierzam być pod tym względem najlepszy! Ale w przyszłości wolałbym po pływaniu znajdować się wyżej w klasyfikacji niż jakieś 80 proc. stawki;)

Podobnie jak w Mrągowie czerpałem z tych zawodów ogromną radość, a to właśnie dzięki wyprzedzaniu innych. W trakcie biegu radości było już mniej, bo zdominował go ból pleców, a głupota w postaci zostawienia czapeczki z daszkiem w T2 mściła się na mnie wraz z każdym promieniem słońca.

Szymonbike robi fajne skarpetki, ale mogłyby być nieco bardziej wytrzymałe;P

Wydaje mi się, że oprócz kwestii pleców zawiodło jeszcze przygotowanie długodystansowe. Zabrakło mi ostatnio długich biegów (takich ponad 25 km), a wytrzymałość zbudowana nimi bez wątpienia przydałaby się podczas biegu. Problemy z pęcherzem (zwykle nie sikam ani razu na zawodach, tym razem trzy razy!) były chyba jednorazowe i mam nadzieję, że się nie powtórzą. A, i jeszcze jedno. Przed startem za bardzo chyba nakręciłem się na nie wiadomo jaki wynik. 1/2IM w Poznaniu nauczył mnie pokory dla dystansu i tego, że triathlon to nie bieg uliczny, gdzie po prostu trzaska się równo kolejne kilometry. Tam może się wiele rzeczy wydarzyć (i tak dobrze, że nie złapałem gumy ani nie zaliczyłem szlifu po asfalcie) i trzeba mieć niebywale dużo szczęścia, by wszystko wyszło idealnie. Do Borówna został miesiąc i mam zamiar mądrze go przepracować. Do roboty!

Ciekawi jesteście wyników wielkowyścigowych kąkórsów? Oj, będą, będą, ogarniamy to! Ale gdybym dodał tu jeszcze podsumowanie WW to wyszedłby chyba najdłuższy post w historii sportowej blogosfery, więc odpuszczę. Podsumowanie przygotujemy razem z Bo i w ciągu kilku dni znajdzie się na blogach.

Ten, w którym apetyt rośnie w miarę jedzenia

Na początku był chaos. Zaimponował mi Michaś tymi swoimi triathlonami i też zachciało mi się zostać człowiekiem z półżelaza. Na dobry początek z półżelaza, ale wiadomo jak jest;) Ostatnie osiem miesięcy to całkiem sporo treningów. I jeszcze treningów oraz treningów.

I oto, po miesiącach przygotowań, za niecałe dwa dni stanę na starcie 1/2 IM w Poznaniu. 1900 metrów wpław, 90 km na rowerze i na koniec półmaraton (21,1 km). Triathlon mówi: sprawdzam!, a ja wiem, że mam w talii mocne karty.

Pierwotnie wymyśliłem sobie zmieszczenie się w 6h. To wydało mi się przyzwoitym minimum. W zaokrągleniu 1h na pływanie (planując start nie umiałem kraula w ogóle), 3h na rower i 2h na bieg. Ale potem apetyt zaczął bardzo szybko rosnąć…

Jak zaczęliśmy z Zuzką te kilometry pokonywać to okazało się, ze 90 km w 3h to ja przejadę nie mecząc się, a przecież nie o to chodzi;) W Mrągowie chciałem przez 45 km utrzymać średnią prędkość 33 km/h i udało się. No to czemu by nie spróbować tak szybko pokonać całych 90 km? Udało się na treningu, no to przecież nie będę jechał na zawodach treningowym tempem, prawda? No to spróbuję przekroczyć 34 km/h, co da 2:38 w części rowerowej. Wiele więcej to ja nie będę raczej w stanie wycisnąć.

W biegu to fajnie byłoby życiówkę półmaratońską poprawić. Obecnie stać mnie na 1:28-1:29, ale w tri biegnie się na sporym zmęczeniu, więc 1:35 będzie dużym sukcesem.

A pływanie to spora loteria w moim przypadku. No przecież pływać kraulem nauczyłem się dopiero parę miesięcy temu. Na 1/4 w Mrągowie z wody wyszedłem po 19:30, ale tam był skrócony dystans. Tak na oko i ucho sobie myślę, że chyba stać mnie na zmieszczenie się w 45 minutach.

Sumujemy, dodajemy, kalkulatory pracują na najwyższych obrotach i…. 2:40 + 1:35 + 0:45 daje… aż się boję, ale to nie chce być inaczej niż 5:00! Po doliczeniu stref zmian (obym zrobił je szybciej niż w Mrągowie…) w sprzyjających okolicznościach przyrody wynik 5:05 powinien być w zasięgu, choć nie ukrywam, że marzy mi się 4:59. Ale triathlon to taki sport, że wiele może się zdarzyć. Z wyniku 5:15 też będę zadowolony. Szansa na poprawkę już za miesiąc w Borównie. Najważniejsze, bym na mecie miał poczucie, że dałem z siebie wszystko.

W Poznaniu szykuje się całkiem mocna rywalizacja. No bo, że Bo i Wielki Wyścig to dobrze wiecie. Ale zęby na skopanie mi tyłka ostrzy sobie też Irek, a dziś na FB założyłem się z Pawłem o czteropak dobrego piwa, że w Poznaniu zrobię lepszy wynik niż on za tydzień w Gdyni. Tak, rywalizacja to jest coś, co Tygryski lubią najbardziej:)

No dobra, leję tu wodę, a tak naprawdę zbieram się, by napisać Wam, że się jednak trochę cykam. No bo to ponad 5h bardzo intensywnego wysiłku, pogoda ma być mało sprzyjająca i wszystko się może zdarzyć. Czy nie zapultam się w piance? Czy noga wytrzyma 90 km ciśnięcia z maksymalną prędkością? Czy starczy sił na sensowny bieg? Czy uda się rozsądnie gospodarować piciem i jedzeniem, by nie zabiła mnie kolka? Czy Zuzka będzie tak niezawodna jak zawsze dotąd? Czy tysiąc osób na trasie to nie za duży tłok? No i do jasnej-ciasnej, czy dam radę dogonić Bo?!

Do zobaczenia w okolicach Malty. W sobotę od 17:30 (szczegóły w poprzednim wpisie) oraz w niedzielę od rana. Ten w panice ubierający piankę i sikający w nią ze strachu to będę ja.

Ten, w którym Wielki Wyścig jest tuż-tuż, a Bo i ja zostaniemy ajronmenem

Stało się. Kości zostały rzucone, miarka się przebrała, a naważone nawarzone piwo należy wypić. Do Wielkiego Wyścigu zostało kilka dni. Właściwie to już niedługo będzie można zacząć odliczać godziny do chwili, gdy stanę na linii startu (przy czym „stanę” to nieco na wyrost, bo start odbywa się z wody) Lotto Poznań Triathlon 2013, by po raz pierwszy w życiu zmierzyć się z dystansem half-ironman (1900m pływania, 90 km rowerem i 21,1 km biegu). Obym tylko nie zapultał się w piance, nie zechciał zdejmować skarpet przed biegiem i pił dość dużo, by się nie odwodnić, ale nie za dużo, by nie musieć eksperymentować z załatwianiem potrzeb fizjologicznych w trakcie jazdy rowerem, a będzie dobrze.

Ale to przecież nie będzie zwykły triathlon, bo to Wielki Wyścig! Decydujące starcie pomiędzy dwojgiem blogerów i biegaczy, którzy wymyślili sobie, że zostaną triathlonistami. Po jednej stronie Królowa Podkarpacia, Kleopatra Rzeszowszczyzny i mitologiczne połączenie Afrodyty z Ateną. To Ona stanowi odpowiedź na odwieczne pytanie: co było pierwsze, jajko czy kura? Amerykańscy naukowcy w końcu znaleźli odpowiedź: Bo. Jest alfą i omegą, a czasem… nawet gammą.

A z drugiej strony ja. Prędzej niż gammą jestem gappą, jak np. w ostatnią sobotę, kiedy to nie trafiłem na metę Biegu Powstania Warszawskiego. Ale w Poznaniu mam nadzieję, że meta będzie bardziej jednoznaczna;) Bez wątpienia w szybkim dotarciu do niej pomoże mi zamocowany na zuzkowej kierownicy obiekt drwin zazdrośników, czyli Pimpuś (niezorientowanych odsyłam tu: kliku-kliku), w biegu to już chyba jakoś sobie poradzę. Brata bliźnika Pimpusia wysłałem Bo, byśmy mieli równe szanse, ale na razie utknął gdzieś w odmętach magazynów Poczty Polskiej, mam nadzieję, że dotrze na czas…

Jejku! Rety! Co to będzie?
I Boshka i ja mamy swoje silne strony (o słabych lepiej nie pisać, bo i po co?). Za Bo przemawia doświadczenie (nazbierała tych pudeł już w tym roku…) i tempo pływania, za mną niezły rower i dobre bieganie. Liczę, że zrobię w Poznaniu półmaratońską życiówkę (aktualnie 1:39:19 z ubiegłej wiosny), ale jeśli warunki pogodowe będą takie jak w ostatni poniedziałek w Warszawie, to może być różnie. Oprócz nas na starcie stanie ponad 700 osób, niewykluczone więc, że w ogóle przez całe zawody się nawet nie zobaczymy i od kibiców będę dowiadywał się jak bardzo muszę cisnąć by ją dogonić. Bo że po wyjściu z wody będę gonić to bardziej niż pewne.

Specjalnie dla Was na fesjbukowym profilu blogaska będzie prowadzona na żywo przez NKŚ relacja:) Nie spodziewajcie się wpisów co minutę z aktualnymi czasami, ale podstawowe informacje o wyjściu z wody, tempie roweru czy biegu na pewno będą:) No i szybko dowiecie się jak dotrzemy na metę! Kto nie może stawić się w okolicy Malty w niedzielę przed południem, obowiązkowo śledzi WW na FB:)

Kąkórs nad kąkórsami
A właściwie to nawet trzy! Jak Wielki Wyścig, to wiadomo, że przekupstwo, nagrody, konkursy i loterie. Z okazji finału przygotowaliśmy dla Was aż CZTERY (jupiiii!) nagrody. Tzn, nie my przygotowaliśmy, tylko firma Huub Polska ufundowała (ukłony, oklaski, fanfary!). Do wzięcia są cztery pary okularków pływackich Huuba, kurde sam bym takie chciał! Dwie pary oksów do pływania na basenie i dwie do pływania w wodach otwartych (choć oczywiście to nie jest tak, że w tych drugich nie wpuszczą Was na basen;)).

Co należy zrobić, by wygrać takie czaderskie okularki?

  • A na przykład nic. No, prawie nic. Pierwszą parę oksów basenowych wylosujemy (za pomocą strony Losowe.pl) spośród WSZYSTKICH OSÓB, które zamieszczą jakikolwiek komentarz (przy czym komć z typem kąkórsowy jest już komciem jakimkolwiek;)) pod tym wpisem na blogu (lub oczywiście pod odpowiednim wpisem na blogu Bo). Możecie dawać i 50 komci, ale w losowaniu weźmiecie udział i tak tylko raz. Bardzo prosimy, by Wasze podpisy były unikalne, podpisujcie się nickami, imionami i nazwiskami itd., by można było Was zidentyfikować.
  • Oksy drugie basenowe dostanie osoba, która zaproponuje/wymyśli najfajniejszą rymowankę/wiersz biały/okrzyk/hasło zagrzewające nas (jedno lub dwoje do walki). Ma być krótkie (dwa wersy) i chwytliwe:) Na przykład: „Nie daj się Bo, nie daj, Krasusowi kosę na biegu sprzedaj!” albo „Coca-cola cola Pepsi, Bo i Krasus są najlepsi!” – takietam nic skomplikowanego:) Borman, Twoje punkowe szaleństwo przy konkursie u Mańka mnie urzekło, liczę na Ciebie i teraz!
Oksy Huuba, najlepszy sposób,

by na basenie wyglądać pro!

  • Oksy ołpenłoterowe nr 1 powędrują zaś do osoby, która najlepiej wytypuje (a nie mówiliśmy, że warto mieć deal z jakąś ogarniętą Cyganką?) wynik naszego całego ajronmena! Wszak pół i pół to cały, więc razem z Bo zostaniemy całym ajronmenem, ha!:) Tu oczywiście podajemy wynik w formacie GG:MM:SS, czyli np. 9:59:44 (hahaha, dobre, co?).
  • Oksy nr 2 do pływania w wodach otwartych otrzyma ktoś, kto najtrafniej wytypuje różnicę w naszych wynikach podczas 1/2 IM w Poznaniu, czyli wynik Wielkiego Wyścigu, najważniejszego pojedynku tego roku. Trzeba napisać: Bo wygra o 10 min. 20 sekund. Albo (a nawet lepiej!) Krasus dokopie Bo o 20 min. i 44 sek. Ważne, by typ był jednoznaczny. 1:12 to nie wiadomo, czy oznacza 1h:12min, czy 1min:12sek. Więc lepiej podać 1:12:00 lub 0:1:12. No i trzeba wskazać kto wygra;)
Oksy ołpenłoterowe, dodają +8 do pływackiej stylówy
i odejmują 6 sekund na każde 100 m dystansu!

W sprzyjających okolicznościach przyrody marzyłoby mi się 5:10, a może i lepiej, ale jakie okoliczności będą, to diabli wiedzą, bo pogoda ma być iście tropikalna, więc 5:20-5:25 jest możliwe. Wynik słabszy niż 5:30 uznam za porażkę bez względu na warunki. Bo zapewne napiszę coś o sobie na blogasku, ale weźcie na to poprawkę. Każdy miał chyba w podstawówce i szkole średniej koleżanki, które przed sprawdzianem mówiły, że nic nie umieją, a potem były piątki od góry do dołu!

Jedna osoba może wziąć udział we wszystkich konkurencjach naszego wielkowyścigowego kąkórsu, ale dla ułatwienia prosimy, by odpowiedzi zamieszczane były w oddzielnych komentarzach. Czyli np. Jan Kowalski dodaje trzy komcie, w każdym podając odpowiedź na inną konkurencję, a dodatkowo weźmie udział w losowaniu czwartych oksów, których rozmiar i kolor zwycięzcy będą mogli sobie sami wybrać:) Aha, jedna osoba może wygrać tylko jedne okularki, więc gdyby jakiś super-wróżbita wygrał dwie konkurencje i jeszcze ułożył najfajniejszy wierszyk ever, to i tak dostanie tylko jedne oksy, a drugie przekażemy kolejnej osobie. W losowaniu udział wezmą wszyscy poza zwycięzcami trzech pozostałych konkurencji.

Zgłaszać swoje typy, propozycje i rozwiązania można do 4 sierpnia br. (niedziela) do 9:30, w przypadku dwóch takich samych typów obowiązuje sprawdzona zasada kto pierwszy ten lepszy. Potem już tylko modlitwy o deszcz, trzymanie kciuków i bicie braw bohaterom Wielkiego Wyścigu i ich rywalom.

Spotkanie dla kibiców Wielkiego Wyścigu
I jeszcze najważniejsze. To chyba najwspanialsza nagroda. Któż nie chciałby spotkać Bo osobiście lub uścisnąć dłoń Krasusa? Osoby, które będą w okolicy Poznania w najbliższy weekend zapraszamy na mini-piknik dla znajomych i nieznajomych kibiców WW:) Wpadajcie tłumnie, każdy będzie mile widziany. Spotkajmy się nad Jeziorem Maltańskim w Poznaniu, pod koniec ul. Wileńskiej przy Malcie o godzinie 17:30. Będziemy tam do około 18:45, bo potem mamy odprawę. Jest tam kilka drzew, będzie się gdzie schować w cieniu, a przy Termach Maltańskich jest parking, gdzie można zaparkować furę. No to co, kto wpada na mały wielkiowyścigowy spocik?:)

Mapka, byście się nie tłumaczyli, że nie wiedzieliście, gdzie się spotykamy;)

Ten, w którym Zuza ma głos

Co się dzieje? Już 20 minut od startu, a w strefie zmian wciąż pusto? Gdzie mój Krasusek, gdzie wszyscy inni? O, jest, jest pierwszy! Hej, kolego, co się stało? Opóźniony start? Że wiatr porwał bojki i ruszyliście 20 minut później? Fiuuu, to się naczekam…

Są następni, kolejni i jeszcze inni. I nawet znajome twarze, o, Paweł. Kurde, przecież on dobrze nie pływa, więc zaraz powinien być i Krasus. Jesteś! 19:31? Całkiem w pytkę, ale chyba trasa była skrócona, co?;) Zygzakowałeś? A czego się spodziewałeś, przecież nawet na basenie Ci się zdarza. Ważne, żeś się nie utopił i nie zgubił okularków. 144 miejsce na 190 to w sumie zgodnie z oczekiwaniami, więc nie narzekaj.

Dość gadania, ściągaj piankę, migusiem! Garmin w zęby i ściągaj nogawki. Nogawki! Nie ręką, nogą będzie szybciej, przydepnij sobie. Człowieku, nie przysiadaj! Kask! Przecież deszcz leje, nie masz się co wycierać, daruj sobie. Zakładaj skarpetki, buty, zjedz batona i jazda. No szybciej! 3:34 w strefie zmian. Facet, ze 190 osób 153 przebrały się szybciej niż Ty. Ruszaj zadek!!!

Lecimy. Okulary parują od deszczu, żaden z nich pożytek, wrzuć do kieszeni. Najpierw kilkaset metrów bruku. Na wszystkie smary tego świata, ale trzęsie! Musisz już tutaj wyprzedzać?! Zobacz, oni jadą 15 km/h, nie musisz cisnąć 25! Uff, asfalt… Pierwszy podjazd. O, Joasia Jabłczyńska! A ktoś sobie żartował, czy damy radę ją wyprzedzić, Piotruniu, udało się:) Ciśnij, pedałuj!

Szósta osoba wyprzedzona, 6:0 dla nas! Tylko czemu Garmin nie pokazuje odległości i średniej prędkości? Cholera, zgubił GPS na końcu pływania i się nie połapał do teraz, masakra. Dobrze, że mamy czujnik kadencji i prędkości, przynajmniej wiesz jak szybko jedziemy.

Zielony Domek, tu się zatrzymaliśmy. Fantastyczne miejsce, ale warto potwierdzać rezerwację, bo może zdarzyć się tak, że przyjedziecie i nie będzie dla Was miejsca;)

Kilkusetmetrowy podjazd w okolicy cmentarza, czy Ty nie przesadzasz? 25 km/h pod górkę? To naprawdę spora górka! Zobacz, że cały czas wyprzedzasz, zajedziesz się i nie będzie siły na bieg. Już 20 osób, a to dopiero niespełna ćwierć dystansu. Dobra, dobra, już jestem cicho.

Fiufiu, pagórkowato. Ciekawe jak pójdzie, bo przecież po górkach to my nie jeździliśmy ani razu. Wysoka kadencja to chyba dobry pomysł. Wyprzedzamy. A co to, pięć osób razem? Helo, chłopaki, drafting jest zabroniony! Ziuuuu, wyprzedzony cały peleton. Zjedz coś. Zawrotka i powrót do Mrągowa. Będzie z górki. Tylko mocno się trzymaj, bo asfalt najlepszy nie jest, ponad 50 km/h, porąbało? Deszcz leje! Pimpusia ostro telepie na boki na tych dziurach, oby nie spadł!

Pimpusiem rzucało na dziurach, ale dał radę:)

Co Ty tam brzęczysz pod nosem? Śpiewasz? Happysad? Aleś sobie repertuar dobrał, by Cię dunder świsnął.

że od końców naszych stóp
po końce naszych dłoni,
do końca świata, aż po grób

Ale w sumie to… coś w tych stopach i dłoniach jest. Chyba jeszcze nigdy nie byliśmy tak bardzo jednością jak teraz. Dłonie muskają klamkomanetki, raz baranek, raz górny chwyt. Prąd pływa od stóp do rąk, przez korbę, ramę, kierownicę i dalej w kółko. Noga pracuje mocno, pełne 360 stopni obrotu to przekazywanie napędu na koła. Ach, SPD to fantastyczny wynalazek.

że od końców naszych stóp
po końce naszych dłoni,
do końca świata, aż po grób

Ale uwaga, uwaga, znów bruk! Chryryryryryste, ale trzęsie! „Zwolnij ziomuś, bo tu się ludzie wypier…” – słyszałeś co kolega kibic powiedział? No to zwolnij. O, ładnie, udało się. I teraz ciśnij! Jedna pętla za nami, niecałe 42 minuty to całkiem nieźle jak na trudność trasy. Z górki, pod górkę, drugą pętlę chcesz szybciej? Och, Ty szalony… Żel, pora na żel, jedz rozsądnie i zapijaj. Gamoniu! Jak mogłeś wyciągając żel zgubić oksy?! Dobrze, że kosztowały 40 złociszy (a niektórzy się śmiali), kupisz kolejne.

że od końców naszych stóp
po końce naszych dłoni,
do końca świata, aż po grób

I znów wyprzedzasz? To już 50 osób! Oszczędzaj siły na bieg. O, faktycznie, nas nie wyprzedził jeszcze nikt, ale jaja! Uwierzyłbyś przed startem, że tak nam będzie szło? Przecież znamy się od paru miesięcy, przejechaliśmy razem 850 km, to nawet nie jest zbudowanie bazy, a tu tak ładnie idzie. Może jakiś Tour de France za rok?;) Dajesz, dajesz, nie oszczędzaj się! 70 wyprzedzonych osób, jeszcze dwa kilometry. 77 łykniętych przeciwników, juhuuuuu!

że od końców naszych stóp
po końce naszych dłoni,
do końca świata, aż po grób

Jeszcze tylko kawałek bruku i będzie koniec, ale błagam, ostrożnie! Widziałeś tych zakrwawionych ludzi? Widziałeś pogięte ramy? Chyba nie chcesz mi zrobić krzywdy, co? No to zwolnij. O nieeeeeeeee, na ostatnim bruku wyprzedził nas jeden jedyny zawodnik… Ale przynajmniej z Bydgoszczy, można mu to wybaczyć, a 76 na plusie to świetny wynik (45 km w 1:21:49). Ze 144 miejsca po T2 wspięliśmy się na 68, KOSMOS, chłopaku!

Teraz T2, rach-ciach, zmieniaj buty. Hej, gościu, dlaczego Ty zdejmujesz skarpetkę?! Zdrętwiałe stopy rozgrzeją Ci się na biegu, nie marnuj czasu! Nie jedz, nie pij, bo kolka złapie. 2:11 w T2, 146 osób przebrało się szybciej, chłopie, ogarnij się.

Gotów? No to śmigaj, wyprzedzaj dalej, do samej mety mój Drogi, pędź!

I co ja tu teraz w tej strefie zmian sama będę siedzieć i się denerwować…? Podjadę kawałek popatrzeć. Jest, widzę. Dobrze, pierwszy kilometr powoli, żeby się nie zajechać. Potem coraz szybciej. Jasna dupa, na drugim kilometrze łapie się za brzuch, znów kolka?! Opanuj, ściśnij mięśnie, wytrzymaj. Ciśniesz, wyprzedzasz. Sprawdzaj każdemu numer, czy jest z Twojego dystansu. Trzy, pięć, siedem osób – wyprzedzasz! Łyk wody na punkcie i lecisz dalej.

Wyprzedzasz, ciśniesz. Kilometry po 4:13-4:15, wow! Ale czy to nie za szybko? Przecież to tylko kilka procent wolniej od życiówki. Ale tętno poniżej 170 to chyba dobrze, napieraj dalej. Łyk wody na punkcie, co się tak cieszysz? No fajnie jest wyprzedzać, już 20 osób, ale skup się, biegnij! Kolejne osoby, jak pięknie! Łydka podaje jak nigdy, Brooksy Pure Cadence odbijają się od nawierzchni jakby miały sprężyny w podeszwie, co za dzień! Jeszcze kilometr do mety, przyśpieszaj! 27 wyprzedzonych osób przez 45 minut, cudownie! Biegnij, biegnij, jeszcze 100 metrów!

Hej, stary, co Ty robisz? Dlaczego zwalniasz przed ostatnią prostą?! Łomatko, na 100 metrów przed metą zachciało mu się kraść całusa stojącej przy bandzie NKŚ! Romantyk się znalazł. No, ruszaj. Ostatnie metry, a ten się cieszy jak głupi, macha rękoma i przybija piątki z kibicami. Dobrze, że przewaga spora to nikt go nie wyprzedzi. 10,5 km biegu w 45:20, zasłużyłeś na buziaka! Nareszcie meta!

2:32:25 w triathlonowym debiucie, spisałeś się Misiu-Pysiu, ale poćwicz w domu przebieranie:)

Przez 2 godziny roweru i biegu się uśmiechałem,
start w Mrągowie to była czysta radość z uprawiania sportu!

Jeszcze jedna moja relacja z Mrągowa napisana dla TRI-book: kliku-kliku.

Ten, w którym ogłaszam el konkursso!

Jak już zapowiadaliśmy na WielkoWyścigowym FB (jeśli jeszcze Cię tam nie ma to rach-ciach i dołączasz do wydarzenia!), Wielki Wyścig wkroczył w fazę gier, zabaw, kiełbasy wyborczej i konkursów z nagrodami. Początkowo chcieliśmy z Bo zgarniać wszystkie gifty dla siebie, ale sponsorzy mieli pewne obiekcje i zostaliśmy zmuszeni do tego, by co trzecią oddać Wam. Zatem z sześciu książek od Wydawnictwa Galaktyka otrzymacie jedną – tak wskazuje skrócenie ułamka i proszę nie dyskutować.

No to zaczynamy.

Pierwszy konkurs będzie dotyczył mojego triathlonowego debiutu – w najbliższą niedzielę wystartuję w Mrągowie na dystansie ¼ IM (950 m pływania, 45 km roweru i 10,5 km biegu). Nagrodą będzie książka „Dogonić Kenijczyków” pióra Adharananda Finna. Jej recenzję możecie przeczytać u Pawła, a książkę ufundował pierwszy sponsor Wielkiego Wyścigu, czyli [początek fanfarów] Wydawnictwo Galaktyka [koniec fanfarów].

Co trzeba zrobić by dodać „Dogonić Kenijczyków” do swojej biegowej biblioteczki? Oczywiście, że samo wytypowanie mojego wyniku w Mrągowie nie wystarczy! Przecież to Wielki Wyścig ;) W Poznaniu będę gonić Bo, więc w Mrągowie też zmierzę się z przedstawicielką płci piękniejszej. A będzie to… najszybsza z kobiet – chodzi o to, by wytypować moją stratę do najszybszej z kobiet, bez względu na to kim ona będzie:) Typujemy w komentarzach pod tym wpisem. Proste, nie?

Podpowiedzi:
- w ostatni weekend przepłynąłem swój najszybszy kilometr w ołpenłoterze – w 22 min;
- moje najszybsze 45 km na rowerze to 1:21;
- życiówka na 10 km to 40:15.
Uczciwie myślę, że na podobne do powyższych czasy w pływaniu i rowerze mam szanse, w biegu będę chciał zmieścić się w 46-47 min. Do tego trzeba doliczyć strefy zmian, które są dla mnie wielką zagadką. W sumie to przede wszystkim chciałbym pobić 2:44:55 trzaśnięte w Malborku przez Bo. Ale miło byłoby też poprawić wynik Pawła (2:44:13), a najlepiej jeszcze i Mista (2:36:45), bo przecież wiecie, że ja lubię rywalizację, nie?:)

Do wygrania jest naturalnie jedna książka,
ale dwie ładniej komponowały się na zdjęciu;)

Ale nawet jeśli co do sekundy wytypujecie mój wynik, to i tak będzie to dopiero połowa sukcesu. Żeby uwolnić się od zarzutów o stronniczość (mógłbym przecież zwolnić przed metą i wpasować się wynik wytypowany przez podstawioną ciotkę wujka ze strony stryja!), w konkurs wpletliśmy element dodatkowy, czyli wynik najlepszej kobiety. Podpowiedź jest taka, że w Malborku, gdzie debiutowała Bo, Małgorzata Szczerbińska miała 2:18:06, w Sierakowie zwyciężyła Agata Pecyna (2:34:36), a w Szczecinku znów Szczerbińska z czasem 2:20:11, która w Mrągowie również wystartuje.

Typujemy więc, jaką stratę zanotuję do najszybszej z kobiet. Możecie typować w sekundach, minutach, godzinach – ważne, by typ był jednoznaczny. Np. 1:12 jednoznaczne nie jest, bo nie wiadomo, czy oznacza godzinę i 12 minut, czy minutę i 12 sekund, więc takich wpisów unikamy.

Jeśli ktoś uważa, że wygram z najlepszą z kobiet (dobre sobie;)), to też jasno to oznacza. Jeśli nikt nie trafi co do sekundy, wygra osoba, która była najbliżej. Jeśli dwie osoby będą równie blisko, wygra ta, która wyżej znajdzie się w jedynej słuszne rywalizacji na Endomondo. Ostatecznie na trzecim miejscu jest zasada „kto pierwszy ten lepszy”. Przypominam, że typy wpisujemy w komentarzach pod tym wpisem. Typować można do najbliższej niedzieli 30.06.2013 r. do godz. 10:45, o której nastąpi start. Potem już tylko trzymamy kciuki. Mocno!

Na koniec jeszcze przypomnienie, że Wielki Wyścig dorobił się swojej podstrony na blogu, gdzie wszystko jest wyjaśnione czarno na białym. Wystarczy zrobić kliku-kliku i można dowiedzieć się wszystkiego.

Ten, w którym pojawia się Wielki Wyścig

Przy tym pojedynku, triathlonowa rywalizacja Macieja Dowbora z Łukaszem Grassem to zabawa małych chłopców w piaskownicy, a wielka wojna z zakonem krzyżackim jawi się nam jako pogaduszka przy kawie. To pojedynek dwojga herosów polskiej sceny blogowo-biegowej, którzy postanowili wspiąć się na wyższy poziom masochizmu – wystartować w triathlonie. Pech (a może nie pech?) chciał, że zupełnie niezależnie zdecydowali się na te same zawody.

W lewym narożniku Ona. Królowa Podkarpacia, Kleopatra Rzeszowszczyzny i mitologiczne połączenie Afrodyty z Ateną. Gdy płynie, szczupaki grzebią się w mule, a węgorze zamieniają we wróbelki. Bezkresne drogi przemierza pod kryptonimem „Szoson” na grzbiecie nieokiełznanego ogiera imieniem Kuba, który, niepocieszony, że trafiła mu się riderka bojącą się serpentyn i górek, na razie jednak musi poskromić swe szybkościowe zapędy. Gdy Ona biegnie (zwykle w trupa), przeciwnicy sami chowają się do trumien i błagają o łagodny wymiar kary. Ponoć słowo „barbarzyńca” wzięło się od jej imienia, a Stig od trzech lat zbiera odwagę, by poprosić ją o podwózkę Saabinką. To Ona stanowi odpowiedź na odwieczne pytanie: co było pierwsze, jajko czy kura? Amerykańscy naukowcy w końcu znaleźli odpowiedź: pierwsza była Ona.

Po drugiej stronie On. Zabójczo przystojny, bezwzględnie inteligentny i bezgranicznie zakochany w dwukołowej pannie Zuzannie. Człowiek, który regularnie kłóci się ze swoimi butami do biegania, a różowymi skarpetkami wyznacza granice biegowej stylówy. Do pracy ponoć pędzi z mapą zaliczając po drodze kolejne punkty kontrolne, bo tak jest ciekawiej i szybciej. Majowie w swoim kalendarzu zapisali datę jego urodzin pod hasłem „anihilacja”, a gdy w końcu przyszedł na świat, kilka miesięcy później na terenie całej Polski wprowadzono stan wojenny. Pod warunkiem utrzymania tempa postępów w pływaniu trenerzy wróżą mu obecność w kadrze olimpijskiej w Rio de Janeiro, choć bardziej prawdopodobne wydaje się, że z wód poznańskiej Malty wyjdzie jako jeden z ostatnich. Pomoże jednak narowista Zuzanna wyposażona w awangardowy klakson w kształcie konika w kolorze fioletu. To tajna broń, która straszyć ma rywali i pozwolić Mu zameldować się w T2 tuż za elitą. Późniejszy bieg będzie już zapewne tylko formalnością…

Oto Oni. Bohaterowie Wielkiego Wyścigu (WW). Zmierzą się w najbardziej ekscytującym pojedynku 2013 r., jeśli nie całego XXI wieku. 4 sierpnia br. w wodach poznańskiego jeziora Malta oraz na ulicach wokół niego ścigać się będą w ramach Poznań Triathlon 2013 na dystansie ½ IronMan (1,9 km pływania, 90 km rowerem i 21,1 km biegu).

Przygotowania pod kryptonimem WW rozpoczęły się już na początku roku. Ona wylewała siódme poty na obozie biegowym, a potem triathlonowym, On zaś na sprinterskim biwaku i warsztatach pływania w wodach otwartych udowadniał, że w pewnym (wymarłym już wprawdzie) dialekcie starocerkiewnosłowiańskim jego imię oznacza „szybki”.

Zatem, Ona czy On? On czy Ona? Kto w Poznaniu będzie lepszy, szybszy i sprawniejszy? Co zadecyduje? Urok czy siła? Technika czy prędkość? Szybkość czy wytrzymałość, a może wytrenowanie lub talent?

Szykujcie kalkulatory, piszcie makra w Excelu, zbierajcie fusy do wróżenia i bierzcie numer telefonu od każdej napotkanej cyganki. Koniecznie monitorujcie blogi bohaterów i dołączcie do wydarzenia na Facebooku! Wiedza o ich postępach i wynikach może przynieść Wam wymierne korzyści… :)

Jej Próbny start już za kilka dni w Malborku, On przetestuje się miesiąc później w Mrągowie.To wszystko jednak nic w porównaniu z najważniejszym dniem tego roku. Wielki Wyścig rusza w Poznaniu 4 sierpnia 2013 r. Musicie być tam razem z nimi! Razem z Bo i Krasusem!

Razem z nami:)

Ten, w którym pęka stówka

- Trzeba było się na słońce posmarować.
- Ja tam się posmarowałem, zawsze to robię.
- Mówię, że trzeba było się na słońce czymś posmarować!
- A ja mówię, że się posmarowaaaaaaaaaa…. JEBUT!!!

Właśnie dlatego długo wzbraniałem się przed pojeżdżeniem z kimś rowerem. Wiedziałem, że jak się zagadam, to zgubię koncentrację i zaliczę glebę. I tak się stało. Na drugich albo trzecich światłach, zanim w ogóle wyjechaliśmy z Bemowa, nie wypiąłem się z pedałów i zadebiutowałem w leżeniu na asfalcie. Na szczęście ani Zuzce, ani mi nic się nie stało (starte kolano to przecież nic) i pojechaliśmy dalej.

Dużo, dużo dalej, bo w końcu przejechałem swoje pierwsze 100 kilometrów! STO-mili-Państwo-KILOMETRÓW! Łącznie stoper zatrzymał się na dystansie 103,5 km w 3 godz. i 25 min.

I jak było, zapytacie? No jak, zapytacie?! A nieważne, i tak się pochwalę;)

Wiatr to zuo!
Wiatr robi różnicę, a jak się jedzie po drodze między polami to robi cholerną różnicę. Minusem tras na zachód od Warszawy jest to, że zwykle wieje od wschodu, co oznacza, że na początku wiatr jest w plecy, a wraca się z takim wmordęwindem, że głowę urywa. Utrzymanie prędkości 27 km/h było bardzo trudne i ledwie nam się to udawało, a i tak nie zawsze. Piździło (mam nadzieję, że nieletnich tu nie ma…) tak, że nawet jazda na kole niewiele pomagała. No właśnie…

Zasłużona wołowinka na obiad!

Jadę na kole!
Sądziłem, że to będzie łatwiejsze. Ot, łapiesz się za kimś i jedziesz. Tja, przy prędkości 33 km/h albo i więcej jedź 30-40 cm za kimś i zamiast na drogę patrz na jego oponę lub ewentualnie łydki. Proszę się nie śmiać, ale ja się po prostu boję! I jak jechałem z tyłu to raczej metr niż pół metra za prowadzącym. Ale pod koniec trochę już załapałem co i jak i trochę z tego skorzystałem, ale na pewno jest to element, nad którym muszę jeszcze popracować. Choć z drugiej strony na dystansach ajronmeńskich drafting jest zabroniony, więc de facto nie wiele mi to da.

100 km to daleko i z powrotem
Praktycznie każdy mój kolejny trening to wydłużanie dystansu. 30, 35, 51, 64 i w końcu ponad 100 kilometrów! To daleko jak diabli. Z Warszawy pojechaliśmy do Leszna, pod Nowy Dwór Maz. i z powrotem. Się jedzie i jedzie. I potem jeszcze jedzie. Owszem, treningowo to sobie można stówkę łyknąć, ale 90 km na wyścigu to będzie masakra, bo nie ma wtedy odpuszczania czy odpoczywania. A przecież potem trzeba będzie jeszcze przebiec półmaraton, hoho…

Rekord za rekordem
Mimo tego, że był to mój najdłuższy trening, pobiłem wszystkie swoje kolarskie rekordy:) Do wylistowanych przez Endomondo (poniżej) należałoby jeszcze dodać 5 km w 8:16 i 10 km w 17:08. Na pewno sporo pomógł w tym fakt, że parę razy zebrałem się w sobie i odpocząłem chwilę na kole Piotrka, ale ogólnie jak na ledwie 3-4 miesiące treningów to myślę, że jest nieźle:) Ach, no i nowy oficjalny rekord prędkości! Z lekkiej górki wyszło 55,6 km/h, tym razem nie wyłączyłem Garmina i jest dowód dla potomnych.

Się bije rekordy!

Jeżdżenie na rowerze jest fajne
Trenując sobie na kolarzówce można zobaczyć całkiem ładny kawałek Polski. W środę byłem w Chojnowskim Parku Krajobrazowym, dziś przejeżdżaliśmy przez Kampinoski Park Narodowy. W pierwszym żyje 100 gatunków ptaków oraz kilkadziesiąt ryb, gadów, płazów i ssaków, a drugi znajduje się na światowej liście rezerwatów biosfery UNESCO i chwali się m.in. najlepiej zachowanym kompleksem wydm śródlądowych w Europie, a żyją w nim m.in. bobry, łosie i rysie!

Wiosną zieleń jest najbardziej soczysta, w połączeniu z błękitnym niebem i ciszą wynikającą z oddalenia od Warszawy stanowi dla mnie esencję zdrowego spędzania czasu. Pedałując tak sobie odczuwam prawdziwą wolność. Gdyby ktoś miał ochotę wybrać się na fajną weekendową wycieczkę to polecam okolice Prażmowa i Zalesia Górnego, tam jest naprawdę rewelacyjnie i nie wieje tak jak na zachód od stolycy;)

I jeszcze szczegóły trasy dla zainteresowanych.