Archiwa kategorii: sky running

Ten, w którym zostaję podniebnym biegaczem (relacja z Biegu Marduły)

Do mety 1400 metrów w linii prostej i ponad 150 metrów pod górę. Idę. W myślach: „biegnij, biegnij k..wa!”. Plan: 20 kroków truchtem na 20 marszem. Ani się obejrzałem, a maszerując doliczyłem już do 45 i za diabła nie jestem w stanie biec. Zmuszam się gdy licznik dobija do 60. Doganiam jednego z zawodników i wyprzedzam go przy budce TPN. Turyści dopingują, mówią, że już bardzo blisko. Nie mam sił nawet im podziękować, pokazuję tylko uniesiony kciuk. Wg Garmina jeszcze 600 metrów. 500, 400, 300…

Słyszę głos NKŚ (Najlepsza Kibicka Świata) i zastanawiam się, czy to czasem nie halucynacje. Ale nie, ona tam jest, stoi! Próbuję się uśmiechnąć (bez skutku) i zmuszam się do biegu. NKŚ mówi, że jeszcze 100 metrów. Choćbym miał zwymiotować, to te 100 metrów przebiegnę! Widzę dwóch napieraczy przed sobą, są coraz bliżej. A z tyłu słyszę kroki. Jak to?! Przecież dopiero co się oglądałem i nikogo nie było! Obracam głowę i ulga: to NKŚ, chcąc dodać mi otuchy, dzielnie biegnie za mną. Do mety szpaler kibiców, chyba krzyczą, ale nie jestem pewien. Na kilkanaście metrów przed dmuchaną bramą Salomona, machając rękoma na prawo i lewo (dodawałem sobie w ten sposób pędu) i zmuszając się do nadludzkiego wysiłku, wyprzedzam jednego z rywali. Ale kolega ma niezły zapas sił i zrywa się do niewiarygodnego sprintu, wyprzedzając nie tylko mnie, ale i jeszcze poprzednika. VI Wysokogórski Bieg im. dh Franciszka Marduły kończę na 132. miejscu na 321 uczestników, z czasem 3:38:01,3. Do zwycięzcy Marcina Świerca straciłem 1:19:30.

Ja wiem, że jak na debiut to dobry wynik i dałem z siebie wszystko i w ogóle, ale… Wiecie jaki jestem. Niby 130. czy 132. miejsce nie ma znaczenia, ale jednak. Finisz był porażką, bo źle go rozegrałem. Gdybym Zbyszka wyprzedził na 2 metry przed metą, nie zdążyłby zareagować. Przed startem miałem cichą nadzieję na zmieszczenie się w pierwszej setce, dałby mi to czas nieco poniżej 3:30. Znalazł się tam Kwito, z którym znów przegrałem (poprzednio na Skorpionie), oj muszę wziąć się do ciężkiej pracy, bo mi Piotrek ucieka!

Ostatnimi siłami do mety / fot. MO-K

Od początku istnienia tego bloga wiadomo było, że celem są góry. Nie na darmo tytuł „Biec dalej i wyżej”. To „wyżej” było marzeniem, ścieżką, którą chciałem odnaleźć. Tatry to moje miejsce na ziemi, a połączenie ukochanych gór z pasją do biegania wydawało mi się ukoronowaniem wszystkiego. I było. Start w VI Biegu Marduły był tak niesamowitym przeżyciem, że potrzebowałem ładnych paru godzin, by w ogóle zebrać jakiekolwiek myśli i dwóch dni, by przelać je na klawiaturę.

Bo bieganie po górach to coś kompletnie innego, a po wysokich górach to już w ogóle. Nie ma, tak jak na maratonie czy innym biegu ulicznym, zakładanego tempa i trzymania się go od drugiego kilometra do mety. Po prostu napierasz przed siebie jak się da najszybciej i modlisz się o to, by dany odcinek się już skończył… Bo albo jest w górę, albo w dół, nie ma płasko. Przy czym poza kilkoma kilkusetmetrowymi odcinkami na Biegu Marduły nigdy nie było tak, by po prostu można było biec lekko z górki, bez ryzyka. Każdy krok to ryzyko, każde postawienie stopy może skończyć się skręceniem kostki bądź upadkiem. W niedzielę zaliczyłem jedno i drugie. Najpierw, jeszcze przed Murowańcem, niefortunnie stanąłem na jakimś kamieniu i lekko skręciłem prawą kostkę, a potem, zbiegając z Kasprowego na złamanie karku, poślizgnąłem się i kawałek zjechałem po kamulcach. Na szczęście nic się nie stało i popędziłem dalej.

No, owo „popędziłem” to trochę przesada, bo jednak okazało się, że zbiegi to trzeba trenować i „pędziłem” oznaczało tempo w okolicach 4:50-5:10 min/km. Wydawało mi się to szybko, dopóki nie zobaczyłem tracka zwycięzcy Marcina Świerca. On w tych miejscach przemieszczał się z prędkością poniżej 3:30 min/km! Myślę, że kozice były mocno zaskoczone, że ktoś biega po górach szybciej niż one.

Przyznaję, miałem trochę strachu przed startem. Owszem, znam Tatry, wiedziałem gdzie jadę i wiedziałem, czego spodziewać się po trasie. Ale słowo spodziewać się nie jest do końca dobre, bo góry jak to góry – wszystko się może zdarzyć. Co innego chodzenie po górach z plecakiem, nawet samodzielne pobieganie dla treningu, a co innego napieranie przez kilka godzin bez chwili wytchnienia. Na dodatek istniało ryzyko, że tam czy ówdzie będzie leżał śnieg, a to podwaja niebezpieczeństwo.

Zgodnie z oczekiwaniami na zbiegach traciłem, co starałem się odrabiać pod górkę. Podejście pod Karb dało mi porządnie w kość, ale kilka osób udało mi się wyprzedzić, szkoda, że zabrakło czasu na podziwianie widoków, trzeba było lecieć w dół. Potem wspinaczka na Przełęcz Świnicką, która dała mi we wszystkie możliwe kości. Nie było oczywiście mowy o biegu, było mozolne stawianie nogi za nogą, łapanie oddechu gdzieś pomiędzy krokami i rozważanie, kiedy to się skończy.

Podejście na Świnicką Przełęcz solidnie dało w kość!

Niestety, w międzyczasie trafiły się małe problemy żołądkowe. Zaczęło mi chlupotać w brzuchu i musiałem przestać na chwilę pić, jedzenie też nie przyswajało się dobrze. Na szczęście po kwadransie przeszło i cisnąłem dalej.

Schowany w chmurach kibicujący nam pod Przełęczą Świnicką TOPR-owiec jawi mi się dziś jako postać niemal mistyczna. Napieram w chmurze i od kilku minut słyszę jak dopinguje, ale go nie widzę. A on stoi przy łasze śniegu i zagrzewa do boju każdego biegacza, który ją przekracza. Dawka energii jaką daje jego „Hop, hop, bardzo ładnie, już jesteś blisko, hop!” jest wręcz kosmiczna. Zmuszam się do ostatnich kroków pod górę, wychodzę na przełęcz z mroczkami w oczach i… kosmos. Cały czas napieraliśmy w chmurze, a ze Świnickiej Przełęczy rozpościera się fantastyczny widok na słowackie Tatry. Ciężko dysząc zmierzam dalej, ale wzrok cały czas ucieka w lewo…

Za Świnicką Przełęczą esencja sky runningu. Bieg granią od Przełęczy Świnickiej (2051 m n.p.m.) przez Liliowe i Beskid do Kasprowego Wierchu. Chyba z dwa kilometry biegu na wysokości ponad 2000 m n.p.m! Po skałach, pomiędzy przepaściami. Na prawo chmury, na lewo Słowacja z zapierającym dech w piersiach widokiem, a my w takim zawieszeniu gdzieś pomiędzy. Przez te parę minut czułem się jakbym frunął, jakby góry dodały mi skrzydeł. To było niesamowite przeżycie, jedno z najbardziej mistycznych w mojej „karierze” biegacza.

Widoki zwalały z nóg / fot. AS

Na Kasprowym banan, czekolada, następni kibice i niesłabnąca koncentracja. Wiedziałem, że teraz będzie najtrudniejszy odcinek. 1000 metrów w dół na dystansie 6 kilometrów. Na mocno już zmęczonych nogach i z zalewającym oczy potem z czoła. Tu najłatwiej było o błąd i kontuzję.
Ale jakoś poszło, całkiem sprawnie się między kamieniami przemieszczałem i dałem się wyprzedzić na tym odcinku tylko dwójce biegaczy, samemu wyprzedzając troje. A potem końcowy podbieg na Kalatówki, ale to już znacie ze wstępu…

Krótkie podsumowanie? Pogoda dopisała, to ważne. Na początku świeciło słońce, potem biegaliśmy w mgle i chmurach, najważniejsze jest, że nie padał deszcz ani śnieg. Na górze było około zera stopni, ale nikomu to nie przeszkadzało, bo po tym jak wtarabaniłem się już na Świnicką Przełęcz pot lał się strumieniami. W pakiecie startowym była świetna koszulka techniczna Salomona (zdecydowanie jedna z najlepszych jakie otrzymałem na różnych zawodach), a jedyny minus dla organizatorów to brak możliwości wzięcia prysznica na mecie. Wszak jest to Hotel Górski Kalatówki, więc infrastruktura zapewne jest, zabrakło tylko dobrej woli.

Świetnie spisali się kibice. Dobre słowo dawali zarówno cywilni spacerowicze, których wyprzedzaliśmy, jak i ci, którzy stali na trasie z ramienia organizatora. Najwięcej uznania miałem dla tych, którzy siedzieli gdzieś na samej górze, robili zdjęcia i dopingowali do biegu. Największa niespodzianka spotkała mnie jednak przed Czarnym Stawem Gąsienicowym. Gdy wyprzedzałem jednego z turystów, nagle wypowiedział on moje imię i nazwisko. Byłem w niezłym szoku, bo nie znam człowieka. Okazało się, że jest z mojego rodzinnego miasteczka i mnie kojarzy:)

=== === ===

Stats&hints VI Bieg im. dh Franciszka Marduły (II mistrzostwa Polski w biegach wysokogórskich)

Według organizatorów trasa miała mieć ok. 25,5 km, Garmin naliczył mi 24,6 km, 1791 metrów w górę i 1517 metrów w dół. Z 321 osób, które przekroczyły linię startu, do mety dotarło 301, w tym ja na 132. miejscu.

Warunki pogodowe: od około zera na górze, do kilkunastu stopni w okolicach mety; najpierw słonecznie, potem pochmurnie; bez opadów.

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Roclite 295, plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; 3/4 leginsy, koszulka z krótkim rękawem i koszulka z długim rękawem, polarowe rękawiczki – był to na te okoliczności zestaw idealny.

W plecaku niewykorzystane: kurtka Tschibo + rękawice rowerowe (miały pomóc we wspinaczce), czapka.
Jedzenie/picie: 3 żele + 2 batony; 1 l izotonika w bukłaku. W punktach odżywczych załapane trzy kawałki banana i kilka kostek czekolady. Przydałoby się zamienić jeden żel na batona.

I zapis trasy dla ciekawskich: