Archiwa kategorii: Żnin

Ten, w którym występują incepcja i nowa życiówka za stówkę

Wychodzę z namiotu, jest jeszcze ciemno. Robię kilka kroków i coś jest nie tak – nawierzchnia jest dziwnie sypka i chrzęści. Piasek? Przyglądam się, a to śnieg! O nie, koniec kwietnia, a my mamy biegać w śniegu?! Przecież nie wziąłem terenowych butów! Ale moment, moment, miało być pod 15 stopni, przecież aż tak prognozy się nie mylą. Ha, wiem! To sen, muszę się obudzić.

PSTRYK!

Wychodzę z namiotu, nadal jest ciemno. Sprawdzam nawierzchnię: ufff, normalny beton, po śniegu nie ma śladu. Czyli już się obudziłem. Wracam do namiotu, szykuję sobie strój na bieg. Włączam Gremlinka, by łapał zasięg GPS. Zapala się w nim intensywnie czerwona dioda, wcześniej takowej nigdy nie widziałem, o co chodzi? No ale nic, nie ma czasu, trzeba się szykować dalej. Obok leżą już gotowe ubrania Michała. Ej, stop, coś znowu jest nie tak! Przecież on biegnie Orlen w Warszawie (2:45! Imaginujecie z kim ja na co dzień bytuję w Fabryce?), a ja w XX Biegach Żnińskich. Ha, wiem! To sen, muszę się obudzić…

PSTRYK!

Nareszcie obudziłem się naprawdę i jestem u rodziców w domu. Łyk wody i wracam dalej spać… Pierwszy raz w życiu miałem sen we śnie (jak w filmie „Incepcja”) i w trakcie jego trwania sobie to uświadomiłem;) Rano pomyślałem, że taki sen to na pewno wróży hiperzajefajną życiówkę i uwierzyłem, że te 39:5X nabiegam. Ale w połowie rozgrzewki zaczynam czuć kolkę. Rozmasowuję i stwierdzam, że na pewno zaraz przejdzie, bo przecież nigdy mi się to nie zdarza. Będzie dobrze!

Odliczanie do startu 5… 4… 3… 2… 1… START! O, pistolet startowy nie zadziałał.

No nic, ruszamy bez niego. Ustawiłem się gdzieś w 3-5 rzędzie, bo tak oceniłem swoje szanse po ubiegłorocznych wynikach. Okazuje się, że wiele osób stojących za mną koniecznie chce pobić rekord prędkości na pierwszych 100 metrach i dzieją się dantejskie sceny. Udaje mi się nie upaść i lecimy. Po paruset metrach patrzę na zegarek – no jasny gwint! Dałem się porwać temu szalonemu tłumowi i biegnę w tempie 3:30. Zwalniam i wyrównuję tempo.

Pierwszy kilometr 3:57, za szybko, ale czuję się dobrze i biegnę już w swoim rytmie, w kilkuosobowej grupie, w której jest m.in. jedna z szybszych dziewczyn (potem się okazało, że ukończyła jako trzecia) oraz Gość_z_wielkimi_słuchawkami_na_głowie. Jest dobrze.

Było dobrze. Już nie jest, bo w pewnej chwili kolka wysyła sygnał do mózgu: „MAM CIĘ!”. Okazuje się, że poranny ból nie był taki od czapy. Próbuję rozmasować brzuch, ale biegnąc tempem 4:06 min/km (drugi kilometr) przy tętnie 180 bpm trudno jest się masować… Lekkie skłony też nie pomagają, a wiatr poza miastem dodatkowo utrudnia żywot. Boli. Przypominają mi się słowa Bo, która wzięła się za jazdę na rowerze: „Biegacze, co Wy wiecie o wietrze, który niby przeszkadza w treningach szybkościowych! Nic nie wiecie!”. Nie bacząc na ból i wiatr lecę dalej. Bratowa z Bratem czekają w umówionym miejscu z aparatem, na pierwszym z dwóch kółek nawet prawie udało mi się uśmiechnąć!

Pierwsze kółko i próba uśmiechu mimo bólu.
Obok mnie Gość_z_wielkimi_słuchawkami_na_głowie

Półmetek w 20:42. Szans na złamanie 40 min. nie mam. Boli, ale nie zamierzam się poddawać w walce o jak najlepszy czas. Gość_z_wielkimi_słuchawkami_na_głowie słabnie i zostaje kilka metrów z tyłu, biegnę równo z Szybką_dziewczyną, po raz drugi wylatujemy poza miasto.

Krok w krok obok siebie. Kadencję kroku każde z nas ma inną, ale oboje sapiemy jak lokomotywy, w takim samym rytmie. Dobry kwadrans takiego wspólnego dyszenia bez jednego nawet słowa, bo byłby to zbędny wydatek energetyczny. Na drugim kółku kolka i wiatr zbierają swoje żniwo – siódmy kilometr robimy w 4:16. Ale skoro boli i jest ciężko to na nawrocie (2,5 km do mety) co trzeba zrobić? Tak jest mili Państwo, przyśpieszyć! Ósmy w 4:08, dziewiąty w 4:02. Biegnę już sam, ale słyszę dosłownie pół kroku za mną kilka osób.

Poznajcie Szybką_dziewczynę,
jeszcze nigdy z nikim nie biegłem tak długo;)

Wyłączam myślenie i skupiam się na najbliższych możliwych celach, czemu sprzyja znajomość trasy: do restauracji Czapla, do domu rodziców Tomola, do Czarneckich, do Dużego Kościoła, do lodów, monopolu, Ekonomika i ostatnia prosta! W końcówce dorzucam do pieca, wyprzedzam jeszcze z dwie osoby (mnie też jakiś sprinter łyknął) i metę mijam po 41:23 (wg mojego zegarka). Oficjalny wynik to 41:25 i 48 miejsce na 235 osób, które wystartowały (jedna nie ukończyła). Rekord z ubiegłej jesieni poprawiony o prawie minutę, ale do mańkowego 40:50, które było kluczowym celem na ten dzień, zabrakło w cholerę i jeszcze trochę.

:)

Za metą bardzo ładny medal, który w domu ląduje na wystawkę z tymi najważniejszymi – z aktualnych życiówek. Tak, wiem, półmaratońska ma grubo ponad rok, ale jak tylko nawinie się w okolicy ciekawy bieg na 21,1 km to obiecuję ją poprawić:)

Wystawa z życiówkowych medali:)

Ocena biegu

Organizacja 3/6 – był punkt z wodą w połowie dystansu, widziałem, że niektórzy korzystali, mi szkoda było czasu, a aż tak ciepło nie było. Zorganizowano świetne zaplecze w budynku szkoły, gdzie po biegu można było coś zjeść i się napić, ale bałagan przy wydawaniu numerów startowych był spory.

Ale to i tak nic przy ogromnej wtopie z obsługą trasy – osobie, która biegła jako pierwsza w pewnym momencie źle pokazano trasę (na skrzyżowaniach stali strażacy i harcerze wskazujący kierunek biegu), przez co prowadzący wypadł z rytmu, zgubił kilka sekund i stracił pierwszą pozycję. Straszne niedociągnięcie.

Za minus uznaję też 40-złotowe wpisowe. Niby cena jak na bieg nie jest to wygórowana, ale oczekiwałbym, że organizatorom (nie był to przecież ich debiut, bo to XX edycja!) uda się znaleźć kilku sponsorów i w pakiecie startowym znajdzie się coś więcej niż wydrukowany na zwykłej kartce numer włożony w koszulkę foliową i promocyjny informator o regionie.

Trasa 4/6 – nie lubię agrafek, nie lubię pętli, nie lubię wielu zakrętów o 90 stopni i nie lubię wylatywania poza miasto, a to wszystko było w niedzielę. Ale… obiektywnie patrząc w takim małym Żninie trudno wiele z trasy wyciągnąć, bo jedyne długie proste ulice to przelotówki (droga krajowa/wojewódzka), których raczej zamykać się nie powinno dopóki nie powstanie obwodnica. Ale i tak było nieźle, bo ładny kawałek miasteczka zwiedziliśmy, a przynajmniej było bardzo płasko, co jest dużym plusem. Lepsze to niż wybiegnięcie na całą trasę poza miasto.

Kibice 6/6 – spotkałem tłumy znajomych twarzy, to ogromna zaleta biegania „u siebie”. W pełni rozumiem tych, którzy biegną w rodzinnym mieście maraton mimo tego, że nijak w planie startów i treningów im to nie pasuje. Leszku, biegnij w Lęborku, ja zrobiłbym tak samo!:) W niedzielę na trasie stawiło się więcej członków mojej rodziny niż mogłem się spodziewać, do tego ukochany chrześniak z rodziną, łącznie ponad 20 osób pochodzących z czterech pokoleń! Przekrój wieku moich kibiców to od 10 miesięcy to 88 lat! Się ma najlepszych fanów na świecie, co?:)

Bez dwóch zdań ze względu na ostatni punkt za rok też zamierzam się pojawić na Biegach Żnińskich:)

Ciekawostką jest, że wspomniana powyżej Szybka_dziewczyna to nie byle kto, tylko mistrzyni świata w nordic walking z 2010 roku! Ale w zacnym towarzystwie biegałem, co?:)

Ciekawostką numer dwa jest to, że wracając do Misiowa pisałem sobie w głowie tę relację i tak mnie to zajęło, że… nie zauważyłem postawionego przy drodze białego kółka z czerwoną obwódką i „60” wypisaną w środku;) Negocjacje z miłymi panami siedzącymi w niebiesko-białej Kii zakończyły się dla mnie zwiększeniem kosztu życiówki o 100 złociszy…

Jezioro zimowym przyjacielem biegacza

W weekend dwa tygodnie temu zaprzyjaźniłem się z jeziorami w zimowym wydaniu. W piątek zrobiłem sobie na nim trening biegowy, w sobotę biegałem wokół kilku innych 15 km, a w niedzielę wykąpałem się w przeręblu.

Kilkudziesięciocentymetrowa warstwa lodu na jeziorze kusiła mnie od kilku dni – bieganie po lodzie, to by było coś! Możliwość zrobienia treningu biegowego na takiej nawierzchni wygrała z obawami o bezpieczeństwo (wszak widoczne ślady ludzi, rowerów, a nawet samochodów dawały jako-taką gwarancję bezpieczeństwa przemieszczania się po lodzie). Na początku biegłem z pewną dozą nieśmiałości, cały czas planując kierunek poruszania się i pilnując tego, by raczej biec tam, gdzie są już jakieś ślady wydeptane w śniegu. Przy każdym kroku czułem dreszczyk emocji i nasłuchiwałem, czy jezioro nie wydaje czasem jakichś odgłosów pękania. Cóż, no risk no fun!

Kilkunastocentymetrowa warstwa śniegu pozwalała na utrzymanie przyczepności (po raz kolejny okazało się, że zakup trialowych Adidasów był doskonałym pomysłem!), ale w miejscach mocniej wydeptanych trafiałem na lód i bieg był wtedy niezwykle trudny.

W sumie zrobiłem 5 kilometrów (track z Garmina wygląda imponująco, bieganie po jeziorze nie zdarza się często:)), ale przez dodatkowe skupienie związane z myśleniem o tym, że pode mną jest kilka metrów lodowatej wody oraz wysiłek związany z utrzymywaniem równowagi na lodzie, zdążyłem się trochę zmęczyć. A że dzień później był X Zimowy Bieg Trzech Jezior w Trzemesznie (15 km po lasach wokół jezior), nie chciałem się katować i na tym zakończyłem trening.

Sobotnie zawody uważam za bardzo udane, celem był czas poniżej 1:15, a udało się zrobić 1:14:08 netto. Warunki świetne, kapitalna pogoda (choć siarczysty mróz życia oczywiście nie ułatwiał) i chleb ze smalcem i ogórkiem oraz grochówka na mecie sprawiły, że Trzemeszno (a właściwie Gołąbki, bo tam były start i meta) na stałe dopisuję do swojego biegowego kalendarza.

Zimowe oswajanie się z jeziorem kontynuowałem w niedzielę gdy dołączyłem do Żnińskiego Klubu Morsa. Po pół godzinie rąbania siekierą udało nam się zrobić 5-osobowy przerębel i stało się: wykąpałem się w temperaturze -10 °C! Ciekawostką jest, że mimo 15 lat zamieszkiwania w Żninie, a potem częstych odwiedzin u rodziców, w tamtejszym jeziorze pierwszy raz wykąpałem się… zimą. W wodzie byłem minutę, potem chwila na mrozie. Daje to niesamowite uczucie – woda zamarza na skórze i ma się wrażenie jakby w skórę wbijało się tysiące malutkich szpilek, kapitalna sprawa! Na końcu sprint do szatni by się wytrzeć, ubrać i ogrzać.

Wbrew obawom: w weekend, w którym najpierw trenowałem na jeziorze, potem na zawodach pobiegłem 15 km w konkretnym mrozie (-15 na starcie), a w końcu wykąpałem się w przeręblu, nie zakończył się dla mnie jakimkolwiek przeziębieniem, czy choćby chrypką. Każdą z tych aktywności serdecznie polecam:)