Archiwa kategorii: Barcelona

Pobarcelońska pustka, czyli podsumowanie i fotorelacja

Przez ostatnich kilka miesięcy pracowałem nad przygotowaniem się do maratonu w Barcelonie. Jak nigdy biegałem długie treningi, rozmyślałem nad tempem i strategią, a przede wszystkim nakręcałem się na ten bieg. Wyobrażałem sobie miasto, kibiców, jak kilometr po kilometrze zbliżam się do upragnionego celu i jak mijam metę w wymarzonym czasie.

17 marca br. wszystko to się zrealizowało, a ja… poczułem pustkę. Przyzwyczaiłem się do tego nakręcania tak, że teraz mi tego brakuje. Owszem, już za trzy tygodnie będę atakował życiówkę na 10 km i to nie byle gdzie, bo w rodzinnym Żninie, gdzie wśród kibiców nie zabraknie zapewne osób mi znanych i bliskich, ale jednak 10 km to nie to samo co maraton, królewski dystans. Dyszkę można na maksa pobiec co miesiąc i bić życiówki, do maratonu przygotowania to kilka miesięcy pracy, długich treningów i wystarczy jeden błąd czy pech (np. problem zdrowotny) i wszystko idzie w diabły.

W relacji z maratonu obiecałem jeszcze kilka słów na temat Zurich Marató Barcelona i zdjęcia, będzie więc małe podsumowanie i ocena tego, jak w Hiszpanii robią maratony.

Organizacja – 5/6
Wbrew temu co marudziłem pod nosem przed startem, organizacja startu nie była wcale taka zła, ot po prostu pomyliłem godzinę startu;) Aczkolwiek potem dowiedziałem się od kibiców, że problemy były. Strefa, z której startowałem była za mała w stosunku do liczby biegaczy i wiele osób się w niej nie zmieściło, po prostu nie mogli wejść i wystartować normalnie. W efekcie kilkuset biegaczy biegnących na 3:15-3:30 wystartowało dużo później, za wolniejszymi grupami. Prawdopodobnie źle oszacowano liczbę osób, które mogą zmieścić się w tej strefie. Mimo tego start kilkunastu tysięcy biegaczy przebiegł bardzo sprawnie.

Słabo też wypadają zdjęcia organizatorów. Minęły prawie dwa tygodnie od biegu, a w systemie mam zaledwie cztery, musiałbym zapłacić za nie 25 euro, daruję sobie;) Są za to dostępne nagrania video, najfajniejsze jest to nazwane Av. M Cristina, widać na nim jak przekraczam linię mety (z flagą). Filmiki można zobaczyć tutaj.

Pajacyki na rozgrzewkę

Ale to drobne zarzuty jeśli chodzi o kwestie organizacyjne. Nie było horrendalnych kolejek do depozytów jak w Łodzi’12, nie było tłoku za linią mety jak na Półmaratonie Warszawskim’13, ani żadnych innych tego typu wpadek. Za metą na uczestników czekały nie tylko woda i izotoniki, ale i stoły pełne owoców oraz bakalii. Świeżych, przepysznych owoców. Przy pomarańczach spędziłem chyba z dziesięć minut;)

Punkty żywieniowe – 6/6
Pomarańcze oraz rodzynki i orzechy były też na punktach odżywczych na trasie. Bardzo orzeźwiające i dodające energii, gdyby nie było ich na 40 km, nie wiem czy dałbym radę ukończyć maraton w zakładanym czasie. Punkty były dwustronne (znów nawiążę do polskiego podwórka – niewiele mniejszy Półmaraton Warszawski miał jednostronne), długie i było ich dużo. Na niektórych były tylko napoje, na innych też owoce, a nawet żele energetyczne. Z tych ostatnich nie korzystałem, bo nie lubię eksperymentować na zawodach, o ich jakości się więc nie wypowiem.

Jedyną wadą organizacji punktów odżywczych była kolejność napoi. Najpierw była woda, a potem izotonik. A każdy trochę doświadczony biegacz wie, że nie należy kończyć posilania się izo, bo słodki posmak w ustach jest potem nie do zniesienia. Wody było za to do oporu, dawano ją w niedużych butelkach, co ułatwia picie w stosunku do stosowanych w Polsce kubeczków.

Wśród wielu zalet Barcelony nie sposób nie wymienić jedzenia!
(oczywiście to nie punkty żywieniowe na maratonie;))

Trasa maratonu – 6/6
Niebagatelną zaletą Zurich Marató Barcelona była trasa. Wiodła ona głównie szerokimi ulicami miasta (bardzo dużo ulic jest tam jednokierunkowych i mają po 3-4 pasy), w żadnym miejscu nie było za ciasno. Bardziej wąsko było pod koniec, ale wtedy stawka jest już rozciągnięta i nie ma problemu. A w Warszawie w Nowy Świat wbiegamy już po 1,5 kilometra…

Maraton poprowadzono tak, by biegacze mogli zobaczyć jak najwięcej atrakcji miasta. Nie wyprowadzono nas w pole jak to na polskich maratonach często bywa. Na początek dla fanów futbolu był Camp Nou, legendarny piłkarski stadion mieszczący prawie 100 tys. widzów. Dla tych, którzy oczekiwali tam fajerwerków było to jednak wielkie rozczarowanie, bo największy stadion w Europie jest wkopany w ziemię i z zewnątrz praktycznie w ogóle go nie widać. Pod tym względem nasz Stadion Narodowy jest dużo lepszy:)

Camp Nou od środka robi wrażenie! 

Potem przelatujemy obok Casa Milà, czyli jednego z najwspanialszych budynków zaprojektowanych przez Antonio Gaudíego. Katalończycy nazywają ten budynek La Padrera, co oznacza Kamieniołom. Bo rzeczywiście wygląda on jak wykuty w skale. Budynek charakteryzuje się tym, że praktycznie nie ma w nim linii prostych. Zdecydowanie jest to jeden z punktów obowiązkowych podczas wizyty w Barcelonie.

Casa Milà – arcydzieło barcelońskiej architektury

Dwa kilometry kolejny barceloński must-see – Sagrada Família. Uważany za szczytowe osiągnięcie Gaudíego kościół jest budowany już od ponad 130 lat (budowę rozpoczęto w 1882 r.), a koniec prac przewidywany jest na okolice 2030 roku. Monumentalna świątynia robi niesamowite wrażenie, a że był to dopiero 17 kilometr maratonu, można było ją podziwiać.

Sagrada Familia – 130 lat i wciąż w budowie

Potem jeszcze m.in. wizyta nad morzem, Parc de la Ciutadella, Arc de Triomf i pomnik Krzysztofa Kolumba. Barcelona jest fantastycznym miastem z duszą i tę duszę czuć było na każdym kilometrze.

Kibice – 6/6
Ale tym, co najbardziej urzekło mnie podczas barcelońskiego maratonu byli kibice! To był mój piąty maraton, ale gdybym zsumował liczbę i entuzjazm kibiców z czterech poprzednich (Warszawa, Łódź, Poznań, Warszawa) to z Barceloną i tak by nie wygrały. Na każdym kilometrze byli ludzie. Na balkonach, na ulicach, dosłownie wszędzie! Oczywiście najwięcej ich było w najpopularniejszych miejscach, takich tłumów jak przy Sagrada Famílii nie było nigdzie poza metą. No, ewentualnie przy Łuku Triumfalnym.

12 km – radość, uśmiech i moc w nogach!

42 km – nie dałem rady się nawet uśmiechnąć

Ale nie ilość się liczy, lecz jakość. Polscy kibice mają to do siebie, że dopingują głównie swoich bliskich. Często po prostu stoją i tyle. Dopiero po maratonie w Barcelonie to zauważyłem, bo dotąd myślałem, że zawsze tak jest. Okazuje się, że nie, w Hiszpanii jest inaczej! Bez względu na to, kto biegł ludzie cały czas robili hałas. Krzyczeli, bili brawo, cieszyli się.

Do tego bardzo dużo muzyki. Oprócz zespołów były i bębny. Dużo bębnów! Naliczyłem pięć punktów, w których bębniarze zagrzewali maratończyków do biegu, a to naprawdę działa i motywuje.

A warto zaznaczyć, że pogoda była, jak na Hiszpanię, wyjątkowo antykibicowska. Przez dużą część biegu padał deszcz (niezbyt mocno, ale jednak), było też dość chłodno, bo „zaledwie” 11 stopni. Aż trudno mi sobie wyobrazić, jak wyglądałby maraton w Barcelonie gdyby było słońce i kilka stopni więcej.

Ale jest i łyżka dziegciu w tej całkiem sporej beczce miodu. Głupota ludzi jest taka sama w Polsce jak i w Hiszpanii. Znaleźli się tacy, którzy chcąc przejść na drugą stronę ulicy na 40 km wtarabaniali się w grupkę biegaczy. Podobnie zresztą biegacze – spotkałem się z osobą, która by zawiązać buta zatrzymała się dokładnie na środku trasy powodując mały karambol biegaczy.

Ten mały minus, który zdecydowanie został zbilansowany przez bardzo wiele plusów. Do nich warto jeszcze dodać niesamowitą wielonarodowość biegaczy. Na polskich biegach obcokrajowiec to wciąż wyjątek, w Barcelonie’13 ludzie spoza Hiszpanii stanowili ponad 40 proc. uczestników! Dla porównania, w Warszawie’12 obcokrajowcy stanowili niespełna 5 procent.

Okiem statystyka
Na koniec kilka statystyk. A właściwie jeszcze jeden minus. Organizatorzy nie udostępniają wyników w pliku XLS, by można sobie było je przeanalizować. Ale z tego co udostępniają widać, że biegłem dobrze.

Oto tabelka z międzyczasami i moją pozycją co 5 km. Na każdym kolejnym punkcie byłem wyżej, a na ostatnich 2,195 km wyprzedziłem niemal 200 osób!

odcinek
pozycja
czas
0-5 km
3132
23:47
5-10 km
3023
23:16
10-15 km
2928
23:21
15-20 km
2909
23:25
20-25 km
2868
23:28
25-30 km
2782
24:11
30-35 km
2558
23:50
35-40 km
2339
23:23
40 km-meta
2145
10:26

Łącznie maraton ukończyło 14777 osób, niestety nie wiem, ile spośród 18 tys. Zapisanych wystartowało.

W jednym zdaniu: z całego serca i z pełną odpowiedzialnością polecam maraton w Barcelonie, zapisy na 2014 r. już się zaczęły, do dzieła!:)

3:19:14, paru-ra-rura-rura!

Do mety 200 metrów, ostatnia prosta – do jasnej cholery, dlaczego ona jest taka długa?! Nic już nie myślę, te 200 metrów ciągnie się jak diabli.

Flaga nad głową. Mijam kilku zawodników, linia mety… Idę kilka metrów i muszę się zatrzymać. Bliżej mi do upadku niż robienia pompek, na stoperze 3:19:13. Podbiega sanitariusz, mówię mu, ze wszystko OK, jest pierwszą osobą od godziny, do której się uśmiecham. Chowam głowę we flagę, udało się, udało się, udało się… Potem SMS od organizatorów powie, ze było 3:19:14 – bez różnicy. I nie ma też znaczenia, że 2142 osoby przebiegły ten maraton szybciej niż ja. Zurich Marato Barcelona to moje zwycięstwo.

Są miasta, które mają w sobie to „coś”, co każe do nich wracać. Barcelona zdecydowanie do nich należy. Już przy pierwszej wizycie stolica Katalonii czaruje niesamowitą architekturą, wyjątkowym bogactwem kultury, a przede wszystkim smakami: tapasów, owoców morza i win. Gdy zobaczyłem trasę tamtejszego maratonu, gdy okazało się, ze obiega świątynie futbolu Camp Nou, od razu wiedziałem, ze chcę tam pobiec.

START
Zgodnie z tradycją, na 10 minut przed startem po raz ostatni uderzam do toalety, potem wbijam się w swoją strefę (niebieska) i czekam. Mija ósma, czekam. Siąpi deszcz, a nic nie zapowiada rychłego startu. W myślach przeklinam Południowców za ich bałagan, no bo jak można opóźnić start maratonu dla 18 tys. ludzi?! Zawodnicy się rozgrzewają, spiker cośtam mówi, czekam. Pada deszcz.

W końcu zaczyna się zagęszczać i ruszają wózki. Czuję już podniosłą atmosferę maratońskiego startu, choć wkurza mnie prawie półgodzinne opóźnienie. Ale maratoński tlum niezmiennie mnie rusza, jest coś wyjątkowego w tej chwili. Start. Elita, żółci, czerwoni, w końcu my – niebiescy na start!

DYCHA
Zaczynam zachowawczo, o kilka sekund na kilometr wolniej od planowanego tempa. Potem przyśpieszam. Na podbiegach zwalniam o kilka sekund, ale na zbiegach dociskam o kilkanaście. Mijam Camp Nou, jego mury służą niektórym jako toaleta. Ech, bezcześcić takie miejsce…

Szybko buduję zapas nad planowanym tempem 4:44. Mimo pitstopu na zawiązanie prawego buta, znak 10 km mijam po 47:03 – 17 sekund szybciej od planu. Potem jest długo lekko w dół i po 12 km zapas przekracza 40 sekund, wciąż widzę zająców z flagami „3:15″ i mam myśli, ze może powinienem jednak atakować 3:15, a nie 3:20. Kryguję się i zwalniam. Na 12 km kibicki robią zdjęcia, biegnę uśmiechnięty, niezmęczony, lepiej być nie może!

ŻYCIOWA POŁÓWKA
Zgodniez oczekiwaniami Garmin średnio radzi sobie z zachmurzonym niebem nad Barceloną (deszcz raz pada, a raz nie, ale zupełnie mi to nie przeszkadza, pogoda do biegania idealna!) – nadkłada przeciętnie kilkanaście metrów na kilometr. Patrząc na zegarek muszę więc biec w tempie 4:40, a nie 4:44. Dodatkowo w głowie cały czas kalkuluję przewagę nad planem. Kilka kilometrów biegnę z dwójką Hiszpanów, trzymamy świetne tempo. Ale prawy but znów zmusza mnie do chwili postoju i tracę parę sekund. Odrabiam je przy zbiegu, niektóre kilometry robię poniżej 4:30!

W połowie dystansu mam 1:38:52, jest nowa życiówka w półmaratonie:) Do dobrego biegu dopingują tłumy kibiców, na prawie całej trasie jest gęsto. Krzyczą „Vamos! Vamos!”, a tylu ludzi co przy Sagrada Familia nie widziałem jeszcze na trasie żadnego maratonu za wyjątkiem okolic linii mety. Ale najlepsze co może dopingować do biegu to bębny! A tych też nie brakuje, naliczyłem pięć miejsc z bębniarzami, acz mogłem się pomylić, bo byłem zmęczony;) W każdym razie bębniarze są i robią różnicę.

Na Av. Diagonal jest agrafka, najpierw mijamy się z szybszymi (przyuważam kilku Polaków, ale Michała mi się nie udaje złapać), po nawrocie z tymi, co biegną wolniej (paru naszych, ale Ani nie widzę). Zjadam drugi żel, biegnę i kalkuluję.

ZACZYNA SIĘ PRAWDZIWY MARATON…
28-30 km znów but, nie mam sił nadrabiać straconego przez niego czasu, kilometr wchodzi w 4:58, jeszcze jeden w 4:55 (pod górkę) i zapas maleje. Mimo tego, znak 30 km łykam w 2:21:27, do mety tylko 12,2 kilometra. Głowa pracuje: mam minutę przewagi nad 3:20, nawet gdybym zwolnił o 5 sekund na kilometrze, dam radę. Napieram.

Wzdłuż morza trochę wieje, zaczął się prawdziwy maraton. Na kolejnych kilku kilometrach tracę po kilka sekund, ale i tak praktycznie cały czas wyprzedzam, chyba inni mają jeszcze mniej sił. Zwalniam na punktach odżywczych – wypicie izo z kubeczka w trakcie biegu jest już niemożliwe. Na punktach są tez pomarańcze – zjadam po dwa kawałki, fantastycznie dodają energii. Mijamy Parc de la Cutadella i Arc de Triomf, znów tłumy! Przypominam sobie fejsbukową dyskusję o linii mety i czuję, że mogę na niej zrobić te pięć pompek!:)

Niesiony dopingiem 39 km robię w szaleńczym tempie 4:26. Błąd. Organizm szybko mi się za to rewanżuje. Nagle tracę siły, odcina mi zasilanie, a czwórki ud wołają o postój. Zdaje się, ze każdy krok jest ponad moje siły. Wyraźnie zwalniam i słyszę za plecami „dalej Polska, nie zwalniaj, łamiemy te 3:20!!”, jakiś Polak maratończyk dopinguje mnie do trzymania tempa. Mówi, byśmy biegli razem, ale nie jestem nawet w stanie mu odpowiedzieć. Przez kilkaset metrów się za nim trzymam, potem odpadam. Jednak jego słowa wbiły mi się w głowę i ciągną mnie do przodu. Przypominam sobie, co napisał Marcin przed weekendem: „rozjeb ten system!”. Krok po kroku jestem coraz bliżej celu.

WYGRYWA SIĘ GŁOWĄ, A NIE NOGAMI
Mijam pomnik Krzysztofa Kolumba, do mety 2 km, jest zbawienny punkt odżywczy – wciągam owoce popijając wodą. Miąższ z pomarańczy ratuje mi tyłek, trzymam tempo. Ale 42 km to mordercza prosta pod górkę. Widać już Plac Hiszpanii, zwalniam do 4:54 by zachować siłę na ostatnie metry. Przed ostatnim wirażem widzę swoich. Łapię flagę, ale nie jestem w stanie nawet się uśmiechnąć, na twarzy mam kompletnie nic. Na zdjęciach wyglądam jak zombie.

Do mety 200 metrów, ostatnia prosta – do jasnej cholery, dlaczego ona jest taka długa?! Nic już nie myślę, te 200 metrów ciągnie się jak diabli.

Flaga nad głową. Wyprzedzam kilku zawodników, linia mety… Idę kilka metrów i muszę się zatrzymać. Bliżej mi to upadku niż robienia pompek, na stoperze 3:19:13. Podbiega sanitariusz, mówię mu, ze wszystko OK, jest pierwszą osobą od godziny, do której się uśmiecham. Chowam głowę we flagę, udało się, udało się, udało się… Potem SMS od organizatorów powie, ze było 3:19:14 – bez różnicy. I nie ma też znaczenia, że 2142 2145 osób przebiegło ten maraton szybciej niż ja. Zurich Marato Barcelona to moje zwycięstwo.

POST SCRIPTUM
Potem okazało się, że pomyliłem godzinę startu. Był o 8:30, a nie 8. Południowcy wcale nie są tacy źli jeśli chodzi o punktualność;) Więcej przemyśleń o organizacji, kilka fotek i statystyk za parę dni, w kolejnym wpisie:)