Archiwa kategorii: zima

Dobsom R-90 Winter – recenzja zimowych spodni do biegania

Dobsom R-90 Winter to idealne spodnie do biegania zimą dla osób, które lubią ciepło. Do -10 nie trzeba pod nie zakładać legginsów, przy temperaturach rzędu -15 stopni świetnie sprawdzają się jaka druga warstwa. Przy bardzo długich zajęciach może to skończyć się otarciami, ale to zdarza się praktycznie w każdych spodniach.

Wiadomość, że zakwalifikowałem się do grupy testerów sklepu Natural Born Runners przyjąłem z niekłamaną radością. Pod kątem startów w zimowych PMNO wymarzyłem sobie spodnie do biegania szwedzkiej firmy Dobsom – R-90 Winter i udało mi się je dostać. Po jakimś czasie kurier przytargał paczkę (trzeba sobie jasno powiedzieć, mamy tu do czynienia z lokowaniem produktu – portki otrzymałem i oczywiście nie muszę ich zwracać po przepoceniu!), a w niej spodnie.

O tym, że Natural Born Runners nie jest zwykłym sklepem dla biegaczy świadczy zawartość paczki – były tam nie tylko spodnie, ale i… kilka cukierków!:) To naprawdę niewielki gest, ale dostarcza niesamowicie dużo radości. Sklep założył i prowadzi Grzesiek Łuczko, osoba znana, lubiana i rozpoznawana w światku biegaczy, szczególnie wśród tych, którzy ponad szosę i stałą trasę przekładają góry, las i pola, najlepiej z mapą w ręku.

Wiatr, śnieg, deszcz
Do rzeczy: spodnie robią dobre pierwsze wrażenie. Materiał, z którego są wykonane od środka jest miły w dotyku, to dobrze wróży przyjemności z biegu w nich:) Z zewnątrz składają się z dwóch części – na przedzie jest tkanina pokryta teflonem (zaczyna się na górze i kończy pod kolanami), co ma dodatkowo zabezpieczać przed zimnem, wiatrem i innymi nieprzyjemnościami, resztę zaś zrobiono z lekko elastycznej oddychającej tkaniny. Doskonały pomysł! Po co robić całe spodnie z windstoppera, jeśli tak naprawdę chodzi o przód ud, okolice krocza i kolana – bo te właśnie części najbardziej marzną podczas biegania. Wiatroodporny materiał jest naszyty na warstwę spodnią, ale pomiędzy jest przestrzeń, co ma ulepszyć wentylację.

Wierzchnia warstwa z teflonu jest naszyta tak, że spodnie
są jednocześnie wiatroodporne i dobrze oddychające

Spodniom zrobiłem też test wody i muszę przyznać, że wodoodpornością jestem mile zaskoczony – nie przemakają w głębokim śniegu, nawet gdy przyklęknąłem na kilkadziesiąt sekund, kolano pozostało suche. Warstwa teflonowa jest odporna nawet na polanie prysznicem, co sugeruje, że i w deszczu nogi pozostaną suche. Odradzam natomiast siadanie w nich w śniegu – jest zimno i szybko robi się mokro, widać więc różnicę materiałów z jakich wykonano przód i tył.

Spodnie są lekko zwężane ku dołowi dzięki czemu w trakcie biegania nie mamy irytującego szurania nogawek. Dodatkowo u dołu umieszczono zamek błyskawiczny, który umożliwia lekkie rozszerzenie nogawek. Dobsom R-90 Winter wyposażono w dwie kieszenie zamykane na zamek. Są one po bokach, w tradycyjnym miejscu, gdzie umieszcza się kieszenie. Jak dla mnie brakuje trzeciej niewielkiej kieszonki, w której można by zmieścić klucze, czy inny drobiazg. Nie lubię jak mi coś lata w trakcie treningu, a w dużej kieszeni klucze skaczą sobie jak chcą.

Spodnie Dobsom R-90 Winter mają po bokach dwie zamykane na zamek kieszenie

W tych spodniach nie zmarzniesz!
Jeśli chodzi o ciepłotę (bo przecież jest to istotne w spodniach na zimę) to Dobsomy po prostu wymiatają. W temperaturach powyżej zera jest mi już za ciepło w nich biegać. Do -10 nie potrzeba dodatkowej warstwy. Poniżej zaś warto założyć legginsy pod spód, ja potrzebowałem tego raptem jeden raz. Spodnie są zrobione z materiału ciepłego, ale jednocześnie oddychającego – szczególnie widać to po zakończeniu treningu, gdy parując spodnie oddają pot z nóg.

W zimowych Dobsomach pobiegałem sobie w styczniu i lutym i za każdym razem było super, ale prawdziwym testem dla nich miał być udział w Skorpionie 2013, czyli zawodach na orientację na dystansie 50 km. Jako że był mały mrozek, dodatkowych legginsów nie zakładałem i było to dobre posunięcie. Jeśli chodzi o temperaturę – było idealnie. Ani przez chwilę (a przebycie trasy zajęło mi ponad 10 godzin!) nie mogłem narzekać, że jest mi za ciepło lub za zimno. Teflon na przedzie świetnie sprawdzał się w sytuacjach bardziej ekstremalnych – gdy trzeba było wspiąć się po zboczu wąwozu kilka metrów i pomóc sobie kolanami, zachowałem suche nogi. Ściągacz na dole z kolei przydał się, bo zabezpieczał przed dostawaniem się pod nogawkę śniegu, którego w okolicy Skierbieszowa nie brakowało.

Nawet po rozpięciu nogawka chroni przed dostawaniem się śniegu do środka

Ale po 7 czy 8 godzinach nadszedł krytyczny moment – pojawiło się otarcie na udzie, poniżej linii bokserek. Wprawdzie przed zawodami posmarowałem nogi Sudocremem (swoją drogą, jego genialność to temat na oddzielny wpis!), ale przez tyle godzin krem zdążył się wchłonąć i spodnie otarły mi lewe udo. Podejrzewam, że gdyby nie Sudocrem, otarcie pojawiłoby się szybciej – np. po 4h. Zabezpieczeniem przed tym urazem byłyby legginsy lub obcisłe spodenki. Trzeba jednak zaznaczyć, że otarcia pojawiają się praktycznie przy każdych spodniach mających trochę luzu w kroczu, nie jest to więc wada Dobsomów, tylko cecha charakterystyczna spodni, odróżniająca je od legginsów.

Wniosek z powyższego jest taki, że Dobsom R-90 Winter to spodnie doskonałe do biegania zimą, ale przy bardzo długich biegach mogą przyczynić się do powstania otarć na udach (nawet jeśli ma się biegowe gatki), więc jeśli nie mamy pod nimi warstwy dłuższej niż bokserki, lepiej nie ryzykować.

Dobsom R-90 Winter w całej okazałości! / fot. ze strony Natural Born Runners

W kilku krótkich słowach moja opinia o Dobsomach R-90 Winter wygląda tak:

ZALETY:
- bardzo ciepłe
- chronią przed wiatrem, śniegiem i deszczem
- oddychające
- wygodne

WADY:
- brak małej kieszonki np. na klucze
- mogą spowodować otarcia ud jeśli nie ma pod nimi dodatkowej warstwy

Ogólnie zalety są dużo mocniejsze od wad – zimą i tak biega się w wielu warstwach, więc odpowiednia kieszonka gdzieś się znajdzie, a 6 godzin lub więcej biega raczej mniejszość niż większość czytelników;) Spodnie Dobsom R-90 Winter serdecznie polecam i to wcale nie dlatego, że dostałem je od Natural Born Runners, a dlatego, że są po prostu dobrze zaprojektowanym i wykonanym kawałkiem odzieży do biegania.

! ! ! UWAGA, ZNIŻKA NA ZAKUPY W NBR ! ! !

Spodnie kosztują w NBR 149 zł, co jest normalną ceną jak na markową odzież do biegania. Ale do 22 marca można je kupić taniej o 10%! A właściwie to do 22 marca br. w NBR wszystko możecie kupić o 10% taniej! Wystarczy przy zakupie podać kod rabatowy: www.biecdalej.blogspot.com. Kod ważny jest do 22 marca br. i dotyczy całego asortymentu sklepu Natural Born Runners!

Jezioro zimowym przyjacielem biegacza

W weekend dwa tygodnie temu zaprzyjaźniłem się z jeziorami w zimowym wydaniu. W piątek zrobiłem sobie na nim trening biegowy, w sobotę biegałem wokół kilku innych 15 km, a w niedzielę wykąpałem się w przeręblu.

Kilkudziesięciocentymetrowa warstwa lodu na jeziorze kusiła mnie od kilku dni – bieganie po lodzie, to by było coś! Możliwość zrobienia treningu biegowego na takiej nawierzchni wygrała z obawami o bezpieczeństwo (wszak widoczne ślady ludzi, rowerów, a nawet samochodów dawały jako-taką gwarancję bezpieczeństwa przemieszczania się po lodzie). Na początku biegłem z pewną dozą nieśmiałości, cały czas planując kierunek poruszania się i pilnując tego, by raczej biec tam, gdzie są już jakieś ślady wydeptane w śniegu. Przy każdym kroku czułem dreszczyk emocji i nasłuchiwałem, czy jezioro nie wydaje czasem jakichś odgłosów pękania. Cóż, no risk no fun!

Kilkunastocentymetrowa warstwa śniegu pozwalała na utrzymanie przyczepności (po raz kolejny okazało się, że zakup trialowych Adidasów był doskonałym pomysłem!), ale w miejscach mocniej wydeptanych trafiałem na lód i bieg był wtedy niezwykle trudny.

W sumie zrobiłem 5 kilometrów (track z Garmina wygląda imponująco, bieganie po jeziorze nie zdarza się często:)), ale przez dodatkowe skupienie związane z myśleniem o tym, że pode mną jest kilka metrów lodowatej wody oraz wysiłek związany z utrzymywaniem równowagi na lodzie, zdążyłem się trochę zmęczyć. A że dzień później był X Zimowy Bieg Trzech Jezior w Trzemesznie (15 km po lasach wokół jezior), nie chciałem się katować i na tym zakończyłem trening.

Sobotnie zawody uważam za bardzo udane, celem był czas poniżej 1:15, a udało się zrobić 1:14:08 netto. Warunki świetne, kapitalna pogoda (choć siarczysty mróz życia oczywiście nie ułatwiał) i chleb ze smalcem i ogórkiem oraz grochówka na mecie sprawiły, że Trzemeszno (a właściwie Gołąbki, bo tam były start i meta) na stałe dopisuję do swojego biegowego kalendarza.

Zimowe oswajanie się z jeziorem kontynuowałem w niedzielę gdy dołączyłem do Żnińskiego Klubu Morsa. Po pół godzinie rąbania siekierą udało nam się zrobić 5-osobowy przerębel i stało się: wykąpałem się w temperaturze -10 °C! Ciekawostką jest, że mimo 15 lat zamieszkiwania w Żninie, a potem częstych odwiedzin u rodziców, w tamtejszym jeziorze pierwszy raz wykąpałem się… zimą. W wodzie byłem minutę, potem chwila na mrozie. Daje to niesamowite uczucie – woda zamarza na skórze i ma się wrażenie jakby w skórę wbijało się tysiące malutkich szpilek, kapitalna sprawa! Na końcu sprint do szatni by się wytrzeć, ubrać i ogrzać.

Wbrew obawom: w weekend, w którym najpierw trenowałem na jeziorze, potem na zawodach pobiegłem 15 km w konkretnym mrozie (-15 na starcie), a w końcu wykąpałem się w przeręblu, nie zakończył się dla mnie jakimkolwiek przeziębieniem, czy choćby chrypką. Każdą z tych aktywności serdecznie polecam:)

Jurij Gagarin Sta-lin, Sta-lin…, czyli zimowa masakra na Skorpionie

Ponad 12 godz. przedzierania się przez zaśnieżone pola, lasy i wąwozy na własne życzenie. Udziału w XI Ekstremalnej Imprezie na Orientację Skorpion 2012 nie sposób określić inaczej niż masochizm. Ale gdybym miał jeszcze raz podejmować decyzję o starcie to byłaby ona taka sama: warto było! I za rok też będę chciał się pojawić:)
Akapit dla niezorientowanych: bieg na orientację polega na tym, że dostaje się mapę z zaznaczonymi punktami kontrolnymi, które trzeba znaleźć w terenie i je zaliczyć. Robi się to wpisując kod zapisany na punkcie lub też dziurkując kartę startową przyczepionym do PK perforatorem. Czasami są tzw. punkty stowarzyszone (czyli fałszywe, mające na celu zmylenie uczestników), które są umieszczone w podobnych miejscach co normalne i tylko dokładnie studiując mapę można to dostrzec. Za zaliczenie punktu stowarzyszonego są kary czasowe. Nie ma określonej trasy takiego biegu, na podstawie mapy każdy sam wybiera drogę. PMNO to Piesze Maratony na Orientację (50 i 100 km) i aktualnie właśnie to najbardziej mnie w bieganiu kręci:)
Na Roztocze pojechaliśmy w piątek, nocleg w Bychawie był dobrym pomysłem, próby snu na sali gimnastycznej, gdzie śpi kilkadziesiąt innych osób, kompletnie się w moim przypadku nie sprawdzają. Wolę zainwestować kilkadziesiąt złotych i wygodnie się kimnąć. Do batorskiej bazy imprezy dotarliśmy w sobotę przed siódmą rano. Jest parę znajomych twarzy, m.in. Piotr Kwitowski, który na Funex Orient wyprzedził nas o długość stopy albo dwóch. Sprawne załatwienie formalności i słyszymy od organizatorów, że z setkowiczów (wystartowali o 20:00 w piątek) po 12 godz. walki nikt nie dotarł jeszcze do półmetka. Już wiemy, że będzie ciężko, bardzo ciężko.

Dostajemy mapy, jeszcze kilka zdań od wójta gminy Batorz i odliczanie: trzy… dwa… jeden… start! Początek szosą. Złożona z ponad 100 osób stawka szybko dzieli się na biegnących i maszerujących. Biegniemy dość blisko czołówki, potem peleton powoli się rozpierzcha, opuszczamy szosę i przez pola w kierunku PK1, który znajduje się na szczycie Góry Sowiej, najwyższego punktu w okolicy. Mapa z lat 70-tych i kompletnie zasypane śniegiem lasy i pola nie ułatwiają życia, trudno jest chyba wszystkim, bo ślady w śniegu prowadzą w każdym możliwym kierunku. Długo kluczymy nim w końcu trafiamy na pierwszy punkt. Na dwójkę (na górze wąwozu – wąwozy będą stałym elementem całej trasy) wpadamy bez kłopotu, ale potem okazuje się, że daliśmy się nabrać na punkt stowarzyszony i w ostatecznym rozrachunku doliczono nam za to 25 min. kary.
Od razu popełniamy kolejny błąd. Zamiast, jak większość, obejść wąwóz górą, wraz z inną dwójką schodzimy na dół i torujemy nową ścieżkę przez wąwóz. Mamy siły, więc biegnie się dość sprawnie. Niestety, po opuszczeniu wąwozu niezbyt dokładnie pilnujemy kierunków świata i robimy wielkie koło na południe. Gdybyśmy poruszali się z resztą towarzystwa to nie dość, że łatwiej byłoby dostać się do PK3, to jeszcze trafilibyśmy na poprawną dwójkę (była na górze kolejnego wąwozu). A tak znalezienie PK3 zajmuje nam masę czasu. Staramy się jak najwięcej biec, a cały czas doganiamy maszerujących – znak, że schrzaniliśmy nawigację i mamy dużą stratę. To mocno frustrujące.
Przemieszczanie się w terenie jest trudne, kopny śnieg po łydki znacznie utrudnia bieg, po 2 godz. czuję, że stopy mam już mokre. Kilka godzin później przestaje to przeszkadzać, ale dzięki zastosowaniu cudownego Sudokremu stopom nic złego się nie stało. Jedyne dobre odcinki są wtedy gdy biegniemy „torem bobslejowym”, czyli ścieżką wydeptaną przez kilkadziesiąt osób przed nami. Ale nie zawsze jest to możliwe, już po 10 km jesteśmy zmęczeni, półmaraton osiągamy w 5 godzin. Dodatkowo wychodzi brak plecaka z bukłakiem – każdy łyk wody wymaga zdjęcia plecaka i pochłania mi cenne sekundy.
Kolejne dwa PK pokonujemy w miarę sprawnie, sukcesywnie doganiając kolejnych maszerujących. W trakcie jednej z prób zorientowania się gdzie jesteśmy krzywo staję prawą nogą i skręcam kostkę. Na szczęście w miarę lekko i po kilku minutach napieram dalej. Przy PK6, po 21 km wg mapy, a 26,5 km wg Garmina (błędy w nawigacji…) jest ognisko. Można się napić ciepłej herbaty (wypijam bodaj siedem kubków!), chwilę przerwy wykorzystuję na posilenie się kanapką i kabanosem (sprawdza się kapitalnie). W międzyczasie przy ognisku pojawia się Paweł Pakuła, ścisła czołówka setki. Potem okazuje się, że kolejne punkty ma takie same jak my i przez kilka kilometrów napieramy razem. Pod górkę marsz, z górki i po równym bieg. Taktyka się sprawdza. Szybko i sprawnie docieramy do PK7, ale tam znów dajemy się nabrać na punkt stowarzyszony i dostaniemy za to 10 min. kary. Prawdziwy punkt zauważyliśmy tuż po odejściu od fałszywego. Parę minut później zostajemy z tyłu za Pawłem, nogi po prostu nie dają rady. Ja mam w nogach 30 km, a Paweł z 80 (jest w trasie od 20 godzin!) i wygląda dużo lepiej, prawdziwy twardziel. Robi się ciemno, czas zamontować czołówkę. Zaliczamy kolejne PK, zapada zmrok.
Dopiero między PK10 a PK11 dostaję dodatkowego zastrzyku energii i zostawiam Benka kilkaset metrów z tyłu. Doganiam jednego z setkowiczów, próbuję go zagadywać, wygląda jak zombie i po kilkudziesięciu sekundach udaje mu się wydukać: „Masz może coś do jedzenia, czego nie planujesz zjeść?”. Mam jeszcze dwa batony, do mety kilkanaście kilometrów, oddaję mu jeden i życzę powodzenia. Potem okazuje się, że był to Taras Koniukhov z Ukrainy, późniejszy zwycięzca setki – znak, że baton Isostara się sprawdził;) Cisnę dalej chcąc wykorzystać zapas energii. W tym czasie kryzys łapie Benek, ale dość szybko wraca do sił. Jednak częściej to ja jestem w naszym dwuosobowym zespole spowalniaczem. Pod koniec praktycznie nie mam już sił nawet by patrzeć w mapę i zdaję się całkowicie na niego oraz ślady poprzedników na śniegu.
Na pewnym etapie zmęczenia człowiek działa… hmmm, dziwnie. Mózg pracuje jakby nieco z boku, w oderwaniu od reszty. Nogi idą raz-dwa-raz-dwa, a głowa… Mi do głowy wpadł (skąd?!) rytm „Jurij Gagarin Sta-lin, Sta-lin” i krok po kroku w głowie mi to wybijało rytm. Śnieg po łydki lub po kolana, noga za nogą „Jurij Gagarin Sta-lin, Sta-lin…”. Pola uprawne na Roztoczu są na różnych poziomach, takich jakby tarasach. Jak się pokonuje je w poprzek to co rusz masz półmetrowy schodek w górę lub w dół. Czasem więcej niż półmetrowy, raz wpadłem po pas. Po 45 km napierania w takich warunkach skok z pół metra jest ekstremalnym wyczynem, mięśnie nóg trzymają na granicy wytrzymałości. Pod górę często korzystam z kolan. Dwa kroki na czworaka, wstaję, otrzepuję kolana ze śniegu i znów krok za krokiem. „Jurij Gagarin Sta-lin, Sta-lin…”.
Ciśniemy dalej, doganiamy kolejnych kilka osób, w tym spotkanego wcześniej już kilka razy Pawła Pakułę. Zatrzymujemy się przy prostopadłym skrzyżowaniu śladów, po raz drugi skręcam tę samą kostkę. Dumamy nad kierunkiem dalszego marszobiegu. Ślady na wprost są mniej wydeptane, ale wydaje się, że prowadzą prosto na PK12 (ostatni!). Wybieramy jednak tor bobslejowy w lewo. Po paru minutach Paweł zauważa, że te ślady prowadzą w drugą stronę – ktoś stamtąd przyszedł, a nie tam poszedł! Zawrotka. Znów to samo skrzyżowanie. Paweł idzie dalej torem, reszta pociska wprost na PK.
To była dobra decyzja. Biec jest trudno, ale tempo marszu w miarę trzymamy. W międzyczasie po raz trzeci skręcam prawą kostkę. Boli, ale przecież nie mam wyjścia, napieram dalej. Przy ostatnim PK sporo ludzi, ruszamy spod niego dość szybko, z nami jeszcze dwójka osób, nie tracimy czasu na zbędne dyskusje czy rozważanie wariantów. Szybko zostaję z tyłu, kostka nie pozwala na utrzymanie tempa. Benek na czele, kawałek za nim dwóch innych skorpionowiczów, w odległości 100 m ja. Po raz kolejny trafiamy na Pawła (podąża dopiero w stronę PK12, więc nasz wariant drogi był lepszy, co zresztą widać na tracku z Garmina – rzeczywiście prowadził prosto na PK), nieznajomi zaczynają z nim rozmawiać, ja tylko rzucam pozdrowienie i ich wyprzedzam, do mety zostało ok 5 km, teraz liczy się każda minuta! Mimo ekstremalnego zmęczenia zaczynam biec, cel mam tylko jeden – uciec dwójce z tyłu. W oddali przede mną widzę czołówkę Benka, pewnie zaczeka na mnie po dotarciu do szosy. Spotykamy kolejne osoby podążające do ostatniego PK, po paru minutach gubię „ogon” i dochodzę swojego towarzysza. Ruszamy na ostatni odcinek – 4km szosą do Batorza. Po tych godzinach przedzierania się przez śnieg, asfalt wydaje się najlepszą możliwą nawierzchnią. Postanawiamy biec. Mineralka z butelki ma chyba z 1 stopień Celsjusza, ogrzanie jej w ustach zajmuje sporo czasu, a i tak połykam zimną wodę. Pastylki na gardło w kieszeni się przydają i sprawiają, że wracam do domu tylko z lekką chrypką. Nie mamy już szans na zmieszczenie się w 12 godz., ale przez te ostatnie 4 km wyprzedzamy jeszcze kilkanaście osób. Czas mety 12 godz. 07 minut. W połączeniu z karami daje nam to 12:42 i 23. miejsce w klasyfikacji Open oraz sporo punktów do Pucharu Polski, jupi! W głowie pulsuje: udało się, udało się!
A na mecie wyśmienity obiad! Jest rozgrzewająca zupa, kartofelki, mięso i surówka. Do tego wypijam osiem szklanek kompotu. Jeśli chodzi o gastronomię to Skorpion zdecydowanie zostawił w tyle Izerską Wielką Wyrypę i Funex Orient, w których brałem udział w 2011 r. Zresztą, był też najtrudniejszy nawigacyjnie i pod względem warunków na trasie. Z prawie 56 km, jakie zliczył Garmin, szosami zrobiliśmy nie więcej niż 6-8 km. Leśne lub polne drogi, jeśli w ogóle były, niczym nie różniły się od lasu i pola – śniegu było co najmniej po łydki. Najszybsze 10 km wg Garmina zrobiliśmy w 1:49. Na IWW gdzie praktycznie nie biegałem było to 1:34, a na Funex 1:09. To najlepiej pokazuje ekstremalną trudność tych zawodów. Wszystkie punkty zaliczyła nieco ponad połowa uczestników, w tym tylko jedna kobieta.

Na wygrywanie przyjdzie jeszcze czas, muszę trochę podszkolić nawigację i pamiętać o długich wybieganiach, by nie siadać kondycyjnie po 30 czy 40 km. Ireneuszowi Kociołkowi wygrać udało się za około 30 startem, mam czas!;)

Stats&hints:
Warunki pogodowe: -2 stopnie, dużo leżącego śniegu, brak opadów, pochmurno – pogoda idealna.
Sprzęt i ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty Innov-8 Debrisgaiter 32; skarpety trekkingowe Fjord Nansen; dwie pary legginsów + krótkie spodenki; dwie koszulki techniczne z długim rękawem; rękawiczki polarowe; czapka; softshell Quechua (do rozważenia zamiana na lżejszą kurtkę biegową, po tylu godzinach softshell ważył chyba kilka kg!); czołówka Petzl Tikka Plus; mapnik Tatonka; Garmin FR305 (bateria padła po 14 godzinach).
Jedzenie: 2 kanapki + bułka + 2 kabanosy; 3 batony + żel energetyczny + cukierki energetyczne + Kopiko; 1,5 l wody + Powerade (za mało napojów!).