Archiwa kategorii: zawody na orientację

Ten, w którym jestem drugi, czyli Złoto dla Zuchwałych 2014

Ruszamy z PK Y. Do końca pozostało 8 punktów. Jędrek i Paweł zostają lekko z tyłu, po kilkuset metrach obracam się i wołam żeby dorzucili do pieca. Odmawiają, podobnie jak Wojtek. Biorę więc szuflę, ładuję węgiel z takim czubkiem, że aż się wysypuje i wrzucam całość do pieca. Ogień buzuje coraz mocniej, tętno zbliża się do granicy drugiego i trzeciego zakresu (170 bpm), a biegowa lokomotywa nabiera prędkości. Poza wkurzającym bólem ścięgna Achillesa nic mi nie przeszkadza, noga ładnie podaje, a metry same lecą. Wyprzedzam kilku zawodników z krótszej trasy, to jest to! W trudnym terenie biegnę po 5:30, w łatwiejszym 5:10 lub szybciej. Nic dziwnego, że chłopaki znikają z tyłu. Przez most w Lubostroniu wracam na prawy brzeg Noteci. Niestety pęd powietrza sprawia, że tracę koncentrację, nie czytam dokładnie mapy i zupełnie bez sensu biegnę kilkaset metrów w przeciwną stronę, co kosztuje mnie 4-5 minut. Kręcę się w kółko aż docierają do mnie Jędrek i Wojtek, z którymi znajduję PK O oraz pobliski N, choć tu znów mylimy leśne przecinki i dopiero po chwili trafiamy w odpowiednie miejsce, gdzie łapie nas Paweł. By to gęś kopła, po kiego było uciekać?

Paweł zostaje z tyłu, we trójkę łapiemy M, R i P w okolicy Pturka i jez. Wolickiego, na którym 20 lat temu uczyłem się podstaw żeglarstwa;) Od P do H mamy najtrudniejszy przelot całego rajdu – to zaorane i dość przez to grząskie pole, nawet marsz jest utrudniony, o sprawnym biegu nie ma co marzyć.

Za PK H następuje kolejna próba urwania się od tramwaju. Po paru chwilach znów jestem sam. Lecę przez pole i…

Chowam telefon i biegnę dalej. Docierając do lasu czuję wiatr we włosach i świeże powietrze w płucach. Wyostrzony słuch wyłapuje odgłosy przyrody, co jakiś czas obracam się, by sprawdzić, czy aby na pewno jestem sam. W takich chwilach oddycham najgłębiej, takie chwile na zawodach kocham. Tego nie da Ci żaden miejski maraton, żadna dycha przebiegnięta poniżej 40 minut. Takie rzeczy można złapać tylko w maratonach na orientację.

W tym wszystkim po raz drugi gubię jednak ostrość wzroku i mylę drogę z poziomicą, a w efekcie PK G szukam na złym zboczu skarby. I znów mija parę minut (ok 7-8!), dochodzą mnie Jędrek i Wojtek i dopiero po chwili zauważam swój błąd, po czym punkt łapiemy już w miarę bez problemu. Podbijamy i…

Robienie fotek telefonem ma tę wadę, że zamiast Jacek skaczący przez rów jest Jacek,
hmmmm, powiedzmy, że na zdjęciu jest Jacek i rów / fot. ja

O niespodzianko, znów się urywam, w nadziei, że to ostatni raz;) Do zaliczenia został jeden punkt, a moja frustracja sięga zenitu. Maksymalnie skupiam się na mapie, uciekam chłopakom i z powodzeniem zaliczam ostatni punkt kontrolny, ufff! Można? Można. No myśleć panocku tylko trzeba, a nie zachłystywać się największym stadem sarenek jakie się widziało.

Jeszcze minuta zamotania w kwestii tego którędy do bazy, wybieram wariant południowy i lecę. Widząc płot okalający szkołę przeskakuję go w najniższym miejscu i chwilę potem oddaję kartę dowiadując się, że zająłem drugie miejsce!:)

Po minucie przychodzi jednak zimny prysznic: pierwszy Mariusz Plesiński był tu niemal dwie godziny temu, co oznacza, że mimo pierwszego w „karierze” pudła na zawodach z cyklu PMnO, będzie to pod względem liczby punktów w Pucharze Polski… mój najsłabszy start od debiutu latem 2011 r. (Izerska Wielka Wyrypa 2011). 31,5 pkt to zdecydowanie poniżej oczekiwań, za poprzednie dwa starty dostałem odpowiednio 45,5 i 39,5 pkt. Cóż, taki urok zawodów PMnO, że bardziej niż miejsce w klasyfikacji, liczy się strata do zwycięzcy.

Nie lubię takiego oznaczenia lampionów – kartka papieru przyklejona do drzewa od tyłu. W efekcie szukaliśmy nie lampionów, a taśmy klejącej na drzewach… A znak? Paweł jest z Inowrocławia, a ja ze Żnina:) / fot. ja

Ale to małe rozczarowanie nie zmienia faktu, że na Złoto dla Zuchwałych warto było pojechać! Miałem pewne obawy, bo w ubiegłym roku organizatorzy nie spisali się na medal – trasa była banalnie łatwa, i nie pozostawiała praktycznie żadnego wyboru wariantów, a punktów do zaliczenia było niewiele, przy czym jednego bodaj brakowało, a inny przesunięty o jakieś 200 metrów – nie pamiętam dokładnie. W każdym razie niesmak pozostał.

W tym roku dostaliśmy do ręki świetnie zaprojektowaną mapę z 24 punktami kontrolnymi, którą można było zrobić na wiele różnych wariantów, dzięki czemu już na początku uniknęliśmy tłoku przy punktach kontrolnych. Ale i tu można by trochę poprawić. Po pierwsze jeden lub dwa punkty były źle postawione (różnica 100-150 m), po drugie zaś fantastyczny pagórkowaty odcinek Jabłowskich Gór aż prosił się o mapę BnO lub choćby rozświetlenia ułatwiające znalezienie punktów. Jak już narzekam, to na wielu zawodach nagród jest trochę więcej niż dla zwycięzców, przykład Mazurskich Tropów pokazuje, że nawet robiąc pierwszą edycję rajdu można postarać się o sponsorów.

Wszystkie drobne niedociągnięcia organizacyjnie są NICZYM przy błędzie ortograficznym w nazwie drużyny… Smashing Pąpkins Wam tego łatwo nie wybaczy!

Skoro było pudło, to jest i zasłużone piwko i kiełbacha!;)
/ fot. 1 Paweł Choiński, fot. 2 ja

Niewątpliwą zaletą Złota dla Zuchwałych była sama lokalizacja zawodów – wokół Lubostronia nie brakowało lasów, pól i mokradeł, które przemierzaliśmy z największą przyjemnością. A ja nawet z dodatkiem dumy, bo zawody odbywały się na terenie powiatu żnińskiego, z którego pochodzę. Szczerze mówiąc na podlubostrońskich pagórkach nigdy nie byłem, a naprawdę warto, to bardzo ciekawa okolica.

Asfaltów na trasie zawodów praktycznie nie było. Po szosach zrobiłem kilka kilometrów, ale gdyby ktoś chciał, to można było i tego uniknąć. Gdyby ktoś chciał, to szosowy kilometraż można tez było zwiększyć, ale kilka razy wybieraliśmy drogę przez pole. Smaczku wszystkiemu dodało takie rozmieszczenie punktów kontrolnych, że żaden z wariantów nie był oczywisty. Można było pokonać Noteć dwa razy tym samym mostem, a można było dwoma, co znacznie różnicowało trasę. Mimo że przed startem poświęciliśmy kilka minut na rozrysowanie sobie przebiegów między PK i kolejności ich zaliczania, to w trakcie zdarzało nam się dyskutować i zastanawiać nad tym, jaki wariant obrać. Wiele innych aspektów organizacyjnych także stało na wysokim poziomie: ja nie skorzystałem, ale kolacja dzień przed zawodami to rzadkość, na mecie posiłek też oczywiście był.

Przed startem warto zainwestować kilka minut w rozrysowanie trasy:)
/ fot. 1 i 2 Szymon Szkudlarek, fot. 3 Karol Chudzyński

Złoto dla Zuchwałych było dla mnie swego rodzaju eksperymentem – po raz pierwszy pobiegłem PMnO z opaską tętna i… jestem mocno zaskoczony. Wydawało mi się zawsze, że to bieg na w miarę niskiej intensywności, że mówiąc, iż zastępuje mi to weekendowe wybiegania, trochę naginam rzeczywistość. Tymczasem podczas ZdZ ponad 2 godziny spędziłem ponad progiem mleczanowym, który mam na 155 uderzeniach serca na minutę, a nie brakowało też odcinków w drugim, a nawet trzecim zakresie. To nie przelewki tylko konkretny trening. Tempo nie było może zabójcze, ale trudny teren robi różnicę. Na trasie nie brakowało przewyższeń, trudno przebieżnych zaoranych pól i innych utrudnień, w efekcie czasem nawet maszerując miałem puls w pierwszym zakresie.

Czy można było pobiec ZdZ lepiej? Zawsze można lepiej! Te kilka błędów kosztowało mnie z 30-40 minut, a PK E i PK D (źle ustawiony) też szukaliśmy dość długo. Poprawiłbym swój dorobek punktowy i czas na tych zawodach, ale Mariusza i tak bym nie przegonił. Nie tu i nie dziś. Ale kiedyś, kto wie… :)

Mapa z naniesionym śladem z Garmina.
Zielonym kolorem bieg, żółtym trucht, a na czerwono marsz i postoje. A tu jest mapa w wysokiej rozdzielczości.

:)

Stats&hints IV Rajd na orientację „Złoto dla Zuchwałych”, trasa TP50
Wynik: czas 6:37; 2/43 miejsce w klasyfikacji open;
Warunki pogodowe: kilka stopni Celsjusza, lekki wiatr, słonecznie z zachmurzeniami;

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Roclite 295+stuptuty krótkie Inov-8; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; spodnie Dobsom R-90, koszulka Icebreaker Merino, bezrękawnik Kalenji; dwa buffy (jeden na szyi, drugi na głowie – po jakimś czasie zdjęty), rękawiczki 4F (w połowie trasy wylądowały w plecaku), Garmin 910 XT; kompas Silva Ranger.

Jedzenie/picie: 2 musy owocowe Aptonia + 1 chałwa + 1 baton Challenger + 2 żele Agisko + 1 baton Agisko; 1,5 l izo z BCAA w bukłaku. Do mety dotarłem bez zapasów, ale i bez poczucia głodu czy pragnienia.

Dla zainteresowanych zapis z Garmina w serwisie Endomondo:

Ten, w którym rządzą drzwi i liczba 12, czyli Śnieżne Konwalie 2014 (relacja)

No i nastąpiła katastrofa. I to taka, że o ja pitolę i wstyd przed wszystkimi, więc Wam tylko w tajemnicy opowiem, dobra? Nie ogarnąłem przejścia pomiędzy mapami i szukając PK12 wbiegłem na złą górkę. Klnę na czym świat stoi, bo choć powinno się zgadzać, to się nie zgadza i punktu nie ma. Lecę dalej na wschód, kończy się górka. Wracam się, kręcę jak smród po dupie i w końcu postanawiam wrócić kawałek i namierzyć się raz jeszcze. Trafiam na grupę osób, która szuka zupełnie innego punktu, co jeszcze zwiększa moją frustrację. Siedam na śniegu, rozkładam mapę, biorę kilka głębokich oddechów i namierzam się po raz kolejny. Tym razem poprawnie. Ale dobre 20 minut w plecy ląduje na moim koncie.

- Prosimy o zamknięcie drzwi!
- …
- Nie udało się. Powtórka. Drzwi!
- …
- Dobra, sam zamknę.

Tej, a co Ty tam dostałaś, huh?;) / fot. Robert Waś

Czy takiego powitania spodziewali się docierający na metę Śnieżnych Konwalii? Czy po 55-60 kilometrach napierania w zimowych warunkach, po lasach i górkach, człowiek myśli o tym, że drzwi mają kiepski system trzymania i trzeba je poprawiać?;) Pewnie nie, i właśnie dlatego byliśmy tam my: konwaliowa Loża Szyderców siedząca na „ostatniej prostej”, czyli drodze od wejścia do szkoły do biura zawodów, gdzie zdawało się kartę startową. Przez ładnych parę godzin siedzieliśmy tam, piliśmy napoje dla sportowców (czyt: piwo i Coca-Colę) i dyskutowaliśmy o najważniejszych sprawach tego świata:

- o wyższości napierania z mapą po lasach i polach nad ulicznym bieganiem (bo przecież fajniej zająć siódme czy drugie miejsce, niż być 1354, nie?)
- o tym, że czasem to jednak można się pościgać na płaskim, by się sprawdzić;
- że ten Krasus to w sumie szybki jest, ale czasem nawiguje jak pijane dziecko we mgle;
- gdzie jest Kwito?!;
- o negative splitsach;
- o Michale, który zrobił 63 km;
- że na 50-kilometrowy rajd na orientację warto wziąć wodę, a nie tylko kilka musów owocowych;
- Kasica, ciśnij mocno, bo wciąż tylko jedna kobieta dotarła i walczysz o podium!
- że czołówka też się przydaje, bo nie każdy skończy za dnia;
- kto idzie do sklepu? Kup mi proszę dwa piwa;
- wyjeżdżacie już? Poczekajcie, jeszcze samojebka!
- a ci Gallowie to nieźle się panoszą;
- a Nocna Masakra to mogłaby odbywać się gdzieś bliżej cywilizacji;
- czy to jezioro to rzeczywiście było tak zamarznięte, że przebieganie przez nie nie było ryzykowne? Serio? Lód trzeszczał?;
- jesteś trzecia, jesteś na podium, yeah!;
- że Brubeck to polska firma, więc warto wspierać;
- idziemy do sklepu, bo o 23 zamykają!
- a przede wszystkim o tym „co by było gdyby…”!


Kluczowy element wieczoru: tuning dyplomów za podium kobiet / fot. Robert Waś

Pokonanie 50-kilometrowej trasy II Rajdu na Orientację Śnieżne Konwale zajęło mi 7,5 godz z groszami. Przesiadywanie w Loży Szyderców i niezobowiązujące zakulisowe rozmowy niemal drugie tyle. To powód, dla którego warto było zaiwaniać na drugi koniec Polski (Jezusie Świebodziński, pobłogosław A2 i S3! (mam nadzieję nie urazić niczyich uczuć religijnych, ale skojarzenie jest jednoznaczne)) do Zielonej Góry. Rodzinna atmosfera to na Śnieżnych Konwaliach wręcz obowiązek, bo wśród organizatorów roi się od osób o wspólnym rodowodzie. Ale to nie wszystko, bo do klimatu w bazie dołożyła się jeszcze ciekawa okolica, kapitalna trasa i całkiem niezła pogoda.

===
Pamiętacie Bartka? Zbieraliśmy pieniądze na pomoc dla kilkulatka, który walczy z guzem pnia mózgu. To paskudna sprawa, ale Bartek jest bardzo dzielny i wciąż możemy mu pomóc. Na przykład przekazując swój 1 procent podatku.
Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
Nr KRS: 0000023852
Cel szczegółowy: Bartosz Pudliszewski

Można też przekazywać środki na leczenie Bartka przez bezpośrednią wpłatę na konto:
Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski

Do dzieła!
===

Jeszcze tydzień przed zawodami największym problemem było to, jak zabezpieczyć się przed zamarzaniem napoju w bukłaku – przy -14 st. byłoby to nieuniknione. Ale przyroda okazała się być łaskawa i zesłała nam na weekend mgnienie wiosny, które sprawiło, że bieganie pod Zieloną Górą było ogromnie przyjemne.
Trasa – no właśnie, trasa. Przed startem Grzesiek, który przyjechał na Konwalie pochwalić się nowym layoutem bloga w roli sponsora jako Natural Born Runners i miał okazję zobaczyć mapę przed nami, powiedział mi tylko „będzie zabawa, będzie się działo!”.

Kto rozpoznaje logo na koszulce?:)
No i się działo. Przede wszystkim kapelusze z głów przed budowniczymi trasy (który z Was to robił? Przyznać się!) Była przygotowana doskonale, koniec, kropka, tu nie ma co dyskutować. Zarówno pod kątem umiejscowienia punktów terenie, poziomu skomplikowania map, czy walorów krajoznawczych, nie było się do czego przyczepić. Mapa była na tyle trudna, że wymagała dużo myślenia i dobrego zaplanowania trasy, ale jednocześnie można było biegać, a punkty były zlokalizowane idealnie. Jedyny błąd organizatorów polegał na tym, że dziwnie zlokalizowali dodatkowy perforator na PK najbliższym bazie. W efekcie zrobiła się wielka kolejka i ponoć niektórzy czekali nawet 5 minut.

Zawodnicy na trasie TP50 dostali do rąk aż trzy mapy. Na głównej (skala 1:50 tys.) mieliśmy zaznaczone wszystkie 31 punktów, a w pakiecie doszły jeszcze dwie may BnO w skalach 1:10 tys. i 1:15 tys. Dwie ostatnie mocno się różniły: pierwsza była aktualna co do centymetra i każdej leśnej przecinki, a druga… no właśnie, druga mapa była sprzed ponad 20 lat i tam gdzie była polana rósł młodnik, a lokalizacja dróg też nie zawsze pasowała. Zabawa była więc przednia, a najtrudniejsze momenty to przejście z jednej mapy do drugiej.

Na szczęście przed startem dostaliśmy kwadrans na zaplanowanie przebiegu. Zaszyliśmy się z Benkiem w kąciku by sobie namalować co i jak, ale nie mogłem się skupić, bo zagadali nas Asia z Irkiem, a przede wszystkim ich przecudowna Makita. Ja generalnie nie lubię psów, po prostu się ich boję, ale tego polubiłem od pierwszej sekundy!:) Aż szkoda było iść na start.

Cudo, cudo!:) fot. Asia/Irek Kociołek

Jak już udało się skoncentrować i narysować to okazało się potem, że poszło nam to całkiem nieźle, bo właściwie zaplanowaliśmy wariant idealny lub ideałowi bliski. To duży postęp, bo podczas Izerskiej Wielkiej Wyrypy 2012 zaliczyłem na tym polu sporą wpadkę, więc nauka nie poszła w las.

Cały czas jestem za to w lesie jeśli chodzi o nawigację. Do 35 km szło dobrze, współpracowaliśmy z B. naprawdę zacnie i tylko raz totalnie nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, ale nie byliśmy w tej dupie sami, bo spotkaliśmy tam m.in. Mańka, który robił trasę TP25 i też nie wiedział gdzie jest. I mam wrażenie (oraz nadzieję, że B. to potwierdzi), że nie było tak, że on myślał, a ja tylko przebierałem nogami, bo pracowaliśmy z mapą obaj. No i nadszedł 35. km pomiędzy PK7 i PK8, gdzie Benkowi noga odmówiła posłuszeństwa. Rozciąganie nie pomogło i musiał zwolnić, ja więc poleciałem (i to dosłownie, 5:15, 5:01 – takie tempo po 35 km napierania!). PK8 zaliczyłem bezproblemowo, w drodze do PK9 trochę nadłożyłem, bo zmyliła mnie linia energetyczna, ale zdobyłem go bezproblemowo (jeśli nie liczyć tego, że na strumieniu zarwał się pode mną lód (a chipsów nie jem od miesiąca!) i zmoczyłem nogę). Na PK11 umęczyłem się trochę z jakimiś kolcowatymi krzaczorami (nienawidzę!), przez które straciłem kilka minut, ale punkt zdobyłem bezproblemowo.

Radość, i to ogromna! / fot. Szymon Szkudlarek

No i nastąpiła katastrofa. I to taka, że o ja pitolę i wstyd przed wszystkimi, więc Wam tylko w tajemnicy opowiem, dobra? Nie ogarnąłem przejścia pomiędzy mapami i szukając PK12 wbiegłem na złą górkę. Klnę na czym świat stoi, bo choć powinno się zgadzać, to się nie zgadza i punktu nie ma. Lecę dalej na wschód, kończy się górka. Wracam się, kręcę jak smród po dupie i w końcu postanawiam wrócić kawałek i namierzyć się raz jeszcze. Trafiam na grupę osób, która szuka zupełnie innego punktu, co jeszcze zwiększa moją frustrację. Znów biegnę w jakąś drogą, a w końcu siadam na śniegu, rozkładam mapę, biorę kilka głębokich oddechów i namierzam się po raz kolejny. Tym razem poprawnie. Ale dobre 20 minut w plecy ląduje na moim koncie.

Wkurzony biegnę dalej i łapię… Benka, który zamiast być 20 minut za mną, spokojnie drepcze sobie do PK13. Piona-piona, ale ja lecę dalej. Ale parę chwil później słyszę „bieganie jest przereklamowane” – tam gdzie ja pobiegłem drogą, B. poszedł na azymut i dotarł w tym samym czasie. Dobra, nie ma co, ostatnie punkty łapiemy razem i rozdzielamy się dopiero przed bazą, gdzie wreszcie mogę sobie pobiec jak noga niesie, poniżej 4:30, bo przy szosie trudno się zgubić. Meta z czasem 7:33, co daje 12. miejsce na 108 osób widniejących na liście wyników. Strata do Mariusza Plesińskiego, który obronił tytuł sprzed roku, to ponad 1,5 godz., do podium zabrakło równej godziny. Tak, 7:33 na dość trudnej trasie w zimowych warunkach to dobry czas. Tak, 12. miejsce na 108 to dobra pozycja. Ale nie dla mnie.

Ładnie było:) / fot. Kasica, co na pudle stała

Znów mam poczucie niedosytu, bo wiem, że stać mnie na bieganie na poziomie 3-5 miejsca w takich zawodach. Tylko kurde z tą nawigacją to katastrofa, no katastrofa jak Meteoryt Tunguski i tyle. Dumny jestem z kapitalnie zaplanowanej trasy, ale co z tego, skoro potem jej realizacja była daleka od ideału. 12 miejsce przez buraka przy PK12? Widocznie 12 to nie jest moja szczęśliwa liczba, o. Lecz z Zielonej i tak wracaliśmy w szampańskich nastrojach, bo dzielna Kasica stanęła na podium kobiet, więc mieliśmy w samochodzie triumf jak się patrzy!

A czy wrócę na Śnieżne Konwalie? Też mi pytanie! To były jedne z najfajniejszych zawodów, na jakich byłem, gdyby zapisy uruchomiono dziś o północy, byłbym pierwszym zapisującym się!

Mapa z naniesionym śladem z Garmina.
Zielonym kolorem bieg, żółtym trucht, a na czerwono marsz i postoje (link do mapy w wysokiej rozdzielczości)

Stats&hints Rajd na Orientację Śnieżne Konwalie, trasa TP50
Wynik: czas 7:37; 12/108 miejsce w klasyfikacji open;
Warunki pogodowe: kilka stopni Celsjusza, lekki wiatr, słonecznie z zachmurzeniami;

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Roclite 295+stuptuty krótkie Inov-8; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; spodnie Dobsom R-90, a pod nimi obcisłe spodenki do połowy uda (patent na otarcia;)), koszulka Icebreaker Merino, bezrękawnik Kalenji, cienka bluza z długim rękawem Asics; dwa buffy (jeden na szyi, drugi na głowie), rękawiczki polarowe Kalenji, Garmin 910 XT; kompas Silva Ranger.

Jedzenie/picie: 2 musy owocowe Aptonia + 1 chałwa + 1 baton Challenger + dwa żele Agisko + dwa batony Agisko + kawałek ciasta na punkcie odżywczym; 1,3 l izo w bukłaku. Do mety dotarłem lekko głodny, ale bez uczucia pragnienia.

Dla zainteresowanych zapis z Garmina w serwisie Endomondo:

Ten, w którym dziki pierzchają. Ełcka Zmarzlina 2014 (relacja)

W pewnym momencie widzę głęboki odcisk buta w błocie. Kwito jest kilka metrów z tyłu, więc dość głośno zwracam mu na to uwagę. Za chwilę serce mi staje, bo z oddalonych od nas o 10 metrów krzaków wypada stado dzików, które wzbijając tumany kurzu i robiąc niesamowity hałas, ucieka w pole. Na szczęście popędziły w kierunku, z którego przyszliśmy, a nie na nas. Z tyłu jest jednak Wojtek, więc gwiżdżę dla ostrzeżenia. Po kilku minutach widzimy jego białą koszulkę, czyli nic się nie stało:)

Ełk to największy ośrodek miejski na Mazurach, choć ciekawostką jest, że miasto nigdy przed 1945 r. nie leżało w granicach Polski. Miasto położone jest na terenach z różnorodną rzeźbą terenu i bogatą przyrodą, co bez wątpienia jest atutem Ełckiej Zmarzliny. Żałuję, że w Ełku spędziliśmy mało czasu, bo jest tam kilka obiektów wartych zobaczenia (m.in. wieża ciśnień, kilka zabytkowych kościołów i ruiny zamku krzyżackiego), a tereny wokół miasta zachęcają do pieszych lub rowerowych wędrówek.

Ełcka Zmarzlina to jedyna w cyklu Pucharu Polski w Pieszych Maratonach na Orientację impreza, która w nazwie ma miasto. Stała siedziba nie oznacza jednak, że zawody odbywają się zawsze na tej samej trasie. Tradycją jest bowiem, że uczestnicy są wywożeni na start kilkanaście-kilkadziesiąt km od Ełku, więc każda edycja rusza z innego miejsca. Pierwotnie miałem do Ełku nie jechać, ale dobre towarzystwo chętne do wspólnego wyjazdu i niedosyt biegowy związany z Nocną Masakrą sprawiły, że zmieniłem zdanie. Na ostateczną decyzję o wyjeździe wpływ miał też… sen. Jakiś tydzień temu śniło mi się, że wygrałem Ełcką Zmarzlinę, jak więc mogłem nie pojechać?

Ełcka Zmarzlina jest ewenementem na mapie PMNO,
każdy kto ukończy rajd otrzymuje pamiątkowy medal

Na kilka dni przed startem organizatorzy opublikowali na swojej stronie komunikat: „Uwaga: Ze względu na pojawiające się watahy wilków oraz dzików w okolicy terenów rozgrywanego maratonu zaleca się posiadanie przy sobie gwizdków do odstraszania zwierzyny.” Wiedziałem już, że będzie ciekawie!

Niestety, w piątek w pracy poczułem czające się w okolicy przeziębienie. Mimo kilku Aspiryn, cytryny i czego tylko się dało, po kilku godzinach miałem już solidnie zatkany nos i bolało mnie gardło. Nocka przed startem zeszła mi więc na przewalaniu się z boku na bok i myślach o tym, by zrezygnować, bo leki nijak nie działały i czułem się coraz gorzej. Kilka razy na chwilę przysnąłem i raz śniło mi się, że zająłem 10. miejsce, co przy tej obsadzie i z takim samopoczuciem przyjąłbym z pocałowaniem ręki. Rano zadziałał jednak najlepszy z medykamentów – adrenalina. Ubierając buty czułem się już dobrze:)

Start honorowy w Ełku (aparaty fotograficzne, kamery i oficjele) zaplanowano na 7:45, po czym wsiedliśmy do autokarów oraz samochodów i pojechaliśmy do Starych Juch, gdzie miał miejsce „prawdziwy” start. Tam kilka słów m.in. z Kasią, która debiutuje w PMNO i od razu atakuje stówkę, kilka minut na przedstartowe słit focie i o 9:00 ruszamy, prawie 150 osób z dystansów 50 i 100 km.

Nie ma ścigania bez samo-fotografowania!

Na czoło wysforowało się kilku 50-tkowiczów, w grupie m.in. Krzysiek Lisak (zwycięzca Biegu Rzeźnika sprzed kilku lat) i Bartek Grabowski, czyli ścisła czołówka biegów na orientację. Zaraz za nimi ciśniemy Kwito i ja. Tyle razy się ścigaliśmy, że czas sprawdzić jak to wyjdzie, jeśli pobiegniemy razem;) Po 2 km szybką drogą (w tempie 5:10-5:20 min/km) skręcamy w las, by namierzyć się na punkt. To pierwsza i praktycznie ostatnia błędna decyzja tego dnia. Trzeba było obiec lasek i wpaść prosto na punkt, który umiejscowiono na… starym cmentarzu. Nim przedarliśmy się przez las, do punktu dotarło z 15-20 osób, a my byliśmy dobre 4-5 minut w plecy.

Przed PK1 niepotrzebnie wytraciliśmy prędkość i kręciliśmy się po lesie,
lepiej było pociągnąć wzdłuż niego

Dalej napieramy już bez większego problemu, powoli wyprzedzając kolejnych uczestników. Grupkami, samotnych, wszyscy jeden po drugim zostają z tyłu. Pogoda się poprawia, można zdjąć kurtkę i biec w dwóch koszulkach. Ale efekty nocnego deszczu są widoczne – w zagłębieniach królują błoto i kałuże, czasami nadkładamy więc parę metrów, by pobiec drogą zamiast brodzić w błocie. Cały czas utrzymujemy dobre tempo przemieszczania się, bo praktycznie bez przerwy biegniemy – na równym i z górki w okolicach 5:10 min/km lub nawet szybciej, pod górkę i w błocie oczywiście trochę wolniej.

Problemów nawigacyjnych nie ma praktycznie w ogóle, mapa jest bardzo dokładna i aktualna, lecimy jak po sznurku, bo i podejście do trasy mamy z Kwitem podobne. Błoto traktujemy jako ostateczność, wolimy biec odrobinę dalej, ale drogą. W pierwszej połowie trasy kilometry wolniejsze niż 6 min/km są rzadkością. Nastrój niemal szampański – wiemy, że jesteśmy na 4-5 pozycji, a ci co są za nami, nie zbliżają się.

Aż do PK5 umiejscowionego na górce – tam wyprzedzają nas Andrzej Buchajewicz (lider dystansu 100 km) i następny czołowy 50-tkowicz Piotrek Chyczewski, który mija nas w niesamowitym wręcz tempie. Mam wrażenie, że chciał pokazać, że nie mamy co próbować z nim rywalizować, więc spiął się więc na te kilkanaście minut, w których nas dogonił, wyprzedził i odstawił na bezpieczny dystans, a potem biegł tak samo szybko jak my. W sumie niezła taktyka, muszę jej kiedyś spróbować;)

A my swoim tempem ciśniemy dalej. Zbliżając się do PK6 obserwujemy, że dwójka, która nas niedawno wyprzedziła, stoi przy punkcie i nie biegnie dalej, więc coś musi być nie tak. Dogania nas drugi na dystansie 100 km Paweł Pakuła i razem zbliżamy się do miejsca, gdzie ma być PK6. Okazało się, że lampion i perforator zniknęły. Prawdopodobnie komuś musiały się bardzo spodobać i je zerwał… Nie tracimy czasu, tylko robimy szybką fotkę odpowiedniego drzewa i biegniemy dalej. Powoli acz systematycznie Paweł zostawia nas za plecami, a z tyłu zbliża się Wojtek Burzyński, trzeci z setkowiczów. To trochę deprymujące, że ci setkowi wymiatacze biegają na 100 km szybciej niż my na 50, no ale co zrobić. Trzeba trenować i nie dać się wyprzedzić.

Gdzieś pomiędzy PK6 a PK7 słyszę: „Marcin, ja nie dam rady, leć sam. Tempo jest super, ale czuję, że niedługo spuchnę.” Nie no, miły panie Kwito, tak się bawić nie będziemy! Nie po to cisnęliśmy razem 30 km, żeby się teraz rozdzielać! Do mety mamy 2 godziny, nakurwiamy! Na chwilę zwalniam. Jemy, pijemy i bierzemy kilka głębszych oddechów. To jest właśnie fajne w napieraniu we dwójkę, że w przypadku kryzysu można sobie mentalnie pomóc i pociągnąć dalej. Nam się to udało. Po paru metrach marszu ruszamy dalej biegiem. Nieco wolniejszym, bo 5:10 to już tylko z górki ciągniemy, ale wciąż udaje się truchtać. W międzyczasie w odległości kilkuset metrów od nas przebiega stado jeleni i saren – piękny widok.

Wojtek jest już kawałek przed nami, co jakiś czas z tyłu majaczy kilka innych osób, ale się nie zbliżają. Przy PK7 ukrytym w jarze Wojtek popełnia błąd nawigacyjny i go wyprzedzamy. Potem przyglądamy się mapie. Do PK8 czeka nas długi i nudny przelot. Pokonanie Jeziora Garbas wschodnim brzegiem wydaje się być lepszym wyjściem, bo na mapie droga wygląda całkiem sensownie. Niestety, to tylko pozory, bo polna droga jest mocno błotnista i tempo przemieszczania się siada, kilometry pokonujemy średnio w siedem minut.

W pewnym momencie widzę głęboki odcisk buta w błocie. Kwito jest kilka metrów z tyłu, więc dość głośno zwracam mu na to uwagę. Za chwilę serce mi staje, bo z oddalonych od nas o 10 metrów krzaków wypada stado dzików, które wzbijając tumany kurzu i robiąc niesamowity hałas, ucieka w pole. Na szczęście popędziły w kierunku, z którego przyszliśmy, a nie na nas. Z tyłu jest jednak Wojtek, więc gwiżdżę dla ostrzeżenia. Po kilku minutach widzimy jego białą koszulkę, czyli nic się nie stało:)


Za podrzucenie filmiku z dzikiem dziękuję Michałowi

Do ostatniego punktu kontrolnego, zlokalizowanego na wieży widokowej już w Starych Juchach, docieramy razem z Wojtkiem, tnąc przez pole. Na szczęście wieżę widać z dość dużej odległości, więc nie mamy problemu z trafieniem na nią. Przy wejściu spotykamy się z Piotrkiem Chyczewskim, to znaczy, że ma nie więcej niż małe kilka minut przewagi, ale nie ma się co wkurzać. Idę o zakład, że gdybyśmy byli bliżej, to spiąłby łydkę i nas od razu odstawił.

A na wieży… Pięknie, cudownie, arcywidok! Przede wszystkim uwagę zwraca Jezioro Jędzelewo, którego niezmącona wiatrem tafla w promieniach chylącego się ku zachodowi słońca prezentuje się naprawdę świetnie. Z góry obserwujemy zbliżających się zawodników, ale nie ma obawy, że nas dogonią, odległość jest zbyt duża, a do mety zostało kilkaset metrów. Robimy kilka zdjęć i niespiesznie schodzimy, a potem prosto do mety.

Byłoby i 5:15, ale widoki warte były podziwiania:)

Oddajemy karty startowe i okazuje się, że wcale nie jesteśmy na 5-6 miejscu, tylko na 4-5, bo jeden z prowadzącej trójki po drodze stracił siły i wylądował za nami. W naprawdę mocno obsadzonej imprezie Ełcka Zmarzlina zajęliśmy więc z Kwitem ex-aequo 4. miejsce, wykręcając czas 5h 17min (lub 5h 18min, bo oficjalnych wyników jeszcze nie ma, nie wiem też, ile osób wystartowało, ale na 50-tkę pewnie ok. 100-110), o 28 min. słabszy od zwycięzcy, którym został Krzysiek Lisak. To najlepsze miejsce i najlepszy czas w historii moich występów w PMNO!

Trzeba jednak przy tym pamiętać, że czasy na PMNO są zupełnie nieporównywalne, bo trasy mają od 45 do nawet 65 km (tym razem zrobiłem 48,9 km, ale na mecie był ktoś, komu zegarek pokazał 47,6 km), a na to, jak szybko da się biec wpływ ma wiele czynników. Dość powiedzieć, że zdarzają się zawody, w których nikt, nawet zwycięzcy, nie schodzą poniżej 10 godzin.

Tu akurat było wyjątkowo łatwo, bo zamiast zimy była piękna wiosna, a jedynym utrudnieniem oprócz błota były przewyższenia, których suma przekroczyła 600 metrów. Gdyby na polnych drogach zalegało pół metra śniegu, o takich czasach nie byłoby mowy. Tymczasem warunki pogodowe i zupełny brak trudności nawigacyjnych (aktualna i dokładna mapa i łatwo (chwilami zbyt łatwo!) rozmieszczone punkty kontrolne) sprawiły, że można było skupić się na bieganiu. Po Nocnej Masakrze, która przebiegała pod znakiem błądzenia po lasach z niedokładną mapą, właśnie czegoś takiego było mi potrzeba. Szybkiej trasy, na której mógłbym sobie pobiegać.

Mapa z naniesionym śladem z Garmina.
Zielonym kolorem bieg, żółtym trucht, a na czerwono marsz i postoje (link do mapy w wysokiej rozdzielczości)

Tempo udało się utrzymać niemal przez cały dystans, podejrzewam, że gdyby trzeba było się ścigać na ostatnich kilometrach, to byłbym w stanie pobiec je poniżej 5 min/km, bo zapas w nodze był. Co więcej, dzień po zawodach nie odczuwam nadmiernego zmęczenia. Ot, czuję w nogach, że zrobiłem 50 km, ale nie są to bóle przekraczające odczuwanie bardzo intensywnego treningu w terenie. To świetna wiadomość, bo oznacza, że mogę startować w PMNO nie burząc przy tym przygotowań maratońskich.

Gdyby nie fakt, że dziś i jutro kibluję pod kocem z ciężkim przeziębieniem (oczywiście gdy adrenalina odpuściła to wzięło mnie ze zdwojoną siłą:/), pewnie poszedłbym potruchtać. A tymczasem cieszę się, że są dwa dni wolnego i mam nadzieję szybko się wykurować, bo w sobotę trzecia runda Falenicy i nie wpada pobiec jej wolniej niż tydzień temu:)

Stats&hints Maraton Pieszy na Orientację – Ełcka Zmarzlina
Wynik: czas 5:17; 4/ok. 100 miejsce w klasyfikacji open;
Warunki pogodowe: od 1-2 stopni na starcie (9:00) do 7-8 po południu gdy zza chmur wyszło słońce, wiatr lekki;

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Roclite 295+stuptuty krótkie Inov-8 Debrisgaiter 32; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; spodnie Dobsom R-90, koszulka Icebreaker Merino, koszulka techniczna z długim rękawem Kalenji, dwa buffy (jeden na szyi, drugi na głowie), kurtka Tchibo (zdjęta po pół godzinie), rękawiczki polarowe Kalenji, Garmin 910 XT; kompas Silva Ranger.

Jedzenie/picie: 2 musy owocowe Aptonia + 2 małe żele Isostar z BCAA + 2 chałwy + 1 baton Challenger + banan; 2 l izo w bukłaku (zostało ok 1l). Do mety dotarłem najedzony i bez poczucia pragnienia.

Dla zainteresowanych zapis z Garmina w serwisie Endomondo:

Ten, w którym nie warto biegać. Nocna Masakra 2013

Za każdym razem tak samo. Biegniemy, wyprzedzamy i czesząc czekamy. Biegniemy, wyprzedzamy i czesząc czekamy. Oczywiście, że mam ochotę zejść z trasy, ale przecież nie po to telepałem się 530 km przez nasz piękny kraj, by się poddać, więc napieramy.

Podczas Nocnej Masakry miałem zadebiutować na dystansie 100 km. Borman mnie namówił, a takiemu gościowi to się nie odmawia, więc się zapisałem. Ale Borman się pochorował i wiadomo było, że na NM nie pojedzie, więc przepisałem się na dystans 50 km. I niech mnie kule biją, ale lepszej decyzji podjąć chyba nie mogłem, bo NM była najtrudniejszymi zawodami, w jakich kiedykolwiek startowałem, na co złożyło się wiele czynników.

Warunki na trasie
Wymieniankę należałoby zacząć od warunków, jakie panowały na trasie w okolicy Ińska. Zdecydowana jej większość prowadziła przez tereny leśne, co w tym wypadku równało się błotnistej brei. Miejscami błoto było takie, że w ogóle nie dało się biec. Zabawę utrudniała bardzo gęsta mgła, która miejscami ograniczała widoczność do 10 metrów. Snop czołówki (Nocna Masakra, jak sama nazwa wskazuje to impreza nocna – start miał miejsce o 16:15) zamieniał okolicę w mleko i miejscami lepiej widać było bez światła.

Nieaktualna mapa
Organizatorzy rajdów na orientację mają dwa podejścia: albo starają się dostarczyć jak najbardziej aktualną mapę, która w możliwie największym stopniu oddaje rzeczywistość, albo wręcz przeciwnie – wyszukują mapy sprzed kilkudziesięciu lat, których aktualność pozostaje wiele do życzenia. Czasem też dany obszar po prostu aktualnych map nie ma i tak było właśnie w przypadku Ińska (tak przynajmniej twierdzą organizatorzy;)). Poziom zgodności mapy Nocnej Masakry z rzeczywistością był tu wyjątkowo niski. Były więc nie tylko drogi, których nie ma na mapie, ale i dodatkowe zbiorniki oraz cieki wodne.

Zabawa w chowanego
Budowniczy trasy na Nocnej Masakrze 2013 postawił sobie chyba za punkt honoru w jak największym stopniu utrudnić uczestnikom znalezienie punktów kontrolnych. Punkty umieszczano na drzewach, które nijak nie były charakterystyczne i poszukiwanie PK sprowadzało się do sprawdzania dookoła każdego drzewa w okolicy. Dookoła dlatego, że punkty były kartkami papieru formatu A4 przyklejonymi do drzewa, mogło więc zdarzyć się tak, że patrząc na dane drzewo, nie widziało się punktu przyklejonego z drugiej strony.

W efekcie Nocna Masakra wyglądała dość osobliwie. Z bazy ruszyliśmy (znów z Kubą Runowskim) po kilku minutach analizowania mapy (choć jak dziś patrzę, to wybraliśmy zły wariant, lepiej było polecieć pętlę odwrotnie do wskazówek zegara, bo tam znałem okolice pierwszego z punktów) i spokojnie truchtając zaczęliśmy doganiać i wyprzedzać grupy piechurów. Sprawnie dobiegliśmy w okolice pierwszego na naszym przebiegu PK5 i… dupa. Łazimy po mieście, odmierzamy, celujemy kompasami i nic. Po 10 min. Dochodzą kolejne osoby, po 20 kolejne… jest nas coraz więcej, ale punkt nadal pozostaje w ukryciu. Czeszemy, czeszemy i w końcu jest, znalezione! Kolejka do podbicia, rzut okiem na mapę i ruszamy.

Znów tak samo. Wyprzedzamy piechurów, docieramy w okolice punktu i szamoczemy się parę minut. Przy PK4 (stara sosna na przełęczy) zrobił się wręcz mały tłum, a poszukiwanie punktu zajęło nam niemal godzinę. 15, a może i 20 osób czesało las i w końcu Szymon Szkudlarek (późniejszy zwycięzca zawodów) go namierzył. Ufff. We mnie zaczynała narastać frustracja taką zabawą.

Za każdym razem tak samo. Biegniemy, wyprzedzamy i czesząc czekamy. Biegniemy, wyprzedzamy i czesząc czekamy. Oczywiście, że mam ochotę zejść z trasy, ale przecież nie po to telepałem się 530 km przez nasz piękny kraj, by się poddać, więc napieramy.

Ta mina wiele mówi.. ;) / fot. Sz. Szkudlarek

W mojej ocenie budowniczemu trasy można zarzucić niejednoznaczne rozmieszczanie punktów (punkt nazwany „stara sosna na przełęczy” był bardzo niejednoznaczny, bo „przełęczy” było tam co nie miara, podobnie „drzewo na szczycie” czy „drzewo nad jeziorkiem” – na mapie było jedno jeziorko, w rzeczywistości kilka, a drzewo z PK wcale nie znajdowało się nad największym z nich.

Trzeba jednak oddać budowniczemu, że zasłużył na złoty medal jeśli chodzi o krajoznawcze walory trasy. Niesamowite pozostałości po budowanej przed dziesiątkami lat przez III Rzeszę autostradzie Berlince, czy ruiny domów odnalezione w środku lasu to miejsca, które zapamiętuje się na długo. Wrażenie sprawiały także nieprzebyte bagna, czasami ich obejście zajmowało ładnych kilkanaście minut. Zdarzało nam się też zatrzymać gdzieś i stwierdzić: „kurde, tu na pewno jest ładnie, szkoda, że nic nie widać”. Fajnie byłoby połazić po tych okolicach za dnia i bez mgły;)

Gdzieś za połową trasy wreszcie jako-tako wyczuliśmy mapę i zaczęliśmy sensownie nawigować (a może punkty były łatwiej ustawione?), w efekcie PK1, 1 i 3 znaleźliśmy bez większego problemu i na dobre zostawiliśmy piechurów z tyłu. Dzięki informacjom od innych uczestników wiedzieliśmy, że nikt nie dotarł jeszcze z kompletem PK do mety, a wielu znamienitych zawodników zrezygnowało z napierania. Takie informacje dodawały sił.

Na tej fotce widać, jak przydatne są odblaski podczas biegania w nocy / fot. Sz. Szkudlarek

Wtedy, patrząc na czas, który pozostał nam do limitu (15h), zdecydowaliśmy się odpuścić najdalej na północny wschód wysunięty PK10 (i była to chyba dobra decyzja, bo ponoć był bardzo trudny do znalezienia) i zbierając po drodze PK12 pomknąć do mety. Nie da się jednak ukryć, że po 13-14h trasy człowiek ma nieco dość i umysł nie do końca sprawnie działa. Niestety, okrążając Jezioro Ińsko popełniliśmy błąd, nie zauważając skrętu bardziej na południe wzdłuż brzegu (była jakaś 5:30 nad ranem…) i poszliśmy złą drogą.

Mimo kręcenia się po lesie przez dobrych kilkanaście minut lub więcej, punktu nie namierzyliśmy, bo było to po prostu niemożliwe – znajdował się kilkaset metrów bliżej w stronę jeziora… Wtopa polegała na tym, że parę chwil później po ponownym dotarciu w okolice wody powinniśmy rozkminić, że coś jest nie tak i namierzyć się na punkt od drugiej strony, ale szare komórki były już wtedy na wakacjach.

Do mety doturlaliśmy się po 14 godz. I 37 min. od startu, mając w nogach 62 km. Ostatecznie dało nam to 8-9 miejsce, co generalnie oddaje mój poziom startów w PMNO w tym roku – we wcześniejszych zawodach zajmowałem odpowiednio 10., 7. i 7. miejsce. Na liście wyników znalazło się 97 osób, więc w 10 proc. najlepszych udało się zmieścić:)

Czy mogło być lepiej? Wymiękali dużo mocniejsi ode mnie, więc i tak nie mam powodów do narzekań, głowa wygrała, nie poddałem się i to jest najważniejsze. Jedyne co, to szkoda tego ostatniego PK12, bo był on spokojnie do wciągnięcia. Ale w końcowej klasyfikacji nie dałoby to zbyt wiele, awansowalibyśmy na 7. miejsce.

Za słabym nawigatorem jestem, by sobie w tak trudnych zawodach poradzić sobie lepiej. Mapa była bardzo nieaktualna, a punkty poumieszczane tak, by ich znalezienie było trudne. Dość powiedzieć, że połowa zawodników nie odnalazła nawet 6 z 12 punktów kontrolnych i wróciła do bazy. Ekstremalne doznania potęgowały trudne warunki – mgła, ciemności, deszcz, a miejscami słabo przebieżny las. Nocna Masakra w pełni zasługuje na swoją nazwę, to zawody bardzo trudne pod każdym względem.

O ile trudności terenowe czy pogodowe tylko dodają zabawie smaku, to już zabawa budowniczego z uczestnikami w chowanego odbierała mi radość z biegania. No właśnie, bo biegania było tam niezbyt dużo i, jak pokazuje nasz przykład, praktycznie biegać się nie opłacało. Wygrały osoby, które prawie cały czas maszerowały, a nasze podbieganie nic nie dawało, bo czesaliśmy las i piechurzy nas doganiali.

Komuś może się to podobać, a komuś nie. Ja wolę takie imprezy jak IWW czy Mazurskie Tropy, gdzie punkty umieszczane są jednoznacznie i można pobiegać, ot kwestia gustu. Nie mam żadnych zastrzeżeń do organizacji, bo atmosfera była super (a jedzenie smakowało wybornie!), a punkty nie znikały (jak na Funeksie). Po prostu Nocna Masakra to typ rajdu, który nie do końca mi odpowiada.

Ciekawostką jest, że zrobiłem 62 km, włóczyłem się po lasach ponad 14,5 godziny i… nic mnie w niedzielę nie bolało. Mimo kilkakrotnego zamoczenia stóp i kilogramów błota, które przeniosłem na butach nie zrobił mi się nawet jeden odcisk, a w niedzielę czy poniedziałek nie bolał nawet jeden mięsień czy ścięgno. To kolejny znak-sygnał, że z formą w sumie chyba jest nieźle. Zamierzam sprawdzić ją już wkrótce, 4 stycznia wystartuję w pierwszym PMNO sezonu 2014 – Ełckiej Zmarzlinie. Z kim się widzę?:)

Stats&hints XII Ekstremalny Rajd na Orientację „Nocna Masakra 2013”
Wynik: czas 14:37; 8/97 miejsce w klasyfikacji open;
Warunki pogodowe: od 1-2 stopni na starcie (16:15) do 3-4 stopni w nocy; miejscami lekki deszcz, często mgła.

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Roclite 295+stuptuty krótkie Inov-8 Debrisgaiter 32; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; spodnie Dobsom R-90 Winter, dwie koszulki techniczne z długim rękawem (Crivit i GoSport), dwa buffy XXX (jeden na szyi, drugi na głowie), kurtka Tchibo, rękawiczki polarowe 4F, Garmin 910 XT; kompas Silva Ranger.

Jedzenie/picie: 2 musy owocowe Aptonia + 3 chałwy + 2 batony Vitarade + pączek; 2 l izo w bukłaku (zostało 0,5l).

Dla zainteresowanych zapis tracka z Garmina:

Ten, w którym psy szczekają, a karawana jedzie dalej, czyli Izerska Wielka Wyrypa 2013

Schodząc z pól od PK8 natrafiamy na problem w postaci ogrodzeń. Cóż, czasem trzeba przejść przez czyjeś podwórko. Przeprosimy, pozdrowimy i jakoś będzie. Kuba: „Ten dom wygląda na opuszczony, w niektórych oknach nie ma szyb i nie widać żywej duszy.” Siup przez siatkę i truchtamy po podwórku. „Hau, hau, hau!!!” z drzwi wylatuje czworonóg wielkości co najmniej owczarka! A my dzida do bramy, którą przeskakujemy w biegu! Po drugiej stronie lądujemy jakieś pół sekundy nim pies dopadł naszych łydek, ufff…

Organizatorzy IWW postanowili uniknąć zamieszania z rozdaniem map i te czekały na nas 1,5 km od startu, gdzie trzeba było dobiec pod górkę. Stawka się więc rozciągnęła i tłoku nie było. Głupi Krasus, zamiast sobie siąść i dokładnie zaplanować trasę, poleciał jak kuna rowem do PK2. Towarzyszem doli i niedoli znów Kuba Runowski, który staje się moim ulubionym współnapieraczem. Pierwsze 20km trzasnęliśmy w jakieś 2:40, rewelacja! W głowie myśli o tym, że czas poniżej 8h jest realny i może jakieś miejsce w okolicach pudła?

Lwówek Śląski to bardzo ładne miasteczko z awangardowym rozwiązaniem architektonicznym. Rynek z XVI-wiecznym ratuszem otoczono tam… blokami mieszkalnymi. Socrealizm, hej!

Szkoda tylko kurde, że zamiast po drodze do punktu odżywczego w miejscowości Wleń (wiecie, że to jedno z najstaszych miast w Polsce? Prawa miejskie ma od 1214 roku, a swego czasu mogło nawet bić złote i srebrne monety) zaliczyć umiejscowione na środku mapy PK8 i PK5, zostawiliśmy sobie je na później.
Ciała daliśmy też przy podejściu na szczyt Łopata, który zaatakowaliśmy od najbardziej stromej strony. Mając jako alternatywę łagodne podejście, włazimy pod jedną najbardziej stromych skarp pod jakie kiedykolwiek wchodziłem, brawo chłopaki, brawo! Patrzeć na poziomice, patrzeć na poziomice, patrzeć na poziomice – proste, nie?

Odcinek specjalny na dokładniejszej mapie do BnO idzie całkiem sprawnie, choć po wyjściu z niego, przed PK8 trafiamy na jednej z polnych dróg na przeszkodę nie do przejścia w postaci dość agresywnie nastawionego psiaka rasy mi nieznanej. Spotkanie kończy się wycofem (naszym, nie psim) i pocięciem na azymut, co w końcu na złe nam nie wychodzi, bo oszczędzamy kawałek dystansu. Aczkolwiek cięcie po niektórych polach było mało wygodne, bo pozostałe po żniwach grube badyle znacznie utrudniały bieg.

Schodząc z pól od PK8 natrafiamy na problem w postaci ogrodzeń. Cóż, czasem trzeba przejść przez czyjeś podwórko. Przeprosimy, pozdrowimy i jakoś będzie. Kuba: „Ten dom wygląda na opuszczony, w niektórych oknach nie ma szyb i nie widać żywej duszy.” Siup przez siatkę i truchtamy po podwórku. „Hau, hau, hau!!!” z drzwi wylatuje czworonóg wielkości co najmniej owczarka! A my dzida do bramy, którą przeskakujemy w biegu! Po drugiej stronie lądujemy jakieś pół sekundy nim pies dopadł naszych łydek, ufff…

Przed PK5 kolejna wtopa: źle wybieramy ścieżkę od miejscowości Pławna Dolna (na tej złej kolejny pies – tym razem mały jakiś, więc idziemy) i nad rzekę Kwilicę docieramy w złym miejscu. Zawiodło wyznaczanie odległości, ale jak patrzę na zdjęcie satelitarne, to na oko nie mieliśmy szans zobaczyć właściwej ścieżki, bo zaczynała się jakby za gospodarstwem. Trzeba było dokładnie zmierzyć dystans. Nad rzeczką miotamy się tam trochę w lewo i w prawo, bo nie wiemy, gdzie dokładnie jesteśmy. W końcu idziemy wodą (ulga dla zmęczonych stóp) w górę nurtu (czyli w lewo) i docieramy do PK, gdzie czekają znajomi Kuby. Tam chwila oddechu, kilka fotek i napieramy dalej.

==== ==== ====
Podoba się relacja? No to szybki przerywnik, bynajmniej nie reklamowy! Przypominam, że razem z Bo i Wybieganym robimy akcję pomocy 4-letniemu Bartkowi, który walczy z rakiem. Bartek to nie jakieś obce dziecko, tylko chrześniak Kuby, naszego kolegi blogera, więcej o Bartku tutaj (kliku-kliku), a o akcji tutaj (kliku-kliku). Przypomnę tylko, że pomagając Bartkowi nabywacie losy, a wylosować można nie byle co, bo duży przegląd rowerowy w najlepszym serwisie w Warszawie, bidon wypełniony makaronem, mającego właściwości magiczne kucyka na kierownicę oraz… Patelnię nad patelniami! Do dzieła Wyrypowicze, bo wiem, że wielu z Was pewnie to czyta:)
==== ==== ====

I następuje największa wtopa tego dnia. Nie łapiemy odpowiedniej dróżki i nadkładamy dobre 2-3 kilometry. Szczęście w nieszczęściu, że zupełnym przypadkiem trafiamy na punkt odżywczy trasy 20-kilometrowej, który w sumie ratuje nam tyłek, bo w bukłakach króluje pustka, a z samochodu łapiemy nie tylko wodę, ale i banany oraz pyszną drożdżówę. Docieramy w końcu do asfaltu i po raz kolejny spotykamy mijanego wcześniej kilka razy Michała Szczęsnego, z którym napieramy dalej. Przy PK6 znów chwila zawahania, ale w końcu udaje się odnaleźć właściwy strumień i, trochę dookoła, lecimy do PK4. Lampion znajdujemy bez problemów i podejmujemy decyzję o tym, że na PK3 wejdziemy na azymut. Kompas w łapę i jazda. Udaje się bez większych problemów, podobnie jak PK1, przed którym znów łączymy siły z Michałem. Tu już koncentracja była na najwyższym poziomie, szkoda, że zabrakło tego wcześniej.

Przed metą jeszcze tylko punkt XX, który organizatorzy wyznaczyli jako ostatni do zaliczenia. Chodziło o to, by bezpieczną drogą wrócić na metę. Wybieramy wariant asfaltem, bo jest pewniejszy nawigacyjnie i szybkościowo. Kuba opada z sił, parę minut później także Michał i zostaję sam na placu boju, biegnąc poniżej 5:30 na kilometr. Na XX znów włażę z kompasem przez las pod górkę i trochę szczęśliwie, ale w sumie bez problemów podbijam ostatni punkt. Potem już pędem do Lwówka i do mety, na której melduję się z oficjalnym czasem 10:07:10. O kilka sekund przegrałem z innym zawodnikiem, ale nie miał on wszystkich punktów i w sumie niepotrzebnie ostatnie kilkaset metrów grzałem po 4:30-4:40 goniąc go;)

Na ostatniej prostej nigdy nie wychodzę korzystnie;) 

Na mecie relaks. Żony to jednak potrafią załatwić wszystko.
W lodówce w bufecie czekało na nas zimne piwko…

…które tak mi zasmakowało, że do domu wróciłem z całą skrzynką,
starczy na co najmniej miesiąc!
(oby…)

W IV Ekstramlanym Rajdzie na Orientację Izerska Wielka Wyrypa zająłem siódme miejsce na 111 startujących. To mój najlepszy wynik odkąd dwa lata temu zadebiutowałem w pieszych maratonach na orientację (PMNO) na dystansie 50 km. Owszem, byłem już siódmy na Mazurskich Tropach i ósmy na Azymut Oriencie, ale tam startowało odpowiednio 46 i 16 osób. Mamy zatem niezły wynik, a ja… narzekam, marudzę i znów czuję niedosyt! Mam bowiem poczucie, że stać mnie na więcej, a kilka błędów nawigacyjnych kosztowało mnie dobre 45 minut, jeśli nie więcej.

A na pamiątkowej fotce trzy blogiery:
Michał Kołodziej (Dajcie mi wygrać!), Marcin Kargol (Don’t stop me now!), no i ja.
Trzy? A nie dwa? No tak, Maniek jest z nami przez telefon, bo nim dotarliśmy do mety,
on wylądował już w domu;)

Tak, większość uczestników nie zdołało w ogóle zebrać wszystkich punktów, wielu naprawdę mocnych zawodników nawet nie ukończyło zawodów, bo odwodnili się na trasie i musieli zostać zwiezieni. A ja je ukończyłem i do końca miałem siłę biec, to powód do zadowolenia. Ale kolejne błędy nawigacyjne powodem do dumy już nie są i mam nadzieję w końcu je wyeliminować. Znów zabrakło mi głowy do tego, by przed startem siąść na pięć minut i dokładnie przeanalizować mapę, zaplanować kolejność zaliczania PK (nie była oczywista) i mniej-więcej trasy pomiędzy nimi. Następnym razem, obiecuję, obiecuję!

To była dla mnie trzecia edycja Izerskiej Wielkiej Wyrypy i znów się nie zawiodłem. To prawie doskonale zorganizowana impreza (choć była i niewybaczalna wtopa, o niej za chwilę), z ciekawymi trasami, przepiękna widokowo i z bardzo fajnym klimatem. Organizatorzy zadbali o wiele detali, na trasie rozstawiono punkty odżywcze (arbuzy, pomarańcze, banany, ciastka i woda), a na mecie czekał ciepły i bardzo smaczny posiłek. No właśnie, to ta wtopa. Okazuje się, że dla wielu osób posiłku nie starczyło. Nie potrafię zrozumieć jak to się stało, bo przecież wiadomo było, ilu uczestników się pojawi, a każdy w pakiecie dostał kupon na posiłek regeneracyjny, ale ci co na metę dotarli po 14-15 godzinach już ciepłego jedzenia nie dostali.

Mapa Izerskiej Wielkiej Wyrypy 2013 z naniesionym naszym przebiegiem.
Polecieliśmy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, zielony kolor tracka do bieg, czerwony marsz.

Stats&hints IV Ekstremalny Rajd na Orientację Izerska Wielka Wyrypa
Wynik: czas 10:07:10; 7/111 miejsce w klasyfikacji open;

Warunki pogodowe: rano 14-16 stopni, za dnia do ok. 30 st., patelnia

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Roclite 295+stuptuty; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; spodnie Dobsom R90 (nigdy więcej w krótkich spodenkach na PMNO!), koszulka techniczna z Lidla, czapeczka z daszkiem Nike; Garmin 910 XT; kompas Silva Ranger

Jedzenie/picie: 2 żele + 2 batony + 2 chałwy + ciastka i owoce na punkcie odżywczym; 2 l izo w bukłaku +3 l dolane na punkcie.

Pod względem sprzętowo-żywieniowym spisałem się idealnie, niczego bym nie zmienił:)

Ten, w którym boli, czyli relacja z Mazurskich Tropów

- 3 km do mety, biegniemy!
Tup, tup, tup.
- Chłopaki, ja Was przepraszam, ale nie mogę, zaraz zemdleję, biegnijcie sami…
- Bambus, przecież Cię tu nie zostawimy, bo jak padniesz, to nie wiadomo, kiedy Cię tu ktoś znajdzie. Idziemy.
- Jest z górki, spróbuję biec.
Tup, tup, tup.
- Nie mogę, mam mroczki przed oczami, zaraz się przewrócę…
- Ok, to maszerujemy. Do ostatniej prostej dotrzemy razem, a potem ogień do mety, jeśli padniesz to po Ciebie wrócimy po dotarciu do mety.

Nadchodzi ostatnia prosta… POSZLI!

Paweł rusza z kopyta, ale kopyto odmawia mu posłuszeństwa i zawodnik ląduje na glebie! Na prowadzenie wychodzi Krasus, który szybkim manewrem wymija podnoszącego się piorunem z ziemi rywala. 300 metrów do mety, Paweł rozpędza się, osiąga drugą nadświetlną, że też Państwo tego nie widzą, i po kilkunastu sekundach wraca na pozycję lidera! Co za walka, dłuższe nogi dają przewagę aktualnemu liderowi, jednak Krasus trzyma się metr-dwa za nim i nie traci dystansu. Widać już metę, kibice szaleją, konferansjer zagrzewa finiszujących do walki. Krasus dostrzega NKŚ, co zawsze dodaje mu sił. Zastrzyk adrenaliny dociera do krwi w idealnym momencie. Ostatni zryw i wyprzedzenie rywala! Kwito krzyczy do mikrofonu imię aktualnego lidera wyścigu (nie zapomniał też o nazwie bloga, brawo!;), a ten na ostatnich nogach wpada na metę z czasem 9:10:03, o 5 sekund wyprzedzając następnego zawodnika.

Choć mogłoby tak wyglądać, to nie relacja z biegu na 60 lub 100 metrów, a z finiszu maratonu na orientację Mazurskie Tropy na dystansie 50 km, na którym w/w natrzaskali ponad 62km. Przyznaję, nie wiem, skąd miałem siły na ten finisz…;)

Ale po kolei.

W trakcie rozgrzewki odgryzam ustnik od bukłaka. To dobra, czy zła wróżba?;) „Przez końcówkę plastikową da się pić, jakoś to będzie.” – z tą myślą ruszam w trasę. Pierwsze kilometry tradycyjnie w tramwaju. Generalnie napieram z Kubą i Mańkiem, ale jak to zwykle po starcie – jest dość ciasno. Staramy się trzymać tempo biegu ok 5:10-5:30. Od dwusetnego metra czuję kolkę (znów!), na szczęście po pół godzinie ból mija.

Przygotowania do startu, każdy miał ambicje / fot. MO-K

Mniej nas coraz, Polaków
Na dojściu do punktu przy Jeziorze Pisz zaczynają się bagna. Jesteśmy aktualnie w piątkę, oprócz Kuby i Marcina jeszcze Bartek i Paweł, którzy przewijać będą się przez całe zawody. Kuba idzie pierwszy, ma jakiś talent do darcia przez moczary, bo kompletnie za nim nie nadążamy. Tracimy kontakt wzrokowy, utrzymujemy więc się na wołanie. Po chwili tracimy i kontakt dźwiękowy. Reszta grupy zostaje powstrzymana przez buta Mańka, który został w bagnie. Na szczęście właścicielowi udaje się go wydobyć i założyć. Podejmujemy decyzję o wycofaniu i obejściu bagna. Napieramy przez pole pokrzyw, które zamieniają nasze nogi w czerwone poparzone coś. Kuby ani widu ani słychu. Trudno, ciśniemy we czwórkę. Gadka-szmatka i… nie ma Mańka. No jasna cholera, zniknął?! Wracam się do ostatniego zakrętu, wołam – nie ma. Wsiąkł jak kamfora.

Maniek, ale weź, gdzie Ty zniknąłeś i dlaczego? Szczególnie, że patrząc na tracki, to raczej poszedłeś tam gorzej niż lepiej;)

No trudno, zostaję z Bartkiem i Pawłem, w głowie pojawia się tytuł blogonotki „Ten, w którym chłopaki znikają”, bo w ciągu pół godziny zniknęło mi dwóch kolegów, z którymi myślałem, że ukończę ten rajd. Podejrzliwie patrzę na Bartka i Pawła, czy czasem za chwilę i oni nie znikną. Kolejny PK jest na górce, pod którą znajdujemy Kubę. Okazuje się, że zamokła mu mapa i nie wie, jak szukać punktu. Razem włazimy na górę i znajdujemy PK. W oddali chyba miga mi czapeczka Mańka, ale wygląda jakby podążał w kompletnie innym kierunku niż wskazuje mapa i idziemy my.

Zagubiłem się w mieście, po raz kolejny
O, jest droga. Prowadzi w dobrym kierunku (południowy-wschód), napieramy. Mija kilka minut i kompas wskazuje kierunek zachodni, coś jest nie tak. Ale zamiast zawrócić, przemy jak głupki w złą stronę. Potem na chwilę wracamy na dobry tor, a w końcu odpierniczamy taki kosmos, że głowa mała. Motamy się raz w jedną, raz w drugą stronę, brakuje kogoś, kto by to towarzystwo postawił do pionu. Track z GPS pokazuje, że zrobiliśmy zbędnie około pięciu-sześciu kilometrów, pewne miejsca odwiedzając po dwa razy. A kolejne poletka pokrzyw ze trzy razy. Nadal boli.

I fizycznie i psychicznie. Cztery osoby i żadna nie miała na tyle jasnego umysłu, by zorientować się, gdzie jesteśmy. W końcu się ogarniamy. Z zaklętego kręgu wychodzimy po około 1:15, dramat. Mam serdecznie dość. Pierwszy raz w zawodach na orientację mam ochotę rzucić mapę w diabły i wycofać się. Ale by niektórzy mieli używanie. O nie…

Mili Państwo, tak się nie nawiguje;)

Pełna koncentracja i napieramy dalej. W 4-os. grupie pojawia się trochę frustracji związanej z megawtopą i się rozdzielamy. Bartek z Pawłem wybierają opcję dróg leśnych, a Kuba i ja ciśniemy wzdłuż linii energetycznej. Niestety, to oznacza kolejne pokrzywy i chaszcze. Kilka razy, gdy jakaś sucha gałąź przejeżdża mi po poparzonej i zakrwawionej już nodze, mam łzy w oczach i chce mi się wyć.W końcu docieramy do umiejscowionego w Pajtuńskim Młynie punktu żywieniowego (zbawienie, bo bukłak już pusty, a pogoda nie sprzyja bieganiu o suchym pysku).

Łydki i piszczele cholernie bolą, marzę o schłodzeniu ich wodą. Przy młynie jest dostęp do wody, przemywam bolące nogi i… boli jeszcze bardziej. Mam serdecznie dość. Psycha siada, bo przy wodopoju spotykamy piechurów. Osoby, które cały czas idą wyprzedzały dotąd „biegaczy”, którzy nie potrafią ogarnąć się z mapą. Masakra. Gdy ruszamy z Kubą z punktu, dochodzi do niego Maniek, jego nogi też nie wyglądają dobrze.

Posiłek w punkcie żywieniowym:) / fot. Szymon Szkudlarek

A tymczasem Kuba słabnie. Z Młyna ruszamy jeszcze razem, dociągam go do PK9, ale wyraźnie nie ma siły biec i się rozdzielamy, napieram sam. Na 45. kilometrze najładniejsze miejsce na całej trasie: droga na wzgórzu pomiędzy dwoma jeziorami, aż się zatrzymuję na kilka chwil. Przepięknie… Kwito, szacun za tę miejscówkę, zaniemówiłem!

Tu bóbr, tam bóbr…
Wyprzedzam kilka kolejnych osób, w oddali migają mi Bartek i Paweł. Zastanawiam się, czy do ostatniego punktu ciąć przez las (pokrzywy…), czy może obiec dookoła drogami. Widzę, że Bartek i Paweł idą prosto, lecę więc za nimi, szybko ich doganiając. Szukamy sensownego wejścia w las, pokrzywy skutecznie nas wyganiają z kilku miejsc. W końcu się wbijamy i przedzieramy trochę na czuja. Nie wiem, czy „głupim zawsze sprzyja szczęście”, czy może „szczęście sprzyja lepszym”, ale gdzieś między drzewami Bartek zauważa samochód, a skoro jest samochód to musi być droga. Początkowo podejmujemy złą decyzję o kierunku podążenia nią, ale Paweł rozgryza system i lecimy na północ, do ostatniego PK. Ten łapiemy bez problemu i wystarczy dostać się do bazy.

Brzmi łatwo, ale… drogę blokuje nam wielkie rozlewisko, w którym żyją bobry, czego ślady widać na pozwalanych drzewach. Nikomu nie uśmiecha się wchodzić do takiej stojącej wody o niewiadomym dnie i głębokości. Żadne z powalonych drzew nie wygląda, jakby można było po nim przejść. Idziemy kawałek w prawo, rozlewisko zdaje się nie mieć końca, decydujemy więc o obejściu lewą stroną. A wystarczyło podejść jeszcze kilkanaście metrów i było tam drzewo, którym dało się rozlewisko pokonać suchą stopą, ale o tym dowiedzieliśmy się kilka godzin później… Przez to rozlewisko nadkładamy kolejnych kilka kilometrów i dopiero przez Kaplityny, potem wzdłuż głównej drogi DK16, dostajemy się do Barczewa…

A jak wyglądały ostatnie kilometry, już wiecie.

Pełna moc na ostatnich metrach, mając 63,5 km w nogach! / fot. MO-K

Na mecie zimne piwko dla każdego (brawa dla organizatorów), drożdżówki (brawa dla organizatorów), banany (brawa dla organizatorów) i smaczny dwudaniowy obiad (brawa dla organizatorów). Była to pierwsza edycja Mazurskich Tropów, ale w mojej ocenie rajd był zorganizowany lepiej niż nie jeden posiadający swoją tradycję. W otoczkę okołorajdową włożono wiele serca, na dodatek było sporo nagród nie tylko dla najlepszych, ale i dla wszystkich innych uczestników, a atmosfera iście sielankowa. No, może trochę psuły ją kleszcze wyciągane z nóg i pleców uczestników (rekordzista zanotował bodaj 11, ja miałem tylko 5;)), bo to jednak stresująca sprawa.

Sielanka na linii mety:) / fot. Szymon Szkudlarek

Trasę pieszą Mazurskich Tropów ułożono ciekawie, z nieoczywistymi wariantami przebiegów, a jednocześnie z dość jednoznacznie rozmieszczonymi punktami. Jedyny minus trasy był taki, że punkty kontrolne nie były zlokalizowane przy jakichś ciekawych obiektach (pod tym względem niedościgniony wzór to dla mnie nadal ubiegłoroczny Azymut Orient), a  najfajniejsze miejsce, w którym był punkt to stare niemieckie mogiły w środku lasu. Hmmm, o ile mogiły można nazwać fajnym miejscem;)

Ale pod względem przyrodniczym było super. Oprócz standardowych zajęcy, wiewiórek czy saren, spotkaliśmy łanię i jakiegoś samca od sarny, takiego z rogami. Wszystko dzięki temu, że trasa prowadziła z dala od osad ludzkich, prawie cały czas po lasach lub ewentualnie polach. No i to rozlewisko bobrów, rzadko człowiek ma możliwość zobaczenia czegoś takiego.

=== === ===
UWAGA, ogłoszenie.
Bo
lubimy i chcemy, by została trzepakiem lipca.Tymczasem ma dziewczyna na zbyciu pakiet startowy na Maraton Gór Stołowych (6 lipca).
Może ktoś coś? Jakby co to (a niech jej będzie…) kliku-kliku.

=== === ===

Stats&hints Mazurskie Tropy 2013

Wynik: czas 9:10:03; 7/46 (tyle osób jest na liście wyników, aczkolwiek na mecie orgowie mówili o 52, które wystartowały) miejsce w klasyfikacji open;

Warunki pogodowe: rano 14 stopni, za dnia do ok. 23 st., trochę chmur, trochę słońca.

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Roclite 295+ stuptuty; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; leginsy 3/4, koszulka Salomon z Biegu Marduły, czapeczka z daszkiem; Garmin 910 XT; kompas Silva Ranger
Jedzenie/picie: 2 żele + 2 batony + 2 chałwy; 2 l izo w bukłaku +2 l dolane na punkcie żywieniowym.

Wskazówki na przyszłość: kupić długie spodnie do biegania latem!

Złoto dla Zuchwałych – zostałem zuchwalcem!;)

Z ostatniego PK8 ruszam ze stratą 2-3 sekund. Młody narzuca ostre tempo, przebiegamy przez mostek i pole w kierunku lasu. Nawet nie zwalniam by spojrzeć na mapę, a czytanie jej podczas biegu w tempie 4:20/km nie jest łatwe;) Powoli zbliżam się do rywala, na granicy lasu jesteśmy już prawie równo, ale ścinka przez las jest nieudana, za gęsty las. Odbijamy z powrotem do drogi. Na niej, ok. 100 metrów przed nami kolejny biegacz, w niebieskiej kurtce, czyli jednak był ktoś przed nami! Widać już budynek bazy, ścinamy na pole, by go wyprzedzić skrótem. Na tym polu, na dystansie kilkuset metrów, rozstrzygnie się kwestia zwycięstwa. Patrzę na zegarek: tętno przekracza 180 uderzeń serca na minutę, tempo zbliża się do 4 min/km, a nie biegniemy przecież po równym asfalcie tylko po zmrożonym polu! Napieram już praktycznie na bezdechu, nogi ledwie przebierają, ale wychodzę na prowadzenie. Młody traci siły i gdy wylatuję na przedostatnią prostą, jest już kilka metrów z tyłu. Nie zwalniam, ostatnia prosta i meta. Wygrałem swoje pierwsze zawody w życiu!:-)

Jak zapewne wielu z Was wie, jestem lokalnym patriotą. Mogę mieszkać w okolicach Warszawy, ale w rytmie serca zawsze są okolice, z których pochodzę. Choć tym naj-naj regionem są Pałuki (które ostatnio całkiem polubiła Ania:)), to z ogromną przyjemnością wracam też w okolice Bydgoszczy, gdzie spędziłem fantastyczne cztery licealne lata. Nie byłem więc w stanie odpuścić organizowanej w Chrośnie imprezy Azymut Orient, która tym razem odbyła się w samym sercu Puszczy Bydgoskiej – między Solcem Kujawskim, a Nową Wsią Wielką (ach, NWW…;)). Ze względu na termin (tydzień przez maratonem w Barcelonie) nie mogłem sobie pozwolić na start w zawodach PMNO na 50 km, postanowiłem więc zrobić ostatni mocniejszy trening przed BCN i wystartować na 20-tce.

Na linii startu trasy P20 zameldowało się raptem 13 osób (z zapisanych 16), więcej chętnych było na trasę P50 (w tym kilku znajomych) oraz na trasy rowerowe. Około 8 rano dostajemy w ręce mapy: format A5, skala 1:50 tys., doskonały wodoodporny papier i – zgodnie z obietnicą organizatorów – cała trasa po lasach. Tylko punktów jakby dużo, bo osiem, a w komunikacie startowym jak wół stoi cztery. No nic, przynajmniej będzie ciekawiej. Szybka analiza trasy i ruszamy. Decyduję się na wariant odwrotny od ruchu wskazówek zegara, czyli 3-6-7-5-4-1-2-8, zostawiając na koniec najbliższy bazie PK8. Z bazy wybiegam drugi, przede mną młody chłopak, który narzuca ostre tempo. Pierwszy kilometr robię w tempie 4:57 i tracę już z 10-15 sekund. Mniej-więcej tyle samo za mną kolejne dwie osoby. PK3 jest na szczycie, szuka go jeszcze jakiś rowerzysta, znajdujemy bez większego problemu. Zejście z górki idzie mi jakoś wolno i jestem nie tylko za Młodym (już na początku w głowie tak sobie nazwałem tego chłopaka, który tak ostro wystartował), ale i za dwójką innych napieraczy. Ruszamy lasem, powoli ich doganiam i wyprzedzam, w oddali co jakiś czas majaczy mi Młody. Trasa jest szybka, ale trudna, bo na leśnych drogach jest trochę śniegu, a miejscami lód i można wywinąć niezłego orła.

Złoto dla Zuchwałych – mapa trasy P20

PK6 i PK7 znajduję bez większego problemu, na przelotach wciąż widzę Młodego przed sobą. Do PK5 mamy dobre 3 km, ale nie zbliżam się ani na krok, mimo że biegnę w tempie poniżej 5 min/km. Dobiegając w okolice PK5 widzę Go wyskakującego z lasu. Patrząc na mapę, punkt powinien znajdować się na granicy kultur. Kręcę się po jakimś zagajniku, punktu nie znajduję. Widzę między drzewami Młodego, czyli jednak też jeszcze szuka. Dobiegają kolejne dwie osoby i jeszcze kolejna i tak kręcimy się w pięciu jak ten smród po d… Bez skutku. Za drzewami znajdujemy pole, może to tam? Ale też nie ma. W końcu ktoś dzwoni do organizatorów, informujemy o sytuacji, podajemy swoje nr startowe i biegniemy dalej. PK4 na granicy lasu znów jest trudny do wypatrzenia. Nie możemy go z Młodym znaleźć, pomagają dwaj kolejni napieracze, udało się. Patrzę na mapę, teraz 2,5 km przelotu do PK1, meta coraz bliżej. Decyzja: do ataku! Ruszam bardzo mocno, szybko doganiam i wyprzedzam Młodego. Biegnę w tempie 4:10-4:20. „To trening interwałowy – szybkie 2,5 km, a potem chwila odpoczynku” – tłumaczę nogom, że muszą dać radę. Młody powoli zostaje z tyłu, ja trochę zwalniam, ale przewaga się utrzymuje. PK1 jest na szczycie górki. Między drzewami widzę lampion, a obok… plecak. Trochę mnie to dziwi, bo wygląda jakby ktoś porzucił go przy punkcie kontrolnym. Po chwili wiem już w czym rzecz, jedna z uczestniczek oddaliła się o kilka metrów, by załatwić potrzebę;) Kulturalnie odwracam głowę i lecę dalej. PK2 jest na jednej z przecinek leśnych na granicy kwartałów leśnych. Z rozpędu mijam jednak przecinkę i tracę dobre kilkanaście sekund na zorientowanie się gdzie jestem, dodając przy tym parę metrów dystansu. Punkt znajduję bez problemu, ale mam wątpliwości, czy to na pewno on, bo zamiast być 15 metrów od skrzyżowania jak mówi mapa, stoi dokładnie przy nim. Rozglądam się parę chwil, nie widzę innego, więc lecę dalej. Młodego z tyłu nie widać. Ale męczę się okrutnie, bo przecinka prowadzi raz w górę raz w dół, trzeba było uciec na równiejszą drogę, ale robię to dopiero pod koniec, zupełnie bez sensu i znów trochę czasu w plecy.

Wybiegam na długą prostą przez pola w kierunku PK8, oglądam się i tuż za sobą widzę Młodego. Chyba wstąpiły w niego nowe siły, bo biegnę ok. 4:30/km a on mnie dogania. Las i kawałek przez pole do PK8 umiejscowionego nad strumieniem. Źle wybieram wariant przebiegu przez pole i przy punkcie jestem drugi. Zdaję sobie sprawę, że przed nami nikogo nie ma, z dużym prawdopodobieństwem walczymy więc o pierwsze miejsce.

Złoto dla Zuchwałych było debiutem nowych butów Inov-8 Roclite 295.
Spisały się na medal, złoty!

Z ostatniego PK8 ruszam ze stratą 2-3 sekund. Młody narzuca ostre tempo, przebiegamy przez mostek i pole w kierunku lasu. Nawet nie zwalniam by spojrzeć na mapę, a czytanie jej podczas biegu w tempie 4:20/km nie jest łatwe;) Powoli zbliżam się do rywala, na granicy lasu jesteśmy już prawie równo, ale ścinka przez las jest nieudana, za gęsty las. Odbijamy z powrotem do drogi. Na niej, ok. 100 metrów przed nami, kolejny biegacz, w niebieskiej kurtce, czyli jednak był ktoś przed nami! Widać już budynek bazy, ścinamy na pole, by go wyprzedzić skrótem. Na tym polu, na dystansie kilkuset metrów, rozstrzygnie się kwestia zwycięstwa. Patrzę na zegarek: tętno przekracza 180 uderzeń serca na minutę, tempo zbliża się do 4 min/km, a nie biegniemy przecież po równym asfalcie tylko po zmrożonym polu! Frunę praktycznie na bezdechu już, nogi ledwie przebierają, ale wychodzę na prowadzenie, Młody traci siły i gdy wylatuję na przedostatnią prostą, jest kilka metrów z tyłu. Nie zwalniam, ostatnia prosta i meta. Wygrałem swoje pierwsze zawody w życiu!:-)

Dowiaduję się, że „Młody” to Fryderyk Pryjma, niespełna 15-latek (!). Choć biegowo okazałem się być trochę mocniejszy, to nawigacyjnie był lepszy ode mnie, praktycznie nie popełniał błędów, a ja kilka zaliczyłem i dlatego mimo ekstremalnego wysiłku na 15. i 16. kilometrze, w końcówce znów byłem na drugim miejscu. Na mecie czekamy na trzeciego zawodnika (w niebieskiej kurtce), ale dość długo go nie ma. Okazuje się, że nie miał zaliczonego PK2, bo wybrał jeszcze inny wariant. Kolejnych kilka minut później (nie wiem ile, bo na stronie nie ma jeszcze wyników) w bazie melduje się kolejna dwójka biegaczy.

Szkoda, że tak fajne zawody zostały spartolone przez błędne rozstawienie punktu. Ponoć na trasie 50-kilometrowej błędy były dwa, więc mieli jeszcze gorzej. Kilku zawodników z P50 dość ostro zrugało organizatorów, ale… cóż, mieli rację. Jasne, że to amatorskie zawody, że to zabawa itd., ale w tym wszystkim jest jednak współzawodnictwo, rywalizacja i jak ktoś podkłada takie kłody pod nogi to można mieć do niego pretensje. Takich problemów nie było jednak w ubiegłym roku na Azymut Orient, mam więc nadzieję, że był to jednorazowy wypadek przy pracy, choć spodziewam się, że na forach internetowych jeszcze się orgom dostanie. Bo takie sytuacje potrafią zniwelować sporo wysiłku. Przed PK5 miałem kilkanaście sekund straty do Fryderyka i kilka minut przewagi nad dwójką kolejnych zawodników, a dalej ruszyliśmy wszyscy razem.

Co tu dużo mówić…:)

Pomijając tę (wszak nie małą!) wpadkę, Złoto dla Zuchwałych było zorganizowane bardzo dobrze. Na mecie ciepła herbata i prysznic, trasa szybka i fajnie krajoznawczo zrobiona (przyznam szczerze, że nie spodziewałem się tylu pagórków w Puszczy Bydgoskiej!), a materiał z którego wykonano mapę był chyba jednym z najlepszych jakie otrzymałem na zawodach na orientację. Mimo gniecenia w dłoni przez 2,5 godziny, mapa nic nie straciła na czytelności, cały czas jest prosta i wszystko doskonale na niej widać. Jeśli strona organizatorów nie kłamie (a, to drugi minus – jej aktualizacja przebiega niezwykle późno:/) to tegoroczny Azymut Orient odbędzie się pod koniec czerwca na Kociewiu. Pewnie większość z Was nie wie, co to i gdzie to – macie więc argument, by tę niewiedzę zmienić, bo warto. To kolejny przepiękny kawałek naszego kraju:)

A najlepszy z tego dnia był powrót do domu rodziców (50 km od bazy). Wysłałem im tylko SMS-a, że wygrałem i za godzinę będę. Wchodzę do domu, a tam wszyscy najbliżsi stoją przy drzwiach, krzyczą, biją brawo i strzela szampan! Zupełnie nie spodziewałem się takiego przywitania i zrobiło mi się tak cholernie miło, że aż musiałem się tym z Wami podzielić.:)

=== === ===

Stats&hints III Złoto dla Zuchwałych 2013

Wynik: dystans 23,3 km; czas 2:23; miejsce 1/13

Warunki pogodowe: -2 stopnie, pochmurnie, w terenie 1 cm śniegu, miejscami lód

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Roclite 295; spodnie Dobsom R-90 Winter,; koszulka termo z długim rękawem + techniczna z krótkim + kurtka Tschibo; Garmin FR305; kompas Silva Ranger

Jedzenie/picie: 1 żel + 1 baton (zjedzony w bazie na mecie) + dwa bidoniki 0,2l z wodą doniesione do mety.

Myślenie, głupcze! (Relacja ze Skorpiona 2013)

PK13 to jedyny na trasie punkt kontrolny, którego nie umieszczono w okolicy wąwozu – czeka na nas na słupie przy moście. Zlokalizowanie go nie sprawia mi najmniejszego problemu, jednak na chwilę tracę koncentrację i po podbiciu robię parędziesiąt metrów na południe, zamiast skierować się na północny wschód. Na szczęście w okolicy jest inny napieracz i jego kierunek biegu daje mi coś do myślenia – szybko orientuję się w terenie i zmierzam w dobrym kierunku. Między budynkami wpadam do wsi Sulmice, przebieżność drogi jest bardzo dobra, więc i tempo udaje się trzymać solidne – staram się biec poniżej 6 min/km. W nogach 20 km, jest mi cudownie. Kocham ten stan, gdy nie czuję jeszcze zmęczenia, wszystko idzie zgodnie z planem i czuję czystą radość z biegania z mapą.

Zaczyna się miejscowość Zawoda, ale jakoś nie zwraca mojej uwagi fakt, że nie ma jej na mapie w okolicy w której (myślę, że) jestem. Parę minut później zauważam „Zawoda” na mapie – kilka kilometrów dalej! Mając jeszcze nadzieję, że to niezgodność rzeczywistości z mapą (wszak ta pochodzi sprzed kilkudziesięciu lat) wchodzę w pierwszy napotkany wąwóz (mimo że zaczyna się on z 400 m od drogi, a nie przy drodze jak wskazuje mapa) i czeszę go w poszukiwaniu punktu kontrolnego. Po paru minutach orientuję się, że niezgodność mapy z otoczeniem jest zbyt duża bym mógł być tu, gdzie sądzę, że jestem, a lokalizacja zabudowań Skierbieszowa dobitnie mówi mi, że dałem ciała i zbędnie naddałem prawie 5 km. Pędzę z powrotem i bez większego problemu znajduję pożądany wąwóz, obok którego raz już dziś przebiegałem.

[KURTYNA]

Na PK9 jest ciepła herbata. Żeby było szybciej, odlewam kilka łyków i kubek uzupełniam zimną wodę – nie chcę się poparzyć. W międzyczasie do ogniska dobiega czwórka zawodników, którzy jak się potem okaże zajęli miejsca 6, 7, 8 i 9. Z PK9 wylatuję pierwszy, do końca zostały tylko dwa punkty, picie w bukłaku mam – nie ma co tracić czasu. Kawałek lecę swoim śladem, za plecami coraz bliżej jest jeden z rywali. Zrównujemy się i… rozdzielamy. Piotrek leci w prawo, a ja w lewo. To dziwne, bo przecież obaj chcemy wpaść na PK10. Uznaję jednak, że się pomylił. Wbiegam w las, znajduję wąwóz i trafiam na punkt – podbijam. Zadowolony z siebie ustawiam azymut na kompasie tak, by wyjść z lasu w pożądanym kierunku i napieram. Las nie jest bardzo gęsty, ale ze względu na śnieg przebieżność jest marna, ciężko szybko maszerować, o biegu nie wspominając.

Las się kończy i… coś się nie zgadza. Powinienem wyjść z niego tak, by skręcić w prawo i wzdłuż skraju lasu polecieć na północ. Tymczasem w prawo jest… południe! Chwila konsternacji. Mapa-kompas, kompas-mapa. Źle ustawiłem azymut i zamiast wyjść z wąwozu na zachód, poszedłem na wschód i wyleciałem po drugiej stronie lasu. Pomyliłem wschód z zachodem! Wkurzony znajduję polną drogę i nią obiegam pechowy las dookoła. Potem okazuje się, że pechowy podwójnie, bo to Piotrek miał rację – trzeba było pójść na prawo, tam też był wąwóz, a ja zebrałem punkt stowarzyszony* i 25 minut kary.

Błąd popełniłem przy wsi Wysokie II, gdzie zamiast drogą na południowy zachód pobiegłem na południowy wschód. Do dziś nie rozumiem, jak mogłem tego nie zauważyć. Dodatkowo „moja” droga prowadziła wąwozem, a na mapie go nie było – to też powinno dać mi do myślenia.

(* – kilka słów wyjaśnienia dla osób mniej zainteresowanych bieganiem na orientację. Taki bieg polega na zaliczeniu punktów kontrolnych naniesionych na mapę przez organizatora. Czasem przygotowywane są jednak „psikusy” w postaci tzw. punktów stowarzyszonych – oddalonych od poprawnych o kilkaset metrów lub więcej i umiejscowionych w podobnym miejscu (np. skrzyżowanie dróg, koniec wąwozu itp.))

[KURTYNA]

W Lubelszczyźnie zakochałem się podczas swojej pierwsze wizyty tam, niemal 10 lat temu. Miłość trwa do dziś, a ubiegłoroczny i tegoroczny Skorpion tylko ją umocniły:)

Powyższe wtopy kosztowały mnie łącznie półtorej godziny lub więcej, przez to w sumie na Skorpionie 2013 naklepałem 64,5 km. A mój wariant trasy powinien spokojnie zmieścić się w 57-58 km. Do tego kilka razy w innych miejscach dałem ciała, ale straty były mniejsze, więc te małe błędy w ogóle pomijam – bo one występują praktycznie zawsze. Wystarczyłoby uniknąć ostatniej wtopy po PK9 i zająłbym nie 10, a 5-6 miejsce. Zdarzały mi się już błędy na imprezach na orientację, mniejsze i większe wtopy i porażki, ale jeszcze nigdy nie czułem takiego wkurzenia na siebie.

Ale nie ma co gdybać – tegoroczny Skorpion, podczas którego rozegrano mistrzostwa Polski w pieszych maratonach na orientację na dystansie 50 km, był imprezą bardzo trudną nawigacyjnie i terenowo i mało kto całkowicie ustrzegł się błędów. Inni też mogliby uniknąć wtop i mnie wyprzedzić przecież;) Bezbłędnie trasę pokonało 17 uczestniczek i uczestników zawodów na 85, którzy dotarli na metę.

W tym świetle ukończenie tych zawodów z kompletem punktów, tylko jednym stowarzyszem i na 10. miejscu wśród mężczyzn jest wynikiem niezłym, by nie powiedzieć, że jednym z najlepszych w mojej „karierze”, choć poczucia niedosytu pozbyć się nie umiem.

Ale są i duże plusy wszystkiego. Na przykład to, że ponad 80 proc. trasy zrobiłem w samotności. Czasem w zawodach PMNO biegnę z kimś (tym razem pierwszych kilkanaście km zrobiłem z Bernardem, ale potem mieliśmy inne warianty w planach i się rozdzieliliśmy), kilka razy biegałem też samemu i to daje znacznie większą satysfakcję. Udało mi się motywować do biegu na każdym etapie zawodów i kondycyjnie w miarę wytrzymałem do samego końca. Nie zawiodła mnie też psychika, choć w momencie uświadomienia sobie wtop miałem napad frustracji. Ale zmotywowała mnie ona do dalszej walki, a nie do rezygnacji.

Warunki do biegania były trudne. Pola i lasy pokrywało wprawdzie nie więcej niż kilkanaście centymetrów śniegu, ale był on od góry zmrożony i zapadał się nie w momencie stawiania na nim stopy, a dopiero przy pełnym obciążeniu, zasysając przy tym buta niczym bagno. Warto było więc wybierać drogi z jak najlepszą przebieżnością, bo tam utrzymanie sensownego tempa było znacznie łatwiejsze. Takie warunki oraz trudna nawigacja zrównywały szanse, piąte miejsce na mistrzostwach Polski naprawdę było w zasięgu, bo do czwartego Pawła Pakuły brakuje mi kosmosu i jeszcze trochę;)

Przed zawodami na forach można było przeczytać głosy sceptyków, że w związku ze śniegiem wszyscy będą biec po śladach liderów i będzie nuda. Tymczasem organizatorzy wprowadzili tzw. scorelauf czyli dowolną kolejność zaliczania punktów. Dzięki temu każdy wybrał swoje rozwiązanie i już na starcie uczestnicy rozbiegli się w najróżniejszych kierunkach. A na mecie – cóż za emocje!

Wyobraźcie sobie: na metę wpada pierwszy Janek Lenczowski, ale dostaje 10 min. kary za zmianę jednego z punktów. Po ośmiu minutach na mecie jest Sebastian Reczek – gdyby był bezbłędny, miałby mistrzostwo Polski w kieszeni! Ale dostaje 35 min. kary i musi czekać na następnych zawodników. Chwilę po nim pojawia się Paweł Pakuła – jest trzeci na mecie, ale ma aż 50 min. kar, więc siedzi i czeka. Po kwadransie w bazie pojawia się Marcin Krasuski. Jest bezbłędny i zajmuje drugie miejsce, choć na metę dotarł czwarty! Czy naprawdę ktoś jeszcze będzie mówił, że XII Skorpion nie zasłużył na rangę mistrzostw Polski?:)

Jedyna wtopa orgów to „regulamin jedenastej” imprezy, podczas gdy był to XII Skorpion, co widać w logo. Nagrodę za spostrzegawczość dostaje Radek :)

Ubiegłoroczny Skorpion ze względu na poziom trudności oraz doskonałość organizacyjną wygrał w moim prywatnym mini rankingu na „Imprezę roku 2012”. W tym roku nie było nic a nic gorzej, więc już teraz mogę z dużą dozą prawdopodobieństwa powiedzieć, że Skorpion był jedną z najlepszych imprez 2013 (jeśli nie najlepszą). Dwa ogniska na trasie, gdzie można się było napić ciepłej herbaty oraz ciepły dwudaniowy posiłek na mecie to wisienki na torcie. Przede wszystkim liczy się to, że trasa była świetnie zaplanowana, a jej wielowariantowość sprawiła, że każdy wybrał swoje rozwiązanie i były to prawdziwe zawody na orientację, a nie gonienie jeden za drugim. Część osób wybierała krótsze warianty przez pola i lasy, inni lecieli drogami, gdzie było dalej, ale szybciej. Aż chciałoby się zacytować jedną z reklam telewizyjnych „Tak powinno być w każdym banku!”.

Aj, zapomniałbym o jednym! Kolejnym plusem tegorocznego Skorpiona była obecność systemu Orientrack stworzonego przez Janka Lenczowskiego. 17 najmocniejszych osób (tak, tak, znalazłem się wśród nich!!) dostało do plecaka nadajnik GPS, dzięki któremu zapisy naszych tras można sobie teraz obejrzeć w internecie i można je było śledzić na żywo przez całą sobotę (a przynajmniej teoretycznie, bo ponoć przez większość dnia strona leżała). Niestety, baterie w nadajnikach padły po 8-8,5h, nim większość dotarła do mety. Póki co system wymaga więc dopracowania (podobnie jak usability strony), ale zdecydowanie jest to rozwiązanie, które dodaje zawodom na orientację dużo smaczku i mam nadzieję, że będzie pojawiać się jak najczęściej.

Skorpion był też ostatecznym testem zimowych spodni do biegania firmy Dobsom, które dostałem od sklepu Natural Born Runners. Szczegółowa recenzja już za kilka dni na blogu, stay tuned!

=== === ===

Wyniki (nieoficjalne) mistrzostw Polski w PMNO na 50 km:

Mężczyźni:
1. Jan Lenczowski
2. Marcin Krasuski
3. Sebastian Reczek

4. Paweł Pakuła
5. Wojciech Wanat

Kobiety:
1. Katarzyna Panejko
2. Urszula Trykozko
3. Anna Hołdakowska

4. Agnieszka Niewczas
5. Anna Skompska

=== === ===

Stats&hints XII Ekstremalna Impreza na Orientację Skorpion 2013

Wynik: czas 10:14 (+0:25 kary za punkt stowarzyszony); 10/75 miejsce w mistrzostwach Polski w PMNO na 50 km w klasyfikacji mężczyzn; 11/85 w klasyfikacji open

Warunki pogodowe: -3 stopnie, pochmurnie, chwilami delikatne opady śniegu, w terenie kilkanaście cm zmrożonego śniegu

Sprzęt/ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; spodnie Dobsom

koszulka termo z długim rękawem + techniczna z krótkim + kurtka Tschibo;; Garmin FR305 (po 8h bateria padła:/); kompas Silva Ranger; czołówka Petzl Tikka Plus 2

Jedzenie/picie: 2 żele (1 został) + 3 batony + bułka z kiełbasą i serem; 2 l napoju w bukłaku + 2 herbaty na punktach z ogniskami.

Jaja jak berety!

Co oznacza „azymut odbierania” punktu X z punktu Y. Czy to po prostu azymut z punkty Y do X? A może azymut „odwrotny”, czyli odwrócony o 180 stopni od niego, z X do Y? Właśnie tak nam wychodziło na początku, gdy odnaleźliśmy pierwszy z sześciu małych beretów i wpasowaliśmy go w beret główny.

Oprócz meczącego napierania 50 km z mapą po lasach lubię czasem pobawić się w prawdziwy orienteering – z wielokroć trudniejszą mapą, gdzie można wygrać nie robiąc ani kroku biegiem, bo liczy się wyobraźnia przestrzenna i umiejętność pracy z mapą. Zwykle mapa ma dodatkowe utrudnienie. Na ostatniej (11.) rundzie OrtIno, która odbyła się 23.01.2013 r. na warszawskiej Ochocie rzecz była w… beretach. Zobaczcie sami, już lektura samej instrukcji może być trudna;)

 
Mapa z 11. rundy OrtIno, trasa zaawansowana

Na starcie zapomnieliśmy… zorientować mapy. Bezmyślnie uznaliśmy, że góra głównego beretu to północ i wg tego próbowaliśmy zlokalizować małe berety. Zamiast beretu z azymutem 295 znaleźliśmy 99 i stąd wniosek, że „azymut odbierania” to niejako azymut odwrotny. Jak dziś czytam instrukcję to pomysł ów wydaje mi się absurdalny, ale skoro mniej-więcej wszystko pasowało, uznaliśmy, że tak musi być. Do prawdy doszliśmy dopiero parę PK później, gdy zweryfikowaliśmy orientację głównej mapy. Dobrze, że przynajmniej wyskalowaliśmy ją na samym początku;)

Najtrudniejszym elementem okazało się być wyznaczenie dwóch azymutów pomiędzy punktami, czyli zadanie dodatkowe. Trudno to zrobić nie mając dokładnie połączonych elementów mapy. Potem okazało się, że nikt nie zrobił tego bezbłędnie. Wyznaczenie tych azymutów zajęło nam dobre 10 min., a w tym czasie kilka osób z zacięciem krążyło wokół podwójnego punktu G i R, który został bardzo sprytnie ukryty w kanale.

W między czasie końca dobiegł limit czasu (100 minut). Na metę wpadliśmy 7 min. po limicie i od razu było wiadomo, że z czystym kontem tych zawodów nie ukończymy. Dla urozmaicenia Lisiccy (ojciec i syn), z którymi robiłem tę trasę wpisali inne wartości azymutów niż ja i okazało się, że mieli więcej szczęścia, bo w jednym z nich spudłowali tylko o 7 stopni i zaliczyli 3 pkt. karne mniej. Bo musicie wiedzieć, że w zawodach na orientację chodzi o to, by zgromadzić jak najmniej punktów karnych.

Teoretycznie nie ma się z czego cieszyć: 8. miejsce na 13 drużyn to pozycja stosunkowo gorsza od 10/20, jakie zająłem w towarzystwie Bernarda podczas 7. rundy zrealizowanej w parku Morskie Oko na Mokotowie. Ale tutaj udało się zaliczyć niewielką liczbę punktów karnych. Na 6. OrtIno na Kępie Potockiej mieliśmy ich 477, w 7. rundzie w Morskim Oku 285, a tym razem tylko 27. Postęp jest wyraźny!

Oczywiście nie da się ukryć, że tym razem trasę przebyłem w towarzystwie dwóch bardzo doświadczonych zawodników, jednak zdecydowanie nie było tak, że się na nich wiozłem. Był to fajny przykład współpracy, w której każdy z nas dodał swoje kilka groszy to wspólnego koszyka. Następne OrtIno 27 lutego br. na Stokłosach, już wpisałem sobie do kalendarza, a i Was serdecznie zapraszam. To świetny trening nawigacyjny przed PMNO. W Warszawie takich imprez jest dużo, OrtIno wyróżnia się spośród nich mapami, które są zdjęciami lotniczymi, co czasem ułatwia sprawę, a czasem… utrudnia;)

Funex Orient, czyli 12,5 godz. napierania po Kielecczyźnie

Jest towarzysko. I jak zawsze w takich sytuacjach rozluźnienie sprawia, że nie zauważamy ścieżki prowadzącej do jaskini i wylatujemy w miejscowości Zalejowa. Szczyt głupoty, bo wystarczyło śledzić kompas, by zrozumieć, że coś jest nie tak. Zamiast na północ z odchyleniem zachodnim poszliśmy na północ z odchyleniem wschodnim. Na dodatek, nie ogarniamy się po dotarciu do Zalejowej tylko robimy jeszcze kilkaset metrów na wschód, co jest kompletnie bez sensu. Nadkładamy 1,5 km, tracimy kwadrans i wkurzeni na siebie napieramy dalej w tej potwornej mgle, w której chwilami nie widać drzew po bokach leśnego duktu.

Dwa tygodnie – takiego opóźnienia w relacji z PMNO to jeszcze nie miałem:/ Niestety, z czasem kiepawo, mam nadzieję, że wybaczycie. Nie to bym się obijał, ale mocno trenuję, kto śledzi bloga na FB albo obserwuje moje aktywności na Endomondo, wie jak jest. Ale w końcu udało się wygospodarować trochę czasu i spisać, co działo się na Kielecczyźnie 24 listopada 2012 r. A działo się sporo.

Organizatorzy Funex Orient (podobnie jak rok temu) zaplanowali niestandardowy start. Tym razem na szczęście obyło się bez walki na łokcie, dla urozmaicenia przygotowano za to start interwałowy. Pomysł świetny, ale chyba nie do stosowania podczas zawodów odbywających się późną jesienią. Ruszaliśmy od 9:00 do 10:30 co minutę. To oznacza, że ci ruszający na końcu mieli o półtorej godziny mniej światła dziennego. A na tej trasie to naprawdę robiło dużą różnicę, bo było górzyście, leśnie i mgliście. Nam (przyjechaliśmy z Wawy we trójkę) udało się trafić nieźle. Benek Waszczyk ruszał w ogóle jako pierwszy, Paweł Choiński (może w końcu zaczniesz coś na stronę wrzucać, co?;)) bodaj 2 min. po nim, a ja o 9:26.

Zawody podzielono na dwie części. Pierwsza, znacznie krótsza (teoretycznie ok. 8 km), odbyła się na Słowiku, czyli całkiem sporej górce na granicy Kielc. Miała ona mieć 500 m podejścia na odcinku ok. 8 km. Umieszczono tam 9 punktów kontrolnych (kolejność zaliczania obowiązkowa), które oznaczono na mapie w skali 1:10 000. Część druga to 700 m podejścia na 42 km dystansu i 11 punktów rozrysowanych na standardowej mapie 1:50 000. Po zakończeniu pierwszego odcinka należało pojawić się w bazie, by dostać mapę na drugi odcinek.

Pierwszy punkt na Słowiku wchodzi mi dość łatwo, ale drugi to mordęga. Kręcę się po krzakach kilka minut, aż trafiam na… Pawła, któremu „udało się” konkretnie zgubić w okolicy PK1, gdzie stracił 20 minut. Zespołowe czesanie lasu (w między czasie w okolicy PK2 pojawia się już z osiem osób) przynosi w końcu efekt, udało się. Ruszamy dalej, PK3 umiejscowiony jest między przeokrutnie gęstymi zagajnikami, przedzieranie się przez nie to niezłe wyzwanie, a utrzymanie kierunku marszu jest bardzo trudne. Teren Słowika jest oczywiście mocno pagórkowaty, nie sposób więc cały czas biec. Już między PK2 i PK3 formuje się 4-os. grupka, w skład której wszedł oprócz mnie Paweł oraz poznani przy PK2 Kuba Runowski i jego kolega Jarek. Kolejne punkty wchodzą całkiem sprawnie, choć jak spojrzeć na tracka z GPS to okazuje się, że wędrówka aż tak prosta jak strzała to nie była;) Przy PK8 nieomal zaliczamy sporą wtopę. Punkt zlokalizowano bardzo blisko PK3 i początkowo wpadamy właśnie na PK3, na szczęście udaje się w porę dojść do tego, że jesteśmy w złym miejscu. Wszystko przez niestandardową mapę 1:10 000, na której 1 cm to zaledwie 100 metrów. Schodząc ze Słowika już do bazy wybieramy najkrótszy wariant – prosto w dół. Niektórzy zaliczają więc zjazd na tyłku i w końcu wypadamy z lasu na szosę prowadzącą do ośrodka Stella, w którym zlokalizowano bazę.

Na Kielecczyźnie potrafi być pod górę;) / fot. Kuba R.

Tam wymiana mapy i 5 min. odpoczynku. Zabieram przygotowany wcześniej plecak (pierwszy etap zdecydowałem się zrobić „na lekko”), wciągam banana i ruszamy. Najpierw 3,5-km przelot wzdłuż drogi numer 762 do szpitala w Czerwonej Górze, gdzie przy wieży ciśnień umieszczono PK1. Jarek już na początku drugiej części zostaje z tyłu i kilometry połykam w towarzystwie Kuby i Pawła. Przy nieskomplikowanych przelotach gadamy o pierdołach i czas jakoś leci. PK2 i PK3 znajdujemy w miarę sprawnie, choć jak patrzę na mapę to w okolicy PK3 chyba niepotrzebnie zrobiliśmy pętelkę.Do PK4 czeka nas kawał drogi, prawie cała szerokość mapy. Rozpoczynamy odważnie, najkrótszą drogą, która wiedzie najpierw torami, a potem szlakiem przekraczającym rzekę Bobrzę. Dopadamy do rzeczki i…

Przejść, czy nie przejść…? / fot. Kuba R.

Minuta konsternacji, nie za bardzo wiemy co zrobić. Trochę strach na to wchodzić (jak się potem okazało niektórzy to zrobili i nic im się nie stało). Decyzję podejmuje Kuba, który szuka płytszego miejsca i przechodzi przez rzekę. Nie mamy z Pawłem wyjścia i też idziemy. Teraz najważniejsze to biec i to nie tylko po to, by rozgrzać zmarznięte stopy (w najgłębszym miejscu woda sięgnęła mi za kostki), ale i by uciec grupie pościgowej, bo w za sobą widzimy kilku innych napieraczy. Tniemy przez pole, przez las i do drogi w kierunku Starochęcin.

W wodzie czułem się bezpieczniej niż na mostku / fot. Kuba R.

Gdy zbliżamy się do drogi krajowej nr 7 dogania nas trójka uczestników biegu na 100 km. Niestety, połykają kilometry szybciej niż my, bo to ścisła czołówka (przyszła pierwsza trójka zawodów) i raz-dwa nas wyprzedzają. Kuba biegnie kawałek z nimi, ma zaczekać przy PK4, ja drepczę z Pawłem. Po chwili dogania nas Piotr Kwitowski, który jak się potem okazało, rzeczkę pokonał tym niby-mostkiem – szacun! Przy PK4 chwilę odpoczywamy i czas lecieć dalej. Przedzieramy się trochę przez las, udaje się sensownie trzymać kierunek i bez większych problemów łapiemy PK5 umiejscowiony niedaleko 700-letniego Zamku Królewskiego w Chęcinach. Trochę szkoda, że organizatorzy nie pokusili się o umieszczenie PK bliżej zamku albo (jeśli to możliwe) nawet na nim, byłaby fajna atrakcja. Powoli robi się ciemno i czas wyciągnąć czołówki. Przy PK5 tłum zawodników, było nas tam chyba z ośmiu, albo i więcej.

Trochę zastanawiamy się nad dalszym przebiegiem, bo nie jest on taki oczywisty, ostatecznie, po szybkim pomiarze dokonanym linijką, wybieramy kolejność PK8-PK9-PK7-PK6-PK10-PK11. W piątkę ruszamy do Chęcin z zamiarem zawinięcia do sklepu spożywczego, bo większości zaczyna brakować jedzenia i picia. Problem polega bowiem na tym, że na liczniku mam już 40 km, a najbardziej wstępny szacunek dystansu do mety wskazuje, że przed nami jeszcze co najmniej 25 km. W kierunku PK8 robimy kolejny prawie 3-km przelot asfaltem, starając się cały czas biec i zwalniać jedynie na podbiegach.

I tu następuje dupa. Jedna wielka dupa. Raz, że kończą mi się baterie w czołówce (niesprawdzenie ich poziomu przed wyjazdem uznaję za szczyt swojej nieodpowiedzialności), a dwa… popatrzcie sami. Tak wyglądało nasze półgodzinne poszukiwanie PK8 nazywającego się „otwór jaskini”.

No comments…

W międzyczasie zagęszcza się mgła (chwilami widoczność nie przekracza kilkudziesięciu metrów), a moja latarka już zupełnie przestaje świecić. Podejmuję decyzję o końcu zabawy. Przed nami jeszcze kilka godzin napierania, a bez własnej czołówki nie ma to kompletnie sensu. Decyzją dzielę się z Pawłem, który stwierdza, że… jego tak noga boli, że nie jest w stanie kontynuować zawodów i może dać mi swoją latarkę, bo z PK8 ma tylko kilkaset metrów przez las do oświetlonej drogi prowadzącej prosto do bazy. No i Pawłowi wiszę dobre duże piwo!W okrojonym składzie ruszamy dalej, ku PK9 umieszczonemu w kapitalnie się prezentującym w nocnej mgle Kamieniołomie Szewce. Skład naszego „tramwaju” co chwilę się zmienia, jego stałymi gośćmi są oprócz Kuby i mnie Andrzej Urbański i Maciek Sąsiadek, co jakiś czas przewija się też Stanisław-Adam Olbryś. PK9 i PK7 łapiemy bez większego problemu nawigacyjnego, ale mgła jest powalająca. PK7 został umieszczony również w kamieniołomie, do którego szliśmy swego rodzaju granią. Wyglądało trochę jak byśmy przemieszczali się Orlą Percią, bo po prawej i po lewej stronie było mgliste mleko. PK7 był jednocześnie miejscem, gdzie uczestnicy rajdu przygodowego mieli etap wspinaczkowy i był jednym z najfajniejszych PK jakie miałem okazję oglądać w historii swojej zabawy w PMNO.

Wyobraźcie sobie, że jesteście w kamieniołomie. Mgła jakiej w życiu nie widzieliście sprawia, że słyszycie nad sobą wspinających się ludzi, ale nie potraficie ich dojrzeć. Nagle kilka metrów nad głową przejeżdża Wam na tyrolce ktoś z czołówką na głowie. Ciekawe, co czuł ów ktoś, bo jechał nie widząc drugiego końca liny! GENIALNE! Za to miejsce organizatorom należy się ogromny plus.

;)

Dość sprawnie czerwonym szlakiem wydostajemy się z PK7 i wpadamy na leśną drogę, która wg znaków ma nas w 45 min. doprowadzić do Jaskini Piekło, gdzie zlokalizowany jest PK6. Rozluźnieni rozmawiamy o tym, jakie to zawody na orientację są fajne, że ludzie z tak różnych światów (w grupie był akurat oprócz mnie audytor, ratownik medyczny i student) zjeżdżają się z różnych krańców Polski i z dziką satysfakcją uganiają się we mgle po lesie.

Jest towarzysko. I jak zawsze w takich sytuacjach rozluźnienie sprawia, że nie zauważamy ścieżki prowadzącej do jaskini i wylatujemy w miejscowości Zalejowa. Szczyt głupoty, bo wystarczyło śledzić kompas, by zrozumieć, że coś jest nie tak. Zamiast na północ z odchyleniem zachodnim poszliśmy na północ z odchyleniem wschodnim. Na dodatek, nie ogarniamy się po dotarciu do Zalejowej tylko robimy jeszcze kilkaset metrów na wschód, co jest kompletnie bez sensu. Nadkładamy 1,5 km, tracimy prawie kwadrans i wkurzeni na siebie napieramy dalej w tej potwornej mgle.

No comments nr 2…

W końcu dopadamy do Jaskini Piekło, a o tym, że jesteśmy na miejscu informują nas rzeźbione diabły porozstawiane w lesie. Wchodzimy do jaskini, PK6 nazywa się „ciasny koniec”. Jest naprawdę ciasno, ledwie można do punktu dosięgnąć. W jaskini znów tłum, o ile dobrze pamiętam było tam z sześć osób. Jedna jednak obrała inną kolejność, nie ma zaliczonego PK7 i musi się tam wrócić, druga obiera własną ścieżkę w lesie, a my we czwórkę napieramy dalej. Przy jaskini żywota dopełnia bateria Garmina i mój przebieg zakończył się po 56 km.

Ciasny koniec był naprawdę ciasny, a niedaleko spały nietoperze

Postanawiamy cisnąć na północny wschód by dotrzeć do miejscowości Zawada. Jest dramatycznie. Nie możemy znaleźć żadnej przecinki prowadzącej w pożądanym kierunku, miotamy się po gęstym lesie jak chomik w klatce. Jest tak gęsto, że trudno utrzymać sensowny kierunek marszu (o biegu nie ma co marzyć), a mgła nie ułatwia sprawy. Schodzimy za bardzo na wschód, bo słyszymy samochody jadące DK7, skręcamy więc w kierunku północnym i w końcu docieramy do Zawady. Tam rozstaje się z nami Andrzej, który uznaje, że nie ma już za bardzo sił na ostatnie dwa punkty i zostajemy we trójkę. Dobijamy do PK10, który jest największą wtopą organizatorów Funex Orient 2012. Punkt przyczepiono z tyłu drzewa, bez lampionu, a jedynym oznaczeniem była niewielka biała kartka… Gdyby nie przypadek, moglibyśmy szukać go choćby i pół godziny. Dzikim fuksem się udało i napieramy dalej. PK11 podbijamy bez problemu i lecimy prosto do mety. Docieramy tam we czwórkę, mój finalny czas to 12:34:18, co daje mi 11. miejsce na 58 startujących osób. Zwycięzca, Władek Sielicki, wykręcił 8:36:38. Nieźle, bo przed startem myślałem sobie, że powinno udać się zejść poniżej 9 godzin;)

Ze względu na padnięcie baterii w Gremlinie nie mam całego tracka z tych zawodów, a jedynie 56 km. Nie wiem też, ile finalnie ich nakręciłem. Z szacunków wynika, że ok. 71-72. Na trasie, która powinna mieć 50 km. Wiadomo, że nie nawigowaliśmy idealnie, zdarzyło się kilka mniejszych i większych wtop, niechby więc było, że nadłożyłem aż 5 km. Kilka km można zrzucić na karb niedokładności systemu GPS, którego działanie w trudnych warunkach (lasy, mgła) dalekie jest od ideału. Ale to i tak by oznaczało, że trasa miała ponad 60 km (ponoć tyle natłukli zwycięzcy). Ciekawi mnie więc, w jaki sposób organizatorzy naliczyli tam 50 km, bo różnica jest pokaźna. Moim zdaniem trasa była bardzo fajnie zrobiona pod względem atrakcyjności turystycznej, do tego doszły trudności terenowe i pogodowe, co w efekcie dało nam dużo radości. Ale konkretnie przesadzono z dystansem. Jeśli robimy zawody na 50 km to nie na 60, prawda?
Jak dodać do tego wspomniany wcześniej fakt braku lampionów na niektórych punktach kontrolnych oraz to, że na mecie dla uczestników nie było wody (można było sobie jedynie kupić herbatę lub kawę), to ja w przyszłym roku za udział w Funex Orient po prostu podziękuję.

Stats&hints Funex Orient 2012
Wynik: czas 12:34; 11. miejsce na 58 osób w klasyfikacji open

Warunki pogodowe: od kilka stopni, mgliście

Sprzęt/ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty; opaska na uszy; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; długie legginsy; 2 koszulki z długim rękawem + 1 z krótkim; w plecaku kurtka (nie używana); Garmin FR305 (nie wytrzymał do końca); kompas Silva Ranger; czołówka Petzl Tikka Plus 2 (zabrakło baterii).

Jedzenie/picie: 3 żele + 3 batony + banan; 2 l napoju w bukłaku + dokupiony 1 l po drodze.