Archiwa kategorii: biegi górskie

Ten, w którym dochodzi do kłótni

- No i co Ty w mordę kopany trenerzyno, co?
- Jak to co?
- Co, co, co? Pstro! Falenica, kurka jego mać. Czy ja po to trenuję, by w każdych zawodach osiągać gorszy wynik niż w poprzednich? Regres jak się patrzy! O ile drugi słabszy występ rozumiem, bo byłem przeziębiony, to już to, co się stało podczas czwartej rundy woła o pomstę do nieba. 74 miejsce i 44:47 to poniżej poziomu, który mogę zaakceptować
- A co ja mam do tego? Śnieg był!
- Śnieg mógł spowolnić bieg, ale nie wpłynął na moją pozycję na mecie, bo wszyscy mieli takie same warunki. Ale za to zrobione w czwartek wieczorem interwały – owszem, odbiły mi się czkawką już po kilometrze! Czuj się zwolniony!

Trochę się Ja_zawodnik i Ja_trener pokłóciliśmy po tej ostatniej Falenicy i potrzebowałem trochę czasu, by parę zdań na blogaska skrobnąć, a nim pisać skończyłem pojechałem ładować akumulatory w Tatry, gdzie pisanie relacji z jakichś zawodów zupełnie nie było mi w głowie.

Ot, taki mój urok, że nawet start z najniższym priorytetem C traktuję poważnie i chcę dać z siebie wszystko i osiągnąć jak najlepszy wynik. A 25 stycznia br. podczas czwartej rundy Falenicy, noga za diabły nie chciała podawać, bo też nie miała na to szans. Ruszyłem „zachowawczo”, pierwsze okrążenie w 14:36 miało dać mi siłę na przyśpieszenie na kolejnych kółkach. Na drugim zwolniłem jednak o pół minuty, a trzecie pokonałem w rekordowo długim czasie 15:11. Dość powiedzieć, że dwa tygodnie wcześniej, na osłabieniu przeziębieniem najwolniejsze kółko zrobiłem w 14:34, a podczas swojego pierwszego występu finiszowe kółko przebiegłem w 13:58…

Buff z czachą wymiata, chcę taki!;)
Było tak zimno, że fotkę z Kwitem zrobiłem sobie dopiero w samochodzie.

Tak naprawdę śnieg wcale nie był przeszkodą, a miejscami wręcz ułatwiał życie. Tam gdzie był piaszczysty podbieg mieliśmy bowiem utwardzoną przez zmrożony śnieg górkę. Ślisko praktycznie nie było, Inov-8 spisały się (jak zwykle) na medal. Już większym utrudnieniem był kilkunastostopniowy mróz, ale maska na twarzy zrobiła swoje i biegło mi się nieźle.

Potrzebowałem trochę dni, by oswoić się z myślą, że tego dnia inaczej po prostu być nie mogło. W czwartek dość późno wieczorem zrobiłem kilometrowe interwały, a to chyba najtrudniejsza jednostka treningowa jaką stosuję. Piątkowy odpoczynek (staram się, by piątek był dniem świętym i jeśli jest taka możliwość, to tego dnia unikam nawet ćwiczeń w domu) zdecydowanie nie wystarczył, zmęczone mięśnie czułem już podczas rozgrzewki, a po kilku kilometrach wbiegania i zbiegania wiedziałem już, że nic z tego nie będzie.

Falenica to start, który ma być mocnym akcentem treningowym (kros aktywny) i wynik (teoretycznie:P) się nie liczy. Nie można mieć wszystkiego, a wiosną chcę mieć przede wszystkim jedno: 2:59:XX w maratonie.
Na szczęście po zawodach przypomniano mi, że bieganie to nie tylko bieganie:) Mimo siarczystego mrozu (samochód pokazywał bodaj -15 st. C), atmosfera na wydmie była gorąca, a po dobiegnięciu wszystkich do mety w zacnym towarzystwie Kasicy, jej mamy, jednego z Rączych Pomrowów i Kwita udaliśmy się do legendarnej już pobliskiej cukierni, gdzie podają takie pyszności, że do dziś mi ślinka cieknie!

A czy Ty polubiłaś(-eś) już Smashing Pąpkins na FB (kliku-kliku)?:)

Ten, w którym liczy się towarzystwo, a nie wynik

III runda Zimowych Biegów Górskich w Falenicy zaczęła się w piątek wieczorem, gdy z wizytującą stolycę Run Bo i NKŚ przeprowadziliśmy degustację nalewek mojej mamy. Zgodnym wyrokiem złoty medal przyznaliśmy wiśniówce, co zresztą zgadza się oceną A&MS, którzy odwiedzili nas dwa tygodnie temu. Smak, aromat, barwa, po prostu bajucha! Mamuś, kapelusze z głów! Ale my przecież sportowcy, więc jeszcze tylko po lampce wina i spać, zbierać siły na sobotę!

Sobota rano
Już samo dotarcie do Falenicy jest miłym towarzyskim doświadczeniem, bo zabieramy się z Kasicą i Kwitem. Kilometry upływają na dyskusjach o bieganiu, napieraniu, zastanawianiu się, co z tymi Śnieżnymi Konwaliami zrobić (dobry wynik na Ełkciej Zmarzlinie kusi by pociągnąć ten temat póki moc w nogach jest) i… jedzeniu śniadania, bo niektórzy rano nie zdążyli;) Kasica, znany i lubiany pirat drogowy, sprawnie i bezpiecznie dowozi nas na miejsce.

Nie znam w okolicy Warszawy lepszego miejsca na mocny kros niż Falenica:)

Jeszcze w biurze zawodów spotykam MS, potem w poszukiwaniu toalety pojawia się Ava, a do telefonu dobija się Cypek, który ma problem z dotarciem przez awarię auta i prosi o odebranie mu numeru startowego. Montuję swój numer (niezbyt udanie – patrz foto poniżej), załatwiam sprawę Cypka i na pełnym luzie człapiemy na start.

Po drodze wpadam na rozgrzewających się A&MS, a gdy docieramy w okolice startu, spotykamy Roberta – reprezentanta najlepszej drużyny świata, czyli Smashing Pąpkins. Truchtamy pod górkę, gdzie dogania nas Marcin, a przekazując numer startowy Cypkowi (Miśku, czy Ty naprawdę musisz być tak szybki?!) mam przyjemność poznać Stefana. W międzyczasie wyłapuję Bartka, który dwa tygodnie temu za mocno pocisnął na pierwszym kółku, a teraz postanawia pobiec ze mną, witam się też z kilkoma innymi znajomymi.

Założenie numeru startowego wcale nie jest takie proste… / fot KK

I to właśnie w bieganiu lubię. Po jakimś czasie człek zaczyna kojarzyć ludzi. Wynajduję osoby biegające na podobnym poziomie i staram się z nimi wygrywać. To motywuje! Ale biegi to nie tylko bieganie, to także czas przed i po zawodach. Najpierw człowiek się uśmiecha. Potem przychodzi „cześć” i uścisk dłoni, ktoś znajomy przedstawia jakiegoś swojego znajomego, potem wpadasz na niego na jakiejś ścieżce biegowej i już się znacie. Pytania o formę, plany startowe i ostatnie wyniki – ludzie z pasją zawsze mają o czym rozmawiać. Przy nieco dłuższej znajomości, od dziewczyn można nawet i całusa na powitanie dostać;) Hoho, Krasusie, nie zapędzaj się tu, wszak NKŚ zagląda na blogaska!

A, o bieganiu miałem pisać… ;) Cóż, po Ełckiej Zmarzlinie przeziębienie trzymało mnie prawie cały tydzień, nosem oddychać mogłem dopiero od czwartku, a gardło przestało boleć w piątek. Obawy o formę miały więc solidne uzasadnienie. Ale jak mogłem nie pojechać, skoro na gościnne występy przyjechała sama Bo (imaginujecie? ze swojego końca świata, gdzie ma piękne górki, przyjechała tu do nas pobiegać po naszej skromnej falenickiej wydmie i spotkać parę osób, czad, nie?:))? Jak mogłem nie pojechać, skoro kilkoro innych znajomych zaanonsowało się na fotkę do kolekcji samojebek? Chyba rozumiecie, że nie mogłem odpuścić, prawda? Co tam wynik, ważne, by było fajnie!

To aż nie do uwierzenia, ale czasem zdarza się mi zdjęcie
zrobione nie z rąsi! TU z Avą / fot. WS

Wykalkulowałem, że jeśli pobiegnę dobrze i jeszcze uda mi się złapać trzeci start, to w końcowej klasyfikacji mogę w swojej kategorii wiekowej być na niezłej pozycji. O planie, aby tym razem spokojnie przetruchtać, zapomniałem, jak tylko założyłem rano w domu buty. Adrenalina, znajomi, linia startu/mety i stoper na ręku sprawiają, że pomysły na spokojne bieganie odkładam w kąt. Wymyśliłem, że pobiegnę takim tempem, by poprawić wynik sprzed dwóch tygodni, a jeśli nie wytrzymam tempa, to po prostu zwolnię. Ustawiamy się z Bartkiem i…

Najpierw powoli jak żółw ociężale,
Ruszyła maszyna po szynach ospale,
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem,
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej,
I dudni, i stuka, łomoce i pędzi,
A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost!
Po torze, po torze, po torze, przez most,
Przez góry, przez tunel, przez pola, przez las,
I spieszy się, spieszy, by zdążyć na czas.

Niestety, węgiel w mojej lokomotywie skończył się po dwóch okrążeniach. Bartek poleciał dalej i poprawił swój wynik sprzed dwóch tygodni o ponad minutę (szacun chłopie!), a ja dobiegłem z czasem 42:48 (wg wskazań własnego zegarka). Mierzyłem sobie poszczególne okrążenia i weszły w 14:00, 14:14, 14:34. Pierwszy kilometr był najszybszym na całej trasie, a wyraźnie odczuwający chorobę organizm szybko wysłał mi sygnał, że „to se ne da”. Pod koniec jednego z ostatnich podbiegów byłem wręcz bliski puszczenia pawia, trzeba więc było zwolnić, więc i finisz pobiegłem luźno po 3:30 min/km. Z tego dnia wyciągnąłem ile mogłem, następnym razem będzie lepiej! Choć tak naprawdę, o dobre wyniki będzie chyba trudniej, bo wiele wskazuje na to, że zima wreszcie nadejdzie.

Niektórym przydałby się Rutinoscorbin, bo coś niewyraźni są… ;)

Sobota wieczór
Siedzą te blogiery na sofie, nogi wyciągnięte na pufie (wszak regeneracja, nie?), laptopy na kolanach, Soundgarden czy inny Queens of the Stone Age w głośnikach. Obok butelki po browarach i zestaw kieliszków do nalewek (wszak regeneracja, nie?). Jeden na malinówkę (mocna, nieźle telepie), drugi na śliwkówkę (słabsza, mocno słodka i bardzo smaczna, ale przy kilku kieliszkach może zamulić), a trzeci na tę niesamowitą wiśnióweczkę łącząca zalety obu poprzednich.

Siedzo, popijajo, gadajo od paru godzin o tym bieganiu, o tych triathlonach, paczajo na te Endomonda, na te Fejsbuki i…

Skoro jutro rano chcemy pobiegać dwie godziny, to może by ktoś przyszedł? Łoć ju fink? Wszak w kupie raźniej, nie? Tej, ale jest sobota wieczór, a my próbujemy wyciągnąć kogoś na bieganie w niedzielę skoro świt… To chyba lekko porąbane, co? Lekko?;) O 8:30 to przeciętny obywatel tego kraju jeszcze śpi. Dobra, wrzućmy na Fejsa i zobaczymy.

Przez pierwszych kilka minut cisza, nawet lajka nikt nie kliknie. Tej weź, co myśmy myśleli… O jest! Agnieszka byłaby chętna. To jest niesamowita dziewczyna, co? Trójka dzieci, biegający mąż, a znajduje czas na swoje treningi i jeszcze te zajebiste czapki dzierga! I Bartek też chętny! I jeszcze Paweł, czyli człowiek, z którym po zrobieniu 63,5 km po mazurskich bezdrożach ścigaliśmy się na 200 czy 300 metrów. Ale fajnie!

Niedziela rano
Pobudka. Za oknem wiater dmie jak szalony i pada deszcz. Słowem: idealna pogoda do biegania! Ech, że też trzeba było się umawiać z ludźmi, teraz to nie ma wyjścia, trzeba iść…

Po pierwszych kilkuset metrach stwierdzamy, że pogoda nie jest w sumie wcale zła. Owszem, cośtam pada, cośtam wieje, ale nogi fajnie przebiegają spokojnym tempem 5:40, a czas leci na rozmowach o tym i owym. W lesie coraz więcej osób, nasza radosna piątka niektórych biegaczy mija już drugi raz, nagrywamy filmiki (oj, będzie się działo!), a atmosfera fenomenalnie towarzyska – nawet Garmin się dostosował i wyczerpał baterię, co sprawia, że pierwszy raz od niepamiętnych czasów biegnę zupełnie nie spoglądając na zegarek. Cały czas gadamy i nim zdążyłem się zmęczyć, pora się rozdzielać i wracać do domów. Raz skręcamy w lewo, raz w prawo i w pewnym momencie… nie mam zielonego pojęcia, gdzie jesteśmy. Ja, który Las Kabacki zbiegałem setki razy, zgubiłem się. Żenua Krasusie, żenua! Widzę skraj lasu, oceniam, że to południowy skraj, więc przed sobą mamy Julianów/Józefosław. Biegniemy tam i… okazuje się, że to skraj północny i widać kabackie bloki. No to miało towarzystwo z mojej nawigacji używanie… ;)

Łącznie w niecałe 2h nabiegaliśmy prawie 20,5 km i choć pogoda się zbiesiła (był śnieg, był grad, no i wmordęwind przy powrocie taki, że hoho!), to było to jedno z najfajniejszych wybiegań ever, dzięki ludziska:) To właśnie rozumiem przez przyjemność z biegania, w ten weekend nie liczyły się czasy, wyniki, progi, zakresy, tętna ani tempa, a pogaduchy i towarzystwo. A że przy okazji zrobiłem mocnego krosa po wydmach i dwugodzinne spokojne wybieganie? Cóż, narzekać nie będę. No i ile słitfoci do kolekcji!;)

Samojebka wersja hard – na dwa telefony,
drugi po prawej stronie za kadrem;)

Bieganie bieganiem, ale czy wiesz, że i Ty możesz być szybsza/szybszy na rowerze? Nawet małe dziecko Ci powie, że zamocowany na kierownicy Pimpuś chroni przed złymi urokami, dodaje pi przez dwa kilometrów na godzinę do średniej prędkości (nie pytajcie dlaczego akurat tyle, nie mam pojęcia, ale tak jest!) oraz 10 pkt do triathlonowej stylówy, że o poprawie aerodynamiki nie wspomnę. No i akcja jest taka, że w ramach aukcji WOŚP można drogą kupna nabyć prawdziwego brata bliźniaka mojego Pimpusia! Wystarczy wejść o tutaj: kliku-kliku i powalczyć, ale z góry uprzedzam, że lekko nie będzie, bo Przemek się mocno nastawił na poprawę swoich wyników kolarskich:)

Ten, w którym jestem jak Tommy Lee Jones

Starty w XI Zimowych Biegach Górskich w Falenicy to jeden z elementów mojego „planu treningowego”. Jako że w 2014 zamierzam trochę pobiegać po górach, a jeden z dwóch najważniejszych startów będzie głównie pod górkę, to wpisałem Falenicę na listę „must be”. Póki co zimowe to te biegi są tylko z nazwy. Druga edycja odbyła się w pięknym słońcu, co sprawiło, że wielu zawodników biegło w krótkich spodenkach czy koszulkach.

Na starcie sporo znajomych twarzy, rąsia-rąsia, buźka-buźka i zaraz lecimy. Ustawiłem się z kolegą Bartkiem, którego marzyło mi się obiec. Na płaskiej dyszce był tej jesieni o kilka sekund ode mnie wolniejszy, więc to dobra osoba do rywalizacji. Stanęliśmy w 4-6 rzędzie. Odliczanie: pięć-cztery-trzy-dwa-jeden-START! I jak zwykle na zawodach: tłumy zaczynają od sprintu i mnie wyprzedzają. Twardo trzymam się tego, żeby biec w miarę spokojnie, ale na pierwszym kilometrze wyprzedza mnie z 20-30 osób, a Bartek szybko znika z horyzontu. Trzymam nogi na wodzy, licząc na to, że odbiję sobie na kolejnych okrążeniach (których na dystansie 10 km jest trzy).

Tradycyjna kolekcja fotek z rąsi.
Nowością są miny współfotkowiczów, ms spisał się na medal!;)

Na każdym kółku siedem solidnych podbiegów, każdy po kilkanaście metrów w górę, a potem w dół. Łącznie 255 metrów przewyższenia na zagadkowym dystansie 10 km. Zagadkowym, bo biegowe zegarki wymierzają tam od 8,9 do 9,2 km, a organizatorzy promują zawody jako 10 km – różnica spora, prawda? Zapewne na dokładność pomiaru wpływa krętość i lesistość trasy oraz jej przewyższenia, ciekaw jestem w jaki sposób organizatorzy wymierzyli tam jedno kółko na 3,33 km.

Już po kilometrze zaczynam wyprzedzać. Łykam sobie po jednej osobie co kilka chwil. Co kluczowe, wyprzedzam zarówno na podbiegach, na zbiegach, jak i na nielicznych płaskich odpoczynkach. Zbiegi to klucz do sukcesu na górskich trasach, bo na nich różnice pomiędzy wolnymi a szybkimi zawodnikami są większe niż na podbiegach. Sztuka polega na poddaniu się grawitacji i nie hamowaniu bardziej niż to konieczne, by się nie wywrócić. To wymaga nie tyle szybkości czy siły, ale odwagi, którą trzeba w sobie po prostu odnaleźć.

Na drugim kółku widzę przed sobą Bartka i po kilku minutach, na jednym ze zbiegów go wyprzedzam. Jak się potem okazało (ja tego nie zarejestrowałem) na trasie wyprzedziłem też Łukasza z treningów funkcjonalnych. W zmęczeniu go nie zauważyłem. Dostrzegłem za to kibicującą na trasie Agę, która tradycyjnie przyjechała wspierać swojego małżonka, a ten oczywiście pocisnął i wylądował w pierwszej dziesiątce;)

Pierwsze kółko złapałem w 14:06,na drugim trochę zwolniłem (14:15), ale sił na finisz wystarczyło i trzecie zmierzyłem sobie na ; 13:58. Planowo każde kolejne miało być szybsze, tym razem się nie udało, ale nie było źle.

Na trzecim kółku fizycznie ledwie już zipię, ale przecież jestem niczym Tomee Lee Jones w Ściganym! Długo wiozę się na plecach jednego z zawodników, który leci odpowiadającym mi tempem, ale na ostatnich kilkuset metrach wrzucam kolejny bieg i wyprzedzam jego oraz kilka innych osób, finiszując w tempie ok 2:30 min/km. Na metę wpadam z czasem 42:21 (choć mój stoper pokazał 42:19, no ale wyniki to wyniki;)), zajmując 48 miejsce na 482 zawodników.

Na liście wyników pojawiło się troje członków drużyny Smashing Pąpkins,
zachęcam kolejne osoby to wpisywania SP jako drużyny:)

Po biegu odetchnąłem 20 minut i zaliczyłem drugą rundą FalIno, czyli zawodów na orientację. Mocno czułem zmęczenie w nogach, na dodatek zapultałem się na dwóch punktach kontrolnych i w efekcie zająłem 24 miejsce na 37 osób. Celem nie była jednak walka o jakąkolwiek pozycję, a trening pracy z mapą.

Spora liczba podbiegów i nierówne podłoże sprawiają, że Zimowe Biegi Górskie w Falenicy to zawody mocno wymęczające. Po 10 km tam nogi bolały mnie dużo mocniej niż po „zwykłej” dyszce czy nawet półmaratonie. Ale mam poczucie, że treningowo jest to dla mnie bardzo przydatne i mam nadzieję, że w kolejnych edycjach też uda mi się wystartować, oby z jeszcze lepszym efektem!

Lepszy efekt dotyczy jednak nie tylko czasu i miejsca, ale i… liczby samojebek. No cóż, trzeba posypać głowę popiołem, bo dałem ciała! Początkowo zupełnie wpadły mi z głowy i stąd niewielka ich liczba jak na to, ilu znajomych tam spotkałem. Poprawię się następnym razem:)

III Izerska Wielka Wyrypa – relacja

W nogach ponad 54 km, do mety zostały niecałe 4, zaczynam samotny finisz. Nie wiem skąd po takim dystansie mam siłę do biegu, ale gdy docierając do ostatniej prostej (1,5 km do mety) dostrzegam Irka KociołkaJest lekko z górki, jeszcze przyspieszam i robię swój najszybszy kilometr na zawodach – w 4:43! Ale to na nic, bo Irek też mnie widzi i napiera bez chwili wytchnienia. Na podstawie cieni drzew na szosie liczę w krokach stratę: 64 kroki, za chwilę 60, 55… Do mety jakieś 700 metrów, Irek nawet pod górkę nie zwalnia, nie dam rady go dogonić. Wpadam na metę nie więcej niż 30 sek. po nim. 58 km po Górach Izerskich (suma przewyższeń 1513 m) pokonałem w 8:57, co dało mi 14 miejsce wśród mężczyzn na Mistrzostwach Polski w Pieszych Maratonach na Orientację na dystansie 50 km, wyprzedziły mnie jeszcze niesamowite Dagmara i Kasia, w klasyfikacji open byłem więc 16.

Tegoroczna Izerska Wielka Wyrypa zapowiadana była jako trudne zawody – miała być wymagająca nawigacyjnie i ze sporymi przewyższeniami (orgowie zapowiadali 1600 m na trasie 50 km). Stąd decyzja o strategii, by od początku napierać we trójkę razem z Bernardem i Pawłem i ewentualnie ścigać się ze sobą dopiero pod koniec – przecież co trzy głowy do myślenia to nie jedna. Okazało się jednak, że z tymi głowami to bywa różnie. Że mapa ma skalę 1:35000, a nie popularniejsze 1:50000 zauważyliśmy… w połowie trasy. Wstyd. Wcześniej „coś się nie zgadzało” z odległościami, ale że sprawnie znajdowaliśmy punkty to nie zwracaliśmy na to większej uwagi;)

Organizatorzy IWW przygotowali niestandardowy start – półtora kilometra biegu za samochodem i dopiero tam czekały na nas mapy. Zacząć można było na południowy wschód lub na zachód – zdecydowaliśmy się na ten pierwszy wariant i jako pierwsi ruszamy przez pole w kierunku PK3. Jest wcześnie (start o 7:00), na łące rządzi rosa więc już po kilku minutach buty mamy przemoczone, ale kto by zwracał na takie szczegóły uwagę? Jako ścisła czołówka płoszymy dwie sarny, które przebiegają nie więcej niż 5-7 metrów przed nami. Kontakt z naturą zaliczony.

Pierwsze cztery punkty (PK3, PK5, PK6 i PK8) zbieramy w sporym towarzystwie. Chwilami jest nas nawet 8-10 osób. W okolicy PK6, zgodnie z ostrzeżeniem orgów, trafiamy na ujadającego psa, który chwilowo zwiększa tempo przemieszczania się grupy;) Na szczęście głośny krzyk jednego z nas odstrasza go i czworonóg odpuszcza.

Na PK8 tracimy kilka chwil, co kończy się pożegnaniem ze ścisłą czołówką. Między PK8 i PK11 przedzieramy się przez gęsty las i kolejnych parę minut idzie w diabły. Przy okazji przyjmujemy trochę pokrzyw i jeżyn na łydki, nie ma lekko. Na PK13 wodopój, można też przegryźć pysznego wafelka, doskonały pomysł organizatorów. Najciekawiej umiejscowiony punkt na całej trasie to PK21. By się do niego dostać idziemy przez szkielet dawnego mostu. Dla osób z lękiem wysokości musiało to być niezłe przeżycie.

Po PK21 zapada decyzja, która ma ogromne znaczenie dla ostatecznego wyniku. Zamiast pójść kształtem „grzybka” i zebrać punkty ze środka mapy, ulegamy namowom Maćka (poznaniak dołączył do nas kilka km wcześniej i wytrwał do końca) by południem przez PK22 i PK19 pociągnąć do PK20, gdzie jest punkt żywnościowy (wyśmienite drożdżówki!), a dopiero potem załatwić środek z odcinkiem specjalnym. Jak dziś patrzę na mapę to od razu widzę, że był to cholerny błąd, przez który jak nic dołożyliśmy kilka kilometrów – byłaby spora szansa na zmieszczenie się w pierwszej dziesiątce… Nie ma jednak co płakać nad rozlanym mlekiem, stało się.

W międzyczasie spotykamy napierającego z drugiej strony Marcina Kargola, kolejnego biegacza, którego najpierw poznałem w sieci, a dopiero potem w realu. Miejsce na spotkanie było jednak dla nas złe, Marcin spokojnie sobie zbiega, a my męczymy się krok po kroku pod górę. A jest ciężko, naprawdę ciężko. Słońce i gorąc coraz bardziej dają się we znaki, a przewyższenia nie pozwalają na trzymanie sensownego tempa. Po równym i z góry staramy się biec, pod górkę maszerujemy. Często tniemy na azymut, przez lasy, łąki czy pola. To też chwila na odpoczynek, bo w trudnym terenie raczej nie da się biec. Przemoczone kilka razy stopy zdają się wołać o litość i zdjęcie butów, ale do mety jeszcze co najmniej 20 km.

Po jednym z takich cięć, przed PK10 puszczamy wodze szaleństwa i przez kilka minut pędzimy po ubitej szerokiej ścieżce w tempie życiówki na 10km! Na szczęście żaden z nas się nie potknął, bo takie coś mogłoby zakończyć się bardzo spektakularnym upadkiem i zapewne końcem zawodów. Czas na zaliczenie odpuszczonego wcześniej środka mapy, robimy to bez większych problemów, choć ja wyraźnie słabnę. Chwilę wcześniej wpadamy na robiącego odwrotny wariant Irka. Mistrzem końcówki maratonu (na liczniku mamy 40 km) jest Benek, który ciągnie nasz czteroosobowy tramwaj nie tylko nawigując, ale i dyktując tempo, szacun! Ja wlokę się na końcu i ledwie dyszę. Bojąc się o skręcenie kostki, zwalniam szczególnie na zbiegach po nierównym terenie, bo z gleby wystają kamulce i korzenie.

Przed PK7 (ostatni punkt żywnościowy) doganiamy Piotra Kwitowskiego i jeszcze jednego zawodnika. Z punktu ruszamy razem z nimi. Z Benkiem zaczynamy dyktować szybsze tempo, a cel jest jeden: zgubić rywali! W końcu to mistrzostwa Polski, więc nie ma miejsca na sentymenty;) Dopełnienie bukłaka, baton białkowo-węglowodanowy i żel energetyczny stawiają mnie na nogi i znów mam siłę szybciej przebierać nogami. Na horyzoncie kolejny zawodnik – doganiamy i wyprzedzamy, choć okazuje się, że to setkowicz, więc nie nasz rywal. Ale już w okolicy przedostatniego punktu (PK1) następny i znów udaje się zostawić go za plecami. Mimo zaaplikowania kilku tabletek, Bernardowi odzywa się kontuzja, więc teraz ja – w rewanżu za wcześniejsze prowadzenie – holuję go do PK2, gdzie ostatecznie się rozdzielamy i każdy napiera we własnym tempie.

W nogach ponad 54 km, do mety zostały niecałe 4, zaczynam samotny finisz. Nie wiem skąd po takim dystansie mam siłę do biegu, ale gdy docierając do ostatniej prostej (1,5 km do mety) dostrzegam Irka Kociołka. Jest lekko z górki, jeszcze przyspieszam i robię swój najszybszy kilometr na zawodach – w 4:43! Ale to na nic, bo Irek też mnie widzi i napiera bez chwili wytchnienia. Na podstawie cieni drzew na szosie liczę w krokach stratę: 64 kroki, za chwilę 60, 55… Do mety jakieś 700 metrów, Irek nawet pod górkę nie zwalnia, nie dam rady go dogonić. Wpadam na metę nie więcej niż 30 sek. po nim. 58 km po Górach Izerskich (suma przewyższeń 1513 m) pokonałem w 8:57, co dało mi 14 miejsce wśród mężczyzn na Mistrzostwach Polski w Pieszych Maratonach na Orientację na dystansie 50 km, wyprzedziły mnie jeszcze niesamowite Dagmara i Kasia, w klasyfikacji open byłem więc 16.

Krasus tuż przed metą III Izerskiej Wielkiej Wyrypy
Tuż przed metą III IWW

Na mecie pożywny makaron, dużo picia i… radość, że to już koniec. Niby nie byliśmy wyżej niż 850 m.n.p.m., ale to ciągłe z górki i pod górkę w połączeniu z palącym słońcem mocno mnie zmordowało. Zawody górskie to jednak zupełnie inna para kaloszy, nieporównywalna z bieganiem po równinie. Dziś, po ochłonięciu, radości jakby trochę mniej, bo do głosu dochodzi niedosyt związany z wyborem złego wariantu mapy. Było dobrze, ale mogło być lepiej. Nauka na przyszłość jest jedna: w razie wątpliwości z wyborem przebiegu należy go choćby pobieżnie zmierzyć, w tym przypadku wystarczyło przyłożyć palec:/

Nie zmienia to jednak faktu, że III Izerska Wielka Wyrypa była doskonale zorganizowaną imprezą, godną rangi mistrzostw Polski. Budowniczy trasy stanęli na wysokości zadania, gęsta siatka 27 punktów kontrolnych sprawiła, że wariantów trasy było bardzo dużo, o czym zresztą świadczą pomiary GPS uczestników – niektórzy zrobili ponoć aż 68 km. Nie bez znaczenia jest też wyjątkowej urody okolica – naprawdę szczerze polecam na kilkudniowy wypad. Nie dość, że można połazić po Górach Izerskich (albo pojeździć rowerem – tras nie brakuje) to jeszcze można coś ciekawego zobaczyć. Warto pojechać do Lwówka, Gryfowa i oczywiście monumentalnego zamku Czocha.

Mistrzów Polski jest teraz czterech, pierwsi na metę ex-eaquo wpadli Piotr Banaszkiewicz, Jakub Molski, Mariusz Plesiński i Łukasz Romanowski z czasem 7:34. Wśród kobiet najlepsza była Dagmara Kozioł z czasem 7:54, więcej wyników na stronie organizatora.

Tradycyjnie track z GPS-a dla zainteresowanych. Jeśli czytają to inni uczestnicy III IWW to w komentarzu rzućcie linkiem, albo choćby dystansem, który zrobiliście, ciekaw jestem porównania.

Stats&hints III Izerska Wielka Wyrypa:
Wynik: czas 8:57; 16. miejsce na 139 osób w klasyfikacji open

Warunki pogodowe: od ok. 8 stopni rano do ok. 25 po południu. Słonecznie.

Sprzęt/ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty Innov-8 Debrisgaiter 32; czapka z daszkiem; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; koszulka Adidasa z Półmaratonu Warszawskiego; Garmin FR305; kompas Silva Ranger.

Jedzenie/picie: 2 batony normalne i 2 mini + 3 żele energetyczne + drożdżówka, ciastka i owoce na punktach odżywczych; 2,2 l napoju w bukłaku (dwukrotnie dopełniane na punktach).