W czym biegać i jak słuchać muzyki?

Jak się ma niewielu czytelników, to trzeba o nich dbać. Pod jednym z poprzednich wpisów Ynka zapytała o strój biegowy dla początkujących oraz o słuchawki. Odpowiedzi na te pytania nie są proste, bo ilu biegaczy tyle poglądów i nawyków, podzielę się tutaj swoimi w nadziei, że pozostali czytelnicy dołożą w komciach kilka cegiełek, który pozwoli Ci znaleźć optymalne rozwiązanie.

Strój do biegania
Absolutną podstawą są wg mnie buty, tu nie warto skąpić grosza. Źle dobrane obuwie może prowadzić do problemów nie tylko ze stopami, ale i kolanami, a nawet kręgosłupem. Jeśli ktoś zamierza biegać więcej niż 20 minut raz w tygodniu to powinien zaopatrzyć się w dobre buty dopasowane do stopy. Ich kupowanie porównałbym do kupowania telewizora. Można iść do elektromarketu i kupić TV, ale prawdopodobieństwo fachowej obsługi jest niewielkie i jeśli nie posiadamy wiedzy, nie przeprowadzimy we własnym zakresie odpowiedniego researchu, istnieje ryzyko zakupu, który nie spełni naszych oczekiwań. Podobnie z butami do biegania – w mojej ocenie warto zapłacić za nie więcej, ale uzyskać za to fachową pomoc w wyborze. W kilku punktach w Warszawie mają sprzęt do przeprowadzenia analizy video sposobu biegu. Dzięki niej sprzedawcy są w stanie podpowiedzieć odpowiednie buty. Jeśli cena będzie zbyt kosmiczna to można zapłacić za analizę (np. 30 zł), a buty kupić we własnym zakresie w innym miejscu.

A wszystko poza butami kupuję w D-P-T, czyli Decathlon – promocje w markowych sklepach – Tchibo. Koszulka techniczna (warto kilka takich mieć, sprawdzają się o niebo lepiej od bawełnianych, nie tylko do biegania, ale i na rower czy w góry) za 40 zł naprawdę nie będzie wiele gorsza od tej za 100 zł. Dobrym sposobem na nabycie markowych koszulek jest zapisywanie się na Biegnij Warszawo. To chyba największa impreza biegowa w kraju, wpisowe wynosiło w 2011 r. 60 zł, a w pakiecie startowym dostajemy bardzo dobrej jakości koszulkę Nike. Jak ktoś nie chce to biec nie musi, ale koszulka jest;)

Podobnie jak z koszulką jest ze spodniami do biegania, skarpetkami, czy kurtką przeciwwiatrową (oj przydaje się!). Standardowa cena markowych kilkakrotnie przewyższa te w Decathlonie (sprawdzałem marki Kalenji i Quechua i są OK) czy w Tchibo, gdzie co jakiś czas na półki trafia sprzęt do biegania (ostatni bardzo udany zakup to wiatroszczelna kurtka do biegania za 129 zł).

Oczywiście nie strój czyni biegacza i biegać można we wszystkim. To co napisałem powyżej to po prostu moje własne doświadczenia (podobne mają moi dwaj biegający koledzy z pracy). Jeśli zaś chodzi o to, jak ciepło się ubierać to trzeba po prostu wyczuć swój organizm, bo każdy ma inaczej. Ogólna zasada jest taka: przy wyjściu z domu powinno nam być chłodno, bo biegnąc się rozgrzewamy, więc po kilku minutach osiągniemy temperaturę komfortową, a po kilkunastu zapewne się spocimy. No i im ubranie lżejsze tym lepiej, przydaje się też oddychalność, która znacznie podnosi komfort użytkowania. Druga zasada mówi o ubieraniu się „na cebulę”, czyli lepiej więcej cieńszych warstw niż mniej grubszych. W zimniejsze dni przydają się czapka i rękawiczki, ale to też zależy od własnych preferencji.

Bieganie i muzyka
Muzyka odgrywa w moim życiu ogromną rolę, nie rozstaję się z nią także biegając. Biegam ze starym iPodem Shuffle, którego zaletami są klips do przyczepienia do czegokolwiek, mały rozmiar i wygodne sterowanie (klawisze na „klik”, a nie dotykowe). Biegam z oryginalnymi słuchawkami od niego (zwykłe douszne), które jednak „stuningowałem” o gąbkowe nakładki, dzięki którym lepiej leżą w uchu. Zawiodły mnie tylko jeden raz, na maratonie, po ponad 3 godz. biegu jedna padła (chyba została zalana potem, bo po wyschnięciu działa dobrze). Jeden z moich w/w kolegów używa słuchawek dokanałowych (dobrze mu leżą w uchu), a drugi… „Nie używam. Wsłuchuję się w swoją własną, wewnętrzną muzykę –szum krwi w uszach, rytm bicia serca i oddech;)”. Masz więc trzech biegaczy i trzy rozwiązania;) Najlepiej po prostu sprawdzić kilka opcji. Czasami decyduje o tym np. kształt małżowiny usznej, który uniemożliwia wykorzystywanie niektórych rodzajów dousznych słuchawek. Z dyskusji na forach wynika, że ludzie biegają nawet w większych słuchawkach z pałąkiem (np. moich ukochanych Koss Porta Pro), mi takie rozwiązanie nie odpowiada.

Wiele aspektów biegania trzeba wypracować we własnym zakresie, poeksperymentować i znaleźć swoje rozwiązanie. Doświadczenia innych mogą być tylko wskazówką. Tak samo jest np. z zabieraniem na trening picia czy jedzenia. Nie wyobrażam sobie biegania „na sucho” dłużej niż 1,5 godz., tymczasem kilka dni temu kolega MS zrobił na luzaku ponad 33 km bez łyka wody czy kęsa batona. Na dodatek zrobił to w tempie, w którym ja marzę przebiec półmaraton;)

A inni czytający blogaska biegacze, jakie mają doświadczenia i poglądy?

Biegacz obieżyświat

Osiem miejscowości i cztery gminy – mieszkanie poza miastem ma taką zaletę, że niewielkim nakładem sił można sporo świata odwiedzić, a dziś pobiłem pod tym względem swój rekord!:) Mysiadło, Warszawa, Kierszek, Konstancin-Jeziorna, Józefosław, Julianów, Piaseczno i Nowa Iwiczna. To prawie jak życie w Bazylei, gdzie jedna niezbyt długa wyprawa rowerowa pozwala odwiedzić trzy kraje, to dopiero byłoby coś! Acz wierzę, że rekord wkrótce pobiję, bo w niewielkiej odległości do zaliczenia są jeszcze m.in. Chyliczki, Stara Iwiczna, Lesznowola, Nowa Wola, Zgorzała i inne.

Nie wiem jak Was koleżanki i kolegi biegacze, ale mnie w bieganiu cieszą małe rzeczy towarzyszące mu. Jak np. właśnie to, że przez ponad 2 godz. dzisiejszego treningu odwiedziłem tyle miejscowości i gmin, czy że udało mi się przesłuchać prawie pół książki i nawet słuchałem ze zrozumieniem.

Małe radości i małe cele – to czyni bieganie ciekawym. Nawet biegnąc maraton cały czas myślałem – byle do tego zakrętu, byle dogonić jeszcze tę osobę, byle jeszcze ten kilometr utrzymać tempo. I tak do samej mety. Da się. Realizując małe cele cegiełka po cegiełce budujemy realizację tego wielkiego. Bo przecież trudno po 10 km myśleć „ufff, jeszcze tylko 32 km”. To na pewno nie motywowałoby do dalszego przebierania nogami.

Ach, i jeszcze jedno, satysfakcja! Robienie dłuższego treningu (prawie 22 km to dla mnie sporo) w pogodę, w którą normalnemu człowiekowi nie chce się wyściubić nosa z domu (co za wiatr!), daje naprawdę sporo radości:)

PS, Wybaczcie mi tę nadtwórczość blogową, na razie (zapał początkującego;)) chce mi się pisać o wszystkim, z czasem pewnie się ogarnę i będą tu już tylko najciekawsze rzeczy.

Jezioro zimowym przyjacielem biegacza

W weekend dwa tygodnie temu zaprzyjaźniłem się z jeziorami w zimowym wydaniu. W piątek zrobiłem sobie na nim trening biegowy, w sobotę biegałem wokół kilku innych 15 km, a w niedzielę wykąpałem się w przeręblu.

Kilkudziesięciocentymetrowa warstwa lodu na jeziorze kusiła mnie od kilku dni – bieganie po lodzie, to by było coś! Możliwość zrobienia treningu biegowego na takiej nawierzchni wygrała z obawami o bezpieczeństwo (wszak widoczne ślady ludzi, rowerów, a nawet samochodów dawały jako-taką gwarancję bezpieczeństwa przemieszczania się po lodzie). Na początku biegłem z pewną dozą nieśmiałości, cały czas planując kierunek poruszania się i pilnując tego, by raczej biec tam, gdzie są już jakieś ślady wydeptane w śniegu. Przy każdym kroku czułem dreszczyk emocji i nasłuchiwałem, czy jezioro nie wydaje czasem jakichś odgłosów pękania. Cóż, no risk no fun!

Kilkunastocentymetrowa warstwa śniegu pozwalała na utrzymanie przyczepności (po raz kolejny okazało się, że zakup trialowych Adidasów był doskonałym pomysłem!), ale w miejscach mocniej wydeptanych trafiałem na lód i bieg był wtedy niezwykle trudny.

W sumie zrobiłem 5 kilometrów (track z Garmina wygląda imponująco, bieganie po jeziorze nie zdarza się często:)), ale przez dodatkowe skupienie związane z myśleniem o tym, że pode mną jest kilka metrów lodowatej wody oraz wysiłek związany z utrzymywaniem równowagi na lodzie, zdążyłem się trochę zmęczyć. A że dzień później był X Zimowy Bieg Trzech Jezior w Trzemesznie (15 km po lasach wokół jezior), nie chciałem się katować i na tym zakończyłem trening.

Sobotnie zawody uważam za bardzo udane, celem był czas poniżej 1:15, a udało się zrobić 1:14:08 netto. Warunki świetne, kapitalna pogoda (choć siarczysty mróz życia oczywiście nie ułatwiał) i chleb ze smalcem i ogórkiem oraz grochówka na mecie sprawiły, że Trzemeszno (a właściwie Gołąbki, bo tam były start i meta) na stałe dopisuję do swojego biegowego kalendarza.

Zimowe oswajanie się z jeziorem kontynuowałem w niedzielę gdy dołączyłem do Żnińskiego Klubu Morsa. Po pół godzinie rąbania siekierą udało nam się zrobić 5-osobowy przerębel i stało się: wykąpałem się w temperaturze -10 °C! Ciekawostką jest, że mimo 15 lat zamieszkiwania w Żninie, a potem częstych odwiedzin u rodziców, w tamtejszym jeziorze pierwszy raz wykąpałem się… zimą. W wodzie byłem minutę, potem chwila na mrozie. Daje to niesamowite uczucie – woda zamarza na skórze i ma się wrażenie jakby w skórę wbijało się tysiące malutkich szpilek, kapitalna sprawa! Na końcu sprint do szatni by się wytrzeć, ubrać i ogrzać.

Wbrew obawom: w weekend, w którym najpierw trenowałem na jeziorze, potem na zawodach pobiegłem 15 km w konkretnym mrozie (-15 na starcie), a w końcu wykąpałem się w przeręblu, nie zakończył się dla mnie jakimkolwiek przeziębieniem, czy choćby chrypką. Każdą z tych aktywności serdecznie polecam:)

Jurij Gagarin Sta-lin, Sta-lin…, czyli zimowa masakra na Skorpionie

Ponad 12 godz. przedzierania się przez zaśnieżone pola, lasy i wąwozy na własne życzenie. Udziału w XI Ekstremalnej Imprezie na Orientację Skorpion 2012 nie sposób określić inaczej niż masochizm. Ale gdybym miał jeszcze raz podejmować decyzję o starcie to byłaby ona taka sama: warto było! I za rok też będę chciał się pojawić:)
Akapit dla niezorientowanych: bieg na orientację polega na tym, że dostaje się mapę z zaznaczonymi punktami kontrolnymi, które trzeba znaleźć w terenie i je zaliczyć. Robi się to wpisując kod zapisany na punkcie lub też dziurkując kartę startową przyczepionym do PK perforatorem. Czasami są tzw. punkty stowarzyszone (czyli fałszywe, mające na celu zmylenie uczestników), które są umieszczone w podobnych miejscach co normalne i tylko dokładnie studiując mapę można to dostrzec. Za zaliczenie punktu stowarzyszonego są kary czasowe. Nie ma określonej trasy takiego biegu, na podstawie mapy każdy sam wybiera drogę. PMNO to Piesze Maratony na Orientację (50 i 100 km) i aktualnie właśnie to najbardziej mnie w bieganiu kręci:)
Na Roztocze pojechaliśmy w piątek, nocleg w Bychawie był dobrym pomysłem, próby snu na sali gimnastycznej, gdzie śpi kilkadziesiąt innych osób, kompletnie się w moim przypadku nie sprawdzają. Wolę zainwestować kilkadziesiąt złotych i wygodnie się kimnąć. Do batorskiej bazy imprezy dotarliśmy w sobotę przed siódmą rano. Jest parę znajomych twarzy, m.in. Piotr Kwitowski, który na Funex Orient wyprzedził nas o długość stopy albo dwóch. Sprawne załatwienie formalności i słyszymy od organizatorów, że z setkowiczów (wystartowali o 20:00 w piątek) po 12 godz. walki nikt nie dotarł jeszcze do półmetka. Już wiemy, że będzie ciężko, bardzo ciężko.

Dostajemy mapy, jeszcze kilka zdań od wójta gminy Batorz i odliczanie: trzy… dwa… jeden… start! Początek szosą. Złożona z ponad 100 osób stawka szybko dzieli się na biegnących i maszerujących. Biegniemy dość blisko czołówki, potem peleton powoli się rozpierzcha, opuszczamy szosę i przez pola w kierunku PK1, który znajduje się na szczycie Góry Sowiej, najwyższego punktu w okolicy. Mapa z lat 70-tych i kompletnie zasypane śniegiem lasy i pola nie ułatwiają życia, trudno jest chyba wszystkim, bo ślady w śniegu prowadzą w każdym możliwym kierunku. Długo kluczymy nim w końcu trafiamy na pierwszy punkt. Na dwójkę (na górze wąwozu – wąwozy będą stałym elementem całej trasy) wpadamy bez kłopotu, ale potem okazuje się, że daliśmy się nabrać na punkt stowarzyszony i w ostatecznym rozrachunku doliczono nam za to 25 min. kary.
Od razu popełniamy kolejny błąd. Zamiast, jak większość, obejść wąwóz górą, wraz z inną dwójką schodzimy na dół i torujemy nową ścieżkę przez wąwóz. Mamy siły, więc biegnie się dość sprawnie. Niestety, po opuszczeniu wąwozu niezbyt dokładnie pilnujemy kierunków świata i robimy wielkie koło na południe. Gdybyśmy poruszali się z resztą towarzystwa to nie dość, że łatwiej byłoby dostać się do PK3, to jeszcze trafilibyśmy na poprawną dwójkę (była na górze kolejnego wąwozu). A tak znalezienie PK3 zajmuje nam masę czasu. Staramy się jak najwięcej biec, a cały czas doganiamy maszerujących – znak, że schrzaniliśmy nawigację i mamy dużą stratę. To mocno frustrujące.
Przemieszczanie się w terenie jest trudne, kopny śnieg po łydki znacznie utrudnia bieg, po 2 godz. czuję, że stopy mam już mokre. Kilka godzin później przestaje to przeszkadzać, ale dzięki zastosowaniu cudownego Sudokremu stopom nic złego się nie stało. Jedyne dobre odcinki są wtedy gdy biegniemy „torem bobslejowym”, czyli ścieżką wydeptaną przez kilkadziesiąt osób przed nami. Ale nie zawsze jest to możliwe, już po 10 km jesteśmy zmęczeni, półmaraton osiągamy w 5 godzin. Dodatkowo wychodzi brak plecaka z bukłakiem – każdy łyk wody wymaga zdjęcia plecaka i pochłania mi cenne sekundy.
Kolejne dwa PK pokonujemy w miarę sprawnie, sukcesywnie doganiając kolejnych maszerujących. W trakcie jednej z prób zorientowania się gdzie jesteśmy krzywo staję prawą nogą i skręcam kostkę. Na szczęście w miarę lekko i po kilku minutach napieram dalej. Przy PK6, po 21 km wg mapy, a 26,5 km wg Garmina (błędy w nawigacji…) jest ognisko. Można się napić ciepłej herbaty (wypijam bodaj siedem kubków!), chwilę przerwy wykorzystuję na posilenie się kanapką i kabanosem (sprawdza się kapitalnie). W międzyczasie przy ognisku pojawia się Paweł Pakuła, ścisła czołówka setki. Potem okazuje się, że kolejne punkty ma takie same jak my i przez kilka kilometrów napieramy razem. Pod górkę marsz, z górki i po równym bieg. Taktyka się sprawdza. Szybko i sprawnie docieramy do PK7, ale tam znów dajemy się nabrać na punkt stowarzyszony i dostaniemy za to 10 min. kary. Prawdziwy punkt zauważyliśmy tuż po odejściu od fałszywego. Parę minut później zostajemy z tyłu za Pawłem, nogi po prostu nie dają rady. Ja mam w nogach 30 km, a Paweł z 80 (jest w trasie od 20 godzin!) i wygląda dużo lepiej, prawdziwy twardziel. Robi się ciemno, czas zamontować czołówkę. Zaliczamy kolejne PK, zapada zmrok.
Dopiero między PK10 a PK11 dostaję dodatkowego zastrzyku energii i zostawiam Benka kilkaset metrów z tyłu. Doganiam jednego z setkowiczów, próbuję go zagadywać, wygląda jak zombie i po kilkudziesięciu sekundach udaje mu się wydukać: „Masz może coś do jedzenia, czego nie planujesz zjeść?”. Mam jeszcze dwa batony, do mety kilkanaście kilometrów, oddaję mu jeden i życzę powodzenia. Potem okazuje się, że był to Taras Koniukhov z Ukrainy, późniejszy zwycięzca setki – znak, że baton Isostara się sprawdził;) Cisnę dalej chcąc wykorzystać zapas energii. W tym czasie kryzys łapie Benek, ale dość szybko wraca do sił. Jednak częściej to ja jestem w naszym dwuosobowym zespole spowalniaczem. Pod koniec praktycznie nie mam już sił nawet by patrzeć w mapę i zdaję się całkowicie na niego oraz ślady poprzedników na śniegu.
Na pewnym etapie zmęczenia człowiek działa… hmmm, dziwnie. Mózg pracuje jakby nieco z boku, w oderwaniu od reszty. Nogi idą raz-dwa-raz-dwa, a głowa… Mi do głowy wpadł (skąd?!) rytm „Jurij Gagarin Sta-lin, Sta-lin” i krok po kroku w głowie mi to wybijało rytm. Śnieg po łydki lub po kolana, noga za nogą „Jurij Gagarin Sta-lin, Sta-lin…”. Pola uprawne na Roztoczu są na różnych poziomach, takich jakby tarasach. Jak się pokonuje je w poprzek to co rusz masz półmetrowy schodek w górę lub w dół. Czasem więcej niż półmetrowy, raz wpadłem po pas. Po 45 km napierania w takich warunkach skok z pół metra jest ekstremalnym wyczynem, mięśnie nóg trzymają na granicy wytrzymałości. Pod górę często korzystam z kolan. Dwa kroki na czworaka, wstaję, otrzepuję kolana ze śniegu i znów krok za krokiem. „Jurij Gagarin Sta-lin, Sta-lin…”.
Ciśniemy dalej, doganiamy kolejnych kilka osób, w tym spotkanego wcześniej już kilka razy Pawła Pakułę. Zatrzymujemy się przy prostopadłym skrzyżowaniu śladów, po raz drugi skręcam tę samą kostkę. Dumamy nad kierunkiem dalszego marszobiegu. Ślady na wprost są mniej wydeptane, ale wydaje się, że prowadzą prosto na PK12 (ostatni!). Wybieramy jednak tor bobslejowy w lewo. Po paru minutach Paweł zauważa, że te ślady prowadzą w drugą stronę – ktoś stamtąd przyszedł, a nie tam poszedł! Zawrotka. Znów to samo skrzyżowanie. Paweł idzie dalej torem, reszta pociska wprost na PK.
To była dobra decyzja. Biec jest trudno, ale tempo marszu w miarę trzymamy. W międzyczasie po raz trzeci skręcam prawą kostkę. Boli, ale przecież nie mam wyjścia, napieram dalej. Przy ostatnim PK sporo ludzi, ruszamy spod niego dość szybko, z nami jeszcze dwójka osób, nie tracimy czasu na zbędne dyskusje czy rozważanie wariantów. Szybko zostaję z tyłu, kostka nie pozwala na utrzymanie tempa. Benek na czele, kawałek za nim dwóch innych skorpionowiczów, w odległości 100 m ja. Po raz kolejny trafiamy na Pawła (podąża dopiero w stronę PK12, więc nasz wariant drogi był lepszy, co zresztą widać na tracku z Garmina – rzeczywiście prowadził prosto na PK), nieznajomi zaczynają z nim rozmawiać, ja tylko rzucam pozdrowienie i ich wyprzedzam, do mety zostało ok 5 km, teraz liczy się każda minuta! Mimo ekstremalnego zmęczenia zaczynam biec, cel mam tylko jeden – uciec dwójce z tyłu. W oddali przede mną widzę czołówkę Benka, pewnie zaczeka na mnie po dotarciu do szosy. Spotykamy kolejne osoby podążające do ostatniego PK, po paru minutach gubię „ogon” i dochodzę swojego towarzysza. Ruszamy na ostatni odcinek – 4km szosą do Batorza. Po tych godzinach przedzierania się przez śnieg, asfalt wydaje się najlepszą możliwą nawierzchnią. Postanawiamy biec. Mineralka z butelki ma chyba z 1 stopień Celsjusza, ogrzanie jej w ustach zajmuje sporo czasu, a i tak połykam zimną wodę. Pastylki na gardło w kieszeni się przydają i sprawiają, że wracam do domu tylko z lekką chrypką. Nie mamy już szans na zmieszczenie się w 12 godz., ale przez te ostatnie 4 km wyprzedzamy jeszcze kilkanaście osób. Czas mety 12 godz. 07 minut. W połączeniu z karami daje nam to 12:42 i 23. miejsce w klasyfikacji Open oraz sporo punktów do Pucharu Polski, jupi! W głowie pulsuje: udało się, udało się!
A na mecie wyśmienity obiad! Jest rozgrzewająca zupa, kartofelki, mięso i surówka. Do tego wypijam osiem szklanek kompotu. Jeśli chodzi o gastronomię to Skorpion zdecydowanie zostawił w tyle Izerską Wielką Wyrypę i Funex Orient, w których brałem udział w 2011 r. Zresztą, był też najtrudniejszy nawigacyjnie i pod względem warunków na trasie. Z prawie 56 km, jakie zliczył Garmin, szosami zrobiliśmy nie więcej niż 6-8 km. Leśne lub polne drogi, jeśli w ogóle były, niczym nie różniły się od lasu i pola – śniegu było co najmniej po łydki. Najszybsze 10 km wg Garmina zrobiliśmy w 1:49. Na IWW gdzie praktycznie nie biegałem było to 1:34, a na Funex 1:09. To najlepiej pokazuje ekstremalną trudność tych zawodów. Wszystkie punkty zaliczyła nieco ponad połowa uczestników, w tym tylko jedna kobieta.

Na wygrywanie przyjdzie jeszcze czas, muszę trochę podszkolić nawigację i pamiętać o długich wybieganiach, by nie siadać kondycyjnie po 30 czy 40 km. Ireneuszowi Kociołkowi wygrać udało się za około 30 startem, mam czas!;)

Stats&hints:
Warunki pogodowe: -2 stopnie, dużo leżącego śniegu, brak opadów, pochmurno – pogoda idealna.
Sprzęt i ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty Innov-8 Debrisgaiter 32; skarpety trekkingowe Fjord Nansen; dwie pary legginsów + krótkie spodenki; dwie koszulki techniczne z długim rękawem; rękawiczki polarowe; czapka; softshell Quechua (do rozważenia zamiana na lżejszą kurtkę biegową, po tylu godzinach softshell ważył chyba kilka kg!); czołówka Petzl Tikka Plus; mapnik Tatonka; Garmin FR305 (bateria padła po 14 godzinach).
Jedzenie: 2 kanapki + bułka + 2 kabanosy; 3 batony + żel energetyczny + cukierki energetyczne + Kopiko; 1,5 l wody + Powerade (za mało napojów!).

Na początek

XI Ekstremalna Impreza na Orientację Skorpion 2012 była dla mnie tak wielkim przeżyciem i niesamowitym doświadczeniem, że musiałem się nim podzielić z kilkoma osobami. Jeżdżąc komunikacją miejscą napisałem w komórce relację ze Skorpiona i aby mieć ją gdzie umieścić, powstał ten blogasek. Przyda mi się też na przyszłość, bo z każdego biegu czy rajdu wyciągam lekcję i dobrze będzie móc do nich sięgnąć.

Zapraszam do czytania i subskrybowania!