Apetyt rośnie w miarę jedzenia: 1:39:19 w półmaratonie

Około 3 km przed metą łapie mnie kryzys. Wiejący na Wisłostradzie wiatr mocno utrudnia bieg, sił coraz mniej, mięśnie i ścięgna działające na najwyższych obrotach zaczynają już wyć o linię mety. Tu nie ma już miejsca na równy oddech czy ładny techniczny bieg. Sapię jak parowóz, pluję i smarkam na lewo i prawo, pot zalewa mi twarz. Na szczęście szybka kalkulacja dodaje mi sił: wygląda na to, że dam radę zejść poniżej 1:40! Robię wszystko żeby plecy pacemakera nie oddalały się, a przybliżały. I udaje się! Nie wiem skąd mam siły żeby na ślimaku na most biec szybciej niż inni, ale tak było, wyprzedzam kolejnych kilka osób. Na samym moście doganiam pacemakera, który głośnym krzykiem zagrzewa biegaczy do finiszowania. Z mostu zakręt o 180 stopni w kierunku Stadionu Narodowego – nie był to najlepszy pomysł, bo wielu biegaczy wytraciło tam rytm. Do mety zostało 300 metrów, ale mam do pokonania jeszcze trzy łagodne zakręty, dopiero po ostatnim moim oczom ukazują się zegar i meta. Te ostatnie zakręty to już prawdziwy sprint wśród tłumu kibiców. A każdy z nich wiwatuje nie tylko swoim zawodnikom, ale wszystkim biegaczom, bo każdy z biegnących jest przecież bohaterem tego dnia. Na końcowych metrach wyprzedzam kilkanaście osób, na metę wpadam z rękoma w górze: wygrałem!
Myśląc miesiąc czy dwa miesiące temu o starcie w 7. Półmaratonie Warszawskim celowałem w spokojne złamanie 1:45 i ukończenie go w czasie ok. 1:43. Wprawdzie kalkulator biegowy na Bieganie.pl wskazywał (na podstawie jesiennej życiówki na 10 km 44:51), że mój czas w półmaratonie to 1:39:16, ale kto by tam wierzył kalkulatorom?;) Dobry wynik na Rajdzie Dolnego Sanu tydzień temu i brak jakichkolwiek dolegliwości po nim zmotywowały mnie do zaatakowania czasu 1:40. Uznałem, że jeśli skończą mi się siły pod koniec to najwyżej wyjdzie 1:41-1:42, co i tak będzie sukcesem. Ostatecznie okazało się, że kalkulator wcale taki zły nie jest, bo od wczoraj mój rekord w półmaratonie to 1:39:19! Kto wie, może gdybym nie wypadł z rytmu na zawrotce z mostu w stronę mety, wyszłoby dokładnie co do sekundy?:)

Trasa była fajna i zróżnicowana, a narzekanie na podbieg na Agrykoli uważam za śmieszne. Niektórzy chyba chcieliby biec całe 21 km z górki. Dopisała pogoda i dopisali Warszawiacy, którzy tłumnie wyszli na ulice. Najwięcej energii dodawali nie tylko zauważeni na trasie znajomi kibice (Strzelba, za to kuszenie browarem na Agrykoli to wiesz…!), ale i obcy ludzie bijący brawo biegaczom. No i te fantastyczne zespoły bębniarzy porozstawiane na trasie, orkiestra policyjna na Krakowskim Przedmieściu i rockmani grający pod Mostem Łazienkowskim. Wszystkim Wam i każdemu z osobna należą się ogromne pokłony i podziękowania, jesteście świetni.

Cóż za nagromadzenie pozytywnych emocji, właśnie za to kocham bieganie:)

Dla zainteresowanych track z GPSa: 7. Półmaraton Warszawski, a na wykresie tempo kilometr po kilometrze.

Wrażenia dot. organizacji
Na dzień dobry miłe zaskoczenie. Mimo rekordowej liczby uczestników (7,2 tys.), w strefie startu panował porządek. Nie miałem żadnego problemu z dostaniem się do depozytu, skorzystaniem z toalety, czy trafieniem do swojej strefy startowej i spokojnym ustawieniem się w niej. Miejsce parkingowe na Saskiej Kępie też udało się bez problemu znaleźć. Na starcie stanąłem niedaleko za pacemakerem na 1:40 i spędziłem za nim następne ponad 1,5 godziny. Nie spojrzałem niestety na nr startowy z imieniem, nie jestem więc dziś w stanie napisać nic więcej jak bezimienne „dziękuję Ci, było naprawdę świetnie!”.

Dzięki podziałowi na strefy startowe nawet na wąskim Nowym Świecie nie było tłoku. Także organizacja za linią mety była kapitalna. Zero kolejek do depozytu, masażu czy po jedzenie/picie/medal. Niewpuszczenie do strefy mety kibiców ma oczywiście taki minus, że nie można się z nimi wyściskać zaraz po biegu, ale z drugiej strony dzięki temu był większy porządek. Gratulacje od kibicujących mi po raz pierwszy rodziców zebrałem pół godziny po biegu, po spotkaniu na trybunach stadionu. Co zresztą też było świetnym rozwiązaniem, bo dla wielu była to jedyna okazja by zobaczyć największy obiekt sportowy w naszym kraju od wewnątrz. Mam nadzieję, że korzystanie ze Stadionu Narodowego stanie się w Warszawie biegową tradycją.

Już za 4 tygodnie Łódź Marato Dbam o Zdrowie. Początkowo celowałem w 3:45, ale… przecież apetyt rośnie w miarę jedzenia, prawda?:)

Rajd Dolnego Sanu, czyli wchodzimy na wyższy level PMNO

17. miejsce z czasem 7:59 w Rajdzie Dolnego Sanu to na razie najlepszy dla mnie wynik w Pieszych Maratonach na Orientację na dystansie 50 km. Mam nadzieję, że to dobry prognostyk na przyszłość i takie (lepsze!) czasy będę już osiągał regularnie. Przywitanie wiosny uważam za bardzo udane!

Już na początku roku uznałem, że ze względów logistycznych będę brał udział głównie w tych PMNO, które mieszczą się w promieniu 250 km od Warszawy. Rajd Dolnego Sanu się tu kwalifikował, a ciekawe relacje z poprzednich edycji zachęcały do odwiedzenia okolicy Sandomierza. Z Bernardem i Pawłem Choińskim z drużyny PTSD przenocowaliśmy w Sandomierzu (kwatery „Zielone Wzgórze”), gdzie próbowaliśmy skosztować nieco wieczorno-nocnego życia, ale okazało się, że przepiękny rynek nie przyciąga Sandomierzan. Z kilku knajp do których zajrzeliśmy, zapełnienie gośćmi większe niż 20% było tylko w jednej. Jako sportowcy ograniczyliśmy się dwóch Pereł Chmielowych i strzałka do łóżek. Rano pobudka i śmigamy do oddalonych o ok. 10 km Gorzyc. Odprawa przebiega bardzo sprawnie, o 8:30 dostajemy mapy i mamy czas na wybór wariantu pokonywania trasy. Decydujemy się na wariant odwrotny, czyli od PK9 do PK1. Punkty o wyższych numerach wyglądają na łatwiejsze i decyduje argument o potrzebie wejścia w rytm biegu i nawigacji.

O 9:00 start, z bram szkoły nasza trójka wybiega w ścisłej czołówce, ale szybko nadkładamy kilkaset metrów w drodze do PK9 i wyprzedza nas grupka około siedmiu osób. Do PK8 kawałek uderzamy przełajem po jakichś pościnanych krzaczorach. Trudno jest tam biec, średnio się nawet idzie. Ale dostajemy się do drogi i biegniemy prosto na punkt, gdzie hasa niewielka sarna. Spotykanie przyrody to jedna z najfajniejszych rzeczy w PMNO. Potem wpadamy na wał i nim biegniemy kolejnych kilka kilometrów wzdłuż malowniczego San. Bernard jest coraz dalej z przodu, my z Pawłem po raz pierwszy tego dnia wyprzedzamy Pawła Szarlipa, organizatora EInO Skorpion. Mostem przedostajemy się na drugą stronę Sanu i niestety przy punkcie tracimy z Pawłem kilka minut. Na wejściu przeoczyłem dobrze widoczny lampion, Paweł pobiegł za mną i zupełnie bez sensu kręciliśmy się parę minut po krzakach. Na szczęście PK6 i PK5 znajdujemy bez problemu, po drodze, w Zbydniowie, po raz pierwszy tego dnia zatrzymując się na zakup wody (słońce bardzo mocno daje się we znaki). Wg Garmina lokalny sklepik jest metą półmaratonu, robimy go w 2:26:17.

W drodze do PK4 (parę chwil wcześniej rozłączyłem się z Pawłem, który chciał oszczędzać siły na później) spotykam w lesie Irka Kociołka, który robi trasę od drugiej strony. Szybkie pozdrowienie i napieram dalej. Wychodzę z lasu i popełniam kolejny błąd. Zamiast rozejrzeć się dokładnie w terenie, pędzę dookoła pola po drodze nadkładając grubo ponad kilometr. A wystarczyło zlustrować teren – była tam droga prowadząca niemal prosto w stronę punktu. Do czwórki docieram obserwując (po raz kolejny tego dnia) plecy Pawła Szarlipa.

Przy PK4 zatrzymuję się na posiłek i dogania mnie Paweł Choiński. To co nastąpiło potem stanowi esencję mojej miłości do PMNO. Nie bacząc na mapę zapowiadającą bagna oraz ostrzeżenie jednego ze współuczestników, który postanowił zawrócić i ostrzegł nas, że „tam jest za mokro”, idziemy, w kierunku zupełnie innym niż większość uczestników, która wraca do drogi. Same bagna nie były wielkim problemem, bo rosły na nich kępki czegoś i stąpając po nich można było przejść duchą stopą. Gorzej, że co kawałek trafialiśmy na różne cieki wodne. Mniejsze dało się przeskoczyć, większe musieliśmy pokonywać korzystając z prowizorycznych mostków w postaci jednego lub dwóch drzew.

Dwumetrowej szerokości (i ponad metrowej głębokości) rzeczkę przeszliśmy po chybocącej się brzózce, podpierając się wbitym w dno kijem (potem okaże się, że dokładnie tym samym kijem – jakiś taki czerwony był – podpierał się jeszcze inny uczestnik). Emocji było sporo, zabieraliśmy się do tego przejścia jak „pies do jeża”, ale udało się nie wpaść do wody i popędzić dalej, a zmoczone lekko buty szybko wyschły od biegu. Kolejne dwa kilometry nadłożyliśmy odwiedzając Grębów, gdzie po raz kolejny uzupełniliśmy zapas wody w spożywczaku. Następnym razem skorzystam chyba z patentu Irka Kociołka i Pawła Pakuły, którzy zawinęli po prostu do mijanego gospodarstwa i tam poprosili o wodę – wychodzi dużo szybciej niż szukanie we wsi sklepu:)

Zamieszczony na słupie energetycznym PK3 znaleźliśmy bez problemu i wtedy nastąpiło kolejne tego dnia (ostatnie już) rozdzielenie z reprezentantem PTSD. Licząc na zmieszczenie się w 8 godzinach postanowiłem pobiec do mety, na co Paweł nie miał sił. Betonowa droga prowadzi mnie do wału, po nim docieram do PK2 i pędzę dalej, w kierunku PK1. Po drodze po raz kolejny wyprzedzam Pawła Szarlipa (on mnie nie wyprzedzał ani razu, co znaczy, że dużo lepiej nawigował, szacuneczek!), bez problemu wpadam na punkt i… popełniam kolejny błąd. Zamiast przyciąć wzdłuż lasku, postanawiam obiec dookoła duktami i niepotrzebnie nadkładam pół kilometra. Irytuje mnie to i postanawiam bardziej skupić się na mapie. Już bez przygód biegnę do Orlisk i wałem do Gorzyc w kierunku bazy. Emocji co nie miara, bo chcąc zmieścić się w 8h muszę cały czas co najmniej truchtać. Do Gorzyc wpadam sprintem, na zegarku organizatorów godzina 16:59 – udało się! Czas 7:59 (17. miejsce w klasyfikacji mężczyzn na 67, którzy wystartowali i 64, którzy ukończyli) to nowa życiówka w PMNO na 50 km. Garmin pokazuje, że zrobiłem 58,6 km. Część to na pewno błąd pomiaru, ale sporo nadłożyłem, czego dowodem choćby kilkakrotne wyprzedzanie Pawła Szarlipa.

Ogromna radość, satysfakcja i wreszcie chwila odpoczynku. Na mecie spotykam Benka (kapitalny czas 7:28 i 12. pozycja, a byłoby dużo lepiej gdyby nie ból kolana w końcowej części) i Irka, który z wrodzoną skromnością stwierdza, że jest w szoku, że zajął drugie miejsce;) W bazie jest cała czołówka Pucharu Polski, m.in. najwięksi wymiatacze PMNO: Michał Jędroszkowiak (wygrał setkę z czasem 11:50), Maciej Więcek (drugie miejsce w setce z czasem 12:31) i trzeci dziś, a drugi na Skorpionie miesiąc temu Paweł Pakuła. Szkoda tylko, że nie udało się osobiście poznać „sąsiadki” ze wsi obok, czyli Tofalarii, która ukończyła rajd kilka minut po tym jak wyjechaliśmy z bazy. Następnym razem! Nie zdołaliśmy też odnaleźć głównego organizatora, czyli Huberta i podziękować mu za świetną imprezę. Hubercie, dziękujemy!

Pięćdziesiątkę wygrał Rafał Klecha z czasem 5:42. 40 min. po mnie do mety dociera Paweł Choiński, który również robi życiówkę (8:39). Szybki (i tradycyjnie zimny) prysznic, wzmacniający posiłek (strogonof był pyszny!) i zbieramy się do domu. Na sofie z piwem zdążyłem zasiąść akurat na końcówkę meczu Sevilla-Barcelona:)

RDS zapisuję jako bardzo udaną imprezę. Najważniejsze, że (mimo słońca) udało się biec przez większość czasu. Najszybsze 10 km to 1:00:31, a mając już w nogach maraton, końcowe 16,6 km, od PK3 do mety (włączając w to zaliczenie dwóch punktów karnych i odwiedzenie leśnej toalety;)) zrobiłem w 1:54 – tempo 6:52/km. Z tego jestem zadowolony najbardziej, bo daje szansę, że wkrótce będę w stanie utrzymać średnie tempo około 7 min/km przez cały rajd, co pozwoliłoby mi osiągnąć wynik w okolicach 6h 30min. Nawigacja nie była trudna, a brak punktów stowarzyszonych i łatwe umiejscowienie lampionów (poza głupią wpadką na PK7 nie miałem z nimi żadnego problemu) sprawiły, że można było skupić się na bieganiu. Życie utrudniały jedynie wszędobylskie cieki, kilka bagienek i mapa sprzed prawie 40 lat. W wielu miejscach w tym czasie pojawił się lasek lub droga i dzięki temu było ciekawiej. RDS był imprezą całkowicie inną od ekstremalnego Skorpiona, ale równie fajną (w Gorzycach zabrakło jedynie kompotu na mecie, którego w Batorzu było pod dostatkiem).

Opisywany jakiś czas temu nowy plecak z bukłakiem do biegania spisał się świetnie, większy tekst o jego wadach i zaletach napiszę za parę (może nawet -naście…) dni.

Pozostałe (niepodlinkowane w tekście) relacje z rajdu:
Sabina Giełzak;
Krzysztof Drożdżyński;
Tomek Koguciuk;
- Wojtek Wanat.

Stats&hints:
Warunki pogodowe: od 5 stopni rano do 15 w południe, słonecznie, śniegu praktycznie brak, poza bagnami dość sucho.

Sprzęt i ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty Innov-8 Debrisgaiter 32 + skarpety Innov-8 (niedawny zakup – świetne są!); legginsy; dwie koszulki techniczne z długim rękawem (grubsza powędrowała do plecaka po 2 godz.); czapka z daszkiem; plecak Quechua Trail 10 Team z przytroczonym mapnikiem Tatonka; Garmin FR305. W plecaku nieużyta czołówka Petzl Tikka Plus.

Jedzenie: 2 kanapki + 3 kabanosy; 3 batony + dwa żele energetyczne + cukierki energetyczne + Kopiko; 2 l napoju w bukłaku + 0,7 l izotonika w bidonie. Ostały się kabanosy, zabrakło wody (1-1,5 litra).

Link to tracka w Endomondo: Rajd Dolnego Sanu 2012
(niestety, od kilku dni E. działa raz lepiej raz gorzej i czasami pokazuje mało dokładne mapy, mam nadzieję, że szybko usuną te problemy)

Zakupy: nowe buty i plecak do biegania

Dziś będzie krótko, ale konkretnie.
Jako że moje stare Asicsy dopełniają już żywota, zostałem zmuszony do szybkiego zakupu nowych butów do biegania. Był pośpiech, bo za tydzień 7. Półmaraton Warszawski (numer startowy 2209 – dopingujcie!), stare buty sprawiają moim stopom coraz większy dyskomfort, a nowe trzeba trochę rozbiegać. Wstępny research i kilka prób biegu po sklepie pozostawił na placu boju dwa modele: Brooks Pure Cadence i Nike Zoom Structure+ 15. To buty bardzo różne, jedyną łączącą je cechą jest przeznaczenie: dla pronatorów. Brooksy są bardziej miękkie, klasyfikowane wręcz jako buty do biegania naturalnego. Nike zaś są sztywniejsze, mają większą amortyzację i są cięższe. Ostatecznie zdecydowałem się na Brooksy, przeważyła waga (70 g mniej na sztuce), wygoda oraz chęć skierowania się trochę ku naturalnemu bieganiu. Buty całkowicie naturalne już mam (Adidas ClimaCool Ride), Brooksy mają amortyzację i podparcie dla pronatorów, spośród innych butów, które miałem na nogach wyróżnia je ciekawa podeszwa, która jest tak jakby… mięsista. Pierwsza próba butów jutro rano, większy test napiszę w kwietniu, jak już trochę w nich pobiegam, czekajcie cierpliwie.

Drugi zakup to plecak do biegania w PMNO i po górach. Praktycznie byłem zdecydowany na decathlonowy QuechuaDiosaz 10 Raid, ale na miejscu okazało się, że pojawił się nowy model. Quechua Trail 10 Team. Nieskończone przymiarki zajęły mi grubo ponad pół godziny, wygrała ta druga opcja. Zdecydowały mniejsza waga (pecak netto bez bukłaka waży tylko 320 gramów, o 230 mniej od Diosaza), większa odblaskowość, poręczniejsze kieszenie na pasie biodrowym oraz dodatkowe uchwyty na bidony na zewnątrz plecaka. Wielu uczestników PMNO twierdzi, że 2-litrowy bukłak wystarcza na 50-tkę w zupełności, ale mi nie. I nic na to nie poradzę, więc ta ostatnia cecha była bardzo ważna. Plecak przetestuję już w najbliższą sobotę na Rajdzie Dolnego Sanu i mam zamiar za kilkanaście dni zamieścić tu dłuższy opis jego funkcjonalności i komfortu biegania w nim.

A tymczasem zapraszam na trasę Półmaratonu Warszawskiego, to już za niecałe dwa tygodnie. Kto biegnie temu życzę życiówki, a kto nie – niech dopinguje innych, to naprawdę ważne! Z orienteeringowcami czytającym blogaska widzimy się w weekend na trasie RDS-u, do zo!:)

PS Sto lat Michasiu! Wymieć tam w Suszu, niech im kopary poopadają z wrażenia;)