Pobarcelońska pustka, czyli podsumowanie i fotorelacja

Przez ostatnich kilka miesięcy pracowałem nad przygotowaniem się do maratonu w Barcelonie. Jak nigdy biegałem długie treningi, rozmyślałem nad tempem i strategią, a przede wszystkim nakręcałem się na ten bieg. Wyobrażałem sobie miasto, kibiców, jak kilometr po kilometrze zbliżam się do upragnionego celu i jak mijam metę w wymarzonym czasie.

17 marca br. wszystko to się zrealizowało, a ja… poczułem pustkę. Przyzwyczaiłem się do tego nakręcania tak, że teraz mi tego brakuje. Owszem, już za trzy tygodnie będę atakował życiówkę na 10 km i to nie byle gdzie, bo w rodzinnym Żninie, gdzie wśród kibiców nie zabraknie zapewne osób mi znanych i bliskich, ale jednak 10 km to nie to samo co maraton, królewski dystans. Dyszkę można na maksa pobiec co miesiąc i bić życiówki, do maratonu przygotowania to kilka miesięcy pracy, długich treningów i wystarczy jeden błąd czy pech (np. problem zdrowotny) i wszystko idzie w diabły.

W relacji z maratonu obiecałem jeszcze kilka słów na temat Zurich Marató Barcelona i zdjęcia, będzie więc małe podsumowanie i ocena tego, jak w Hiszpanii robią maratony.

Organizacja – 5/6
Wbrew temu co marudziłem pod nosem przed startem, organizacja startu nie była wcale taka zła, ot po prostu pomyliłem godzinę startu;) Aczkolwiek potem dowiedziałem się od kibiców, że problemy były. Strefa, z której startowałem była za mała w stosunku do liczby biegaczy i wiele osób się w niej nie zmieściło, po prostu nie mogli wejść i wystartować normalnie. W efekcie kilkuset biegaczy biegnących na 3:15-3:30 wystartowało dużo później, za wolniejszymi grupami. Prawdopodobnie źle oszacowano liczbę osób, które mogą zmieścić się w tej strefie. Mimo tego start kilkunastu tysięcy biegaczy przebiegł bardzo sprawnie.

Słabo też wypadają zdjęcia organizatorów. Minęły prawie dwa tygodnie od biegu, a w systemie mam zaledwie cztery, musiałbym zapłacić za nie 25 euro, daruję sobie;) Są za to dostępne nagrania video, najfajniejsze jest to nazwane Av. M Cristina, widać na nim jak przekraczam linię mety (z flagą). Filmiki można zobaczyć tutaj.

Pajacyki na rozgrzewkę

Ale to drobne zarzuty jeśli chodzi o kwestie organizacyjne. Nie było horrendalnych kolejek do depozytów jak w Łodzi’12, nie było tłoku za linią mety jak na Półmaratonie Warszawskim’13, ani żadnych innych tego typu wpadek. Za metą na uczestników czekały nie tylko woda i izotoniki, ale i stoły pełne owoców oraz bakalii. Świeżych, przepysznych owoców. Przy pomarańczach spędziłem chyba z dziesięć minut;)

Punkty żywieniowe – 6/6
Pomarańcze oraz rodzynki i orzechy były też na punktach odżywczych na trasie. Bardzo orzeźwiające i dodające energii, gdyby nie było ich na 40 km, nie wiem czy dałbym radę ukończyć maraton w zakładanym czasie. Punkty były dwustronne (znów nawiążę do polskiego podwórka – niewiele mniejszy Półmaraton Warszawski miał jednostronne), długie i było ich dużo. Na niektórych były tylko napoje, na innych też owoce, a nawet żele energetyczne. Z tych ostatnich nie korzystałem, bo nie lubię eksperymentować na zawodach, o ich jakości się więc nie wypowiem.

Jedyną wadą organizacji punktów odżywczych była kolejność napoi. Najpierw była woda, a potem izotonik. A każdy trochę doświadczony biegacz wie, że nie należy kończyć posilania się izo, bo słodki posmak w ustach jest potem nie do zniesienia. Wody było za to do oporu, dawano ją w niedużych butelkach, co ułatwia picie w stosunku do stosowanych w Polsce kubeczków.

Wśród wielu zalet Barcelony nie sposób nie wymienić jedzenia!
(oczywiście to nie punkty żywieniowe na maratonie;))

Trasa maratonu – 6/6
Niebagatelną zaletą Zurich Marató Barcelona była trasa. Wiodła ona głównie szerokimi ulicami miasta (bardzo dużo ulic jest tam jednokierunkowych i mają po 3-4 pasy), w żadnym miejscu nie było za ciasno. Bardziej wąsko było pod koniec, ale wtedy stawka jest już rozciągnięta i nie ma problemu. A w Warszawie w Nowy Świat wbiegamy już po 1,5 kilometra…

Maraton poprowadzono tak, by biegacze mogli zobaczyć jak najwięcej atrakcji miasta. Nie wyprowadzono nas w pole jak to na polskich maratonach często bywa. Na początek dla fanów futbolu był Camp Nou, legendarny piłkarski stadion mieszczący prawie 100 tys. widzów. Dla tych, którzy oczekiwali tam fajerwerków było to jednak wielkie rozczarowanie, bo największy stadion w Europie jest wkopany w ziemię i z zewnątrz praktycznie w ogóle go nie widać. Pod tym względem nasz Stadion Narodowy jest dużo lepszy:)

Camp Nou od środka robi wrażenie! 

Potem przelatujemy obok Casa Milà, czyli jednego z najwspanialszych budynków zaprojektowanych przez Antonio Gaudíego. Katalończycy nazywają ten budynek La Padrera, co oznacza Kamieniołom. Bo rzeczywiście wygląda on jak wykuty w skale. Budynek charakteryzuje się tym, że praktycznie nie ma w nim linii prostych. Zdecydowanie jest to jeden z punktów obowiązkowych podczas wizyty w Barcelonie.

Casa Milà – arcydzieło barcelońskiej architektury

Dwa kilometry kolejny barceloński must-see – Sagrada Família. Uważany za szczytowe osiągnięcie Gaudíego kościół jest budowany już od ponad 130 lat (budowę rozpoczęto w 1882 r.), a koniec prac przewidywany jest na okolice 2030 roku. Monumentalna świątynia robi niesamowite wrażenie, a że był to dopiero 17 kilometr maratonu, można było ją podziwiać.

Sagrada Familia – 130 lat i wciąż w budowie

Potem jeszcze m.in. wizyta nad morzem, Parc de la Ciutadella, Arc de Triomf i pomnik Krzysztofa Kolumba. Barcelona jest fantastycznym miastem z duszą i tę duszę czuć było na każdym kilometrze.

Kibice – 6/6
Ale tym, co najbardziej urzekło mnie podczas barcelońskiego maratonu byli kibice! To był mój piąty maraton, ale gdybym zsumował liczbę i entuzjazm kibiców z czterech poprzednich (Warszawa, Łódź, Poznań, Warszawa) to z Barceloną i tak by nie wygrały. Na każdym kilometrze byli ludzie. Na balkonach, na ulicach, dosłownie wszędzie! Oczywiście najwięcej ich było w najpopularniejszych miejscach, takich tłumów jak przy Sagrada Famílii nie było nigdzie poza metą. No, ewentualnie przy Łuku Triumfalnym.

12 km – radość, uśmiech i moc w nogach!

42 km – nie dałem rady się nawet uśmiechnąć

Ale nie ilość się liczy, lecz jakość. Polscy kibice mają to do siebie, że dopingują głównie swoich bliskich. Często po prostu stoją i tyle. Dopiero po maratonie w Barcelonie to zauważyłem, bo dotąd myślałem, że zawsze tak jest. Okazuje się, że nie, w Hiszpanii jest inaczej! Bez względu na to, kto biegł ludzie cały czas robili hałas. Krzyczeli, bili brawo, cieszyli się.

Do tego bardzo dużo muzyki. Oprócz zespołów były i bębny. Dużo bębnów! Naliczyłem pięć punktów, w których bębniarze zagrzewali maratończyków do biegu, a to naprawdę działa i motywuje.

A warto zaznaczyć, że pogoda była, jak na Hiszpanię, wyjątkowo antykibicowska. Przez dużą część biegu padał deszcz (niezbyt mocno, ale jednak), było też dość chłodno, bo „zaledwie” 11 stopni. Aż trudno mi sobie wyobrazić, jak wyglądałby maraton w Barcelonie gdyby było słońce i kilka stopni więcej.

Ale jest i łyżka dziegciu w tej całkiem sporej beczce miodu. Głupota ludzi jest taka sama w Polsce jak i w Hiszpanii. Znaleźli się tacy, którzy chcąc przejść na drugą stronę ulicy na 40 km wtarabaniali się w grupkę biegaczy. Podobnie zresztą biegacze – spotkałem się z osobą, która by zawiązać buta zatrzymała się dokładnie na środku trasy powodując mały karambol biegaczy.

Ten mały minus, który zdecydowanie został zbilansowany przez bardzo wiele plusów. Do nich warto jeszcze dodać niesamowitą wielonarodowość biegaczy. Na polskich biegach obcokrajowiec to wciąż wyjątek, w Barcelonie’13 ludzie spoza Hiszpanii stanowili ponad 40 proc. uczestników! Dla porównania, w Warszawie’12 obcokrajowcy stanowili niespełna 5 procent.

Okiem statystyka
Na koniec kilka statystyk. A właściwie jeszcze jeden minus. Organizatorzy nie udostępniają wyników w pliku XLS, by można sobie było je przeanalizować. Ale z tego co udostępniają widać, że biegłem dobrze.

Oto tabelka z międzyczasami i moją pozycją co 5 km. Na każdym kolejnym punkcie byłem wyżej, a na ostatnich 2,195 km wyprzedziłem niemal 200 osób!

odcinek
pozycja
czas
0-5 km
3132
23:47
5-10 km
3023
23:16
10-15 km
2928
23:21
15-20 km
2909
23:25
20-25 km
2868
23:28
25-30 km
2782
24:11
30-35 km
2558
23:50
35-40 km
2339
23:23
40 km-meta
2145
10:26

Łącznie maraton ukończyło 14777 osób, niestety nie wiem, ile spośród 18 tys. Zapisanych wystartowało.

W jednym zdaniu: z całego serca i z pełną odpowiedzialnością polecam maraton w Barcelonie, zapisy na 2014 r. już się zaczęły, do dzieła!:)

Kic-kic, czyli jak zającem zostałem

50 minut do startu. Mam już baloniki i tabliczkę 2:00, pogadałem z tym i owym czas się przebrać w żmudnie przygotowywany outficik startowy. Z plecaka wymuję kurtkę, czapkę, rękawiczki i cały sprzęt. Sprzęt, hmmm… Garmin? Gremlinku, gdzie jesteś?! Skostniałe od mrozu ręce grzebią w plecaku, bez skutku! Po minucie poszukiwań rezygnuję – dupa, zostawiłem go w domu! Ładnie, zając będzie biegł bez zwykłego choćby stopera.

Plan 1: Odpalę Endomondo w komórce i będę biegł z komórką w ręku –mało to jednak wygodne, ale dam radę.
Plan 2: Padnę na kolana przed Oluchną, obiecam, że ją zaniosę na rękach na to wymarzone 2:00, ale niech mi użyczy zegarka.
Eureka, Plan 3: kilkaset metrów stąd mieszka Michał, a obejrzeć start i tak się wybierał. Dzwonię, jest w domu, uffff… Na 30 min. przed startem Aga z Michałem przynoszą mi zegarek i mam z czym biec. Mogę przestać panikować;)

Kiedy Marcin zaproponował mi, bym razem z nim poprowadził na 8. Półmaratonie Warszawskim grupę na 2:00, nie zastanawiałem się nawet chwili. Zawsze podziwiałem ludzi, którzy zającują na biegach, PMW przypadł tydzień po maratonie w Barcelonie, więc i tak wielkie ściganie pewnie by mi nie wyszło – wszystko było na tak, więc się zgłosiłem.

Dobrze mieć baloniki, znajomi od razu Cię znajdą;)

Oczywiście trochę stresa mam – czy się uda, czy ludzie nie będą za bardzo narzekać na tempo, tłok itd. itp. Plan jest taki, by zacząć bardzo spokojnie (rozgrzewka), a przyśpieszyć na zbiegu do Wisłostrady oraz samej kilkukilometrowej trasie, na której mieliśmy mieć wiatr w plecy. Na Belwederskiej zwolnienie pod górkę, a potem już do mety.

Jest trochę zimno na starcie, ale foliowy płaszczyk się sprawdza. Potem jak przydzwoni słońce to nawet czapę na chwilę zdejmuję, ale szybko żółty łeb się chowa i nakrycie wraca na głowę. Jak lecimy pod wiatr Traktem Królewskim to nawet mocno chłodno jest. Dobrze, że mam kurtkę.

Początek biegu zgodnie z planem, od włączenia stopera do minięcia flagi z pierwszym kilometrem 5:57. Potem coraz szybciej, z górki nawet poniżej 5:30. Niestety, już na Nowym Świecie… rozwiązuje mi się but (znów?!), robię supełek i problem znika. Mea culpa, nie dopilnowałem tego po prostu na początku. Staram się służyć pomocą grupie – podaję wodę na punkcie odżywczym i tłumaczę, by się nie pchali do pierwszych stolików, bo wodopój jest długi. Co kilka kilometrów zarządzam „wkręcanie żaróweczek” i strzepywanie rąk – dla rozluźnienia górnej części ciała (zakwasy w bicepsie po biegu to trochę głupi i zbędny ból). GPS tradycyjnie oszukuje o kilkanaście metrów na kilometr, więc kontroluję czas każdego kilometra z oznaczeniami. Te, jak zwykle na imprezach Fundacji Maratonu Warszawskiego, są kapitalne: widoczne z daleka i wyraźnie opisane.

Przedstartowa prezentacja kolorowych skarpetek,
które niedługo chyba dorobią się swojego fanpejdża na Fejsie;)

Ale nie wszystko jest tak kolorowe. Dwustrefowy start (ruszaliśmy naprzemiennie z obu nitek Mostu Poniatowskiego) kompletnie się nie sprawdził. Już na niezbyt szerokim Nowym Świecie musieliśmy wyprzedzać część ludzi ze strefy 2:30, bo ruszyli przed nami! Na Wisłostradzie zaś dogoniłem zająca z tabliczką 2:10, wyprzedzanie w takim tempie, jeszcze z balonikami i tłumem ludzi nie jest łatwe. Ten pomysł Fundacji to ogromna klapa, zupełnie nie rozumiem dlaczego start nie został rozciągnięty np. na al. Zieleniecką. Bo zakręt? I co z tego? Na maratonie w Barcelonie połowa osób startowała zza zakrętu. Przecież do linii startu i tak dochodzi się marszem, a potem dopiero biegnie.

Staram się przygotować grupę na podbieg ul. Belwederską. Gdy podbieg już widać, zachęcam do kilku głębokich oddechów i rozluźnienia ramion. Pod górkę znacznie zwalniamy, tempo ponad 6:00 min/km, zdecydowana większość grupy daje radę! Potem jeszcze kilkaset metrów odpoczynku, do Ronda De Gaulle’a jest lekko pod górkę. Ale za zakrętem widać już, że do mety będziemy głównie zbiegać. Ci co mają więcej sił trochę przyśpieszają, resztę zachęcam do finiszu na pół kilometra przed metą. Linię mijam po 1:59:41 na zegarku, a 1:59:35 wg oficjalnych wyników. Nie jest to idealny czas Mańka, który wykręcił 2:00:00 (!), ale mieści się w normach.

Kilka osób widocznych na tym zdjęciu (pierwszy kilometr) widziałem jeszcze przed metą:)

W domu przeglądam wyniki i… jakie ludzie czasy powykręcali to głowa mała! Tydzień po Barcelonie Ania robi niesamowite 01:36:07 (kobieto, jak?!), królowa złamań Hania mimo konkretnych przeciwności losu 1:43:32, Oli udało się dzięki Mańkowi złamać dwie godziny, w debiutach dobre wyniki osiągnęli też Arek, Paweł oraz spotkany przed startem stary tatrzański znajomy Maciek. O Cypku i jego 1:20 to nawet nie wspominam, to nadczłowiek.

Ale oficjalną i bezapelacyjną mistrzynią świata jest dla mnie Bo, która na wysokości Agrykoli miała nawet swój plakat/billboard/flagę, czy jakby tego nie nazwać. Gazela nabiegała 1:37:42! Coś czuję, że w Poznaniu na ½ IronManie, gdzie będziemy się ścigać, to ja mogę nawet jej pleców nie zobaczyć, bo jeśli chodzi o pływanie to góruje nade mną o dwa Everesty i choćbym przeprowadził się na Inflancką i spał w basenie to jej nie dogonię. Panowie, jeśli któryś jest niezaobrączkowany to migusiem do Rzeszowa się Bo oświadczać!

Mógłbym tak wymieniać i wymieniać, ale boję się, że za nadmiar odnośników w jednym wpisie wujek wielkie Gie uzna mnie za jakąś farmę linków;)

Nie udało się niestety Emilce, ale miała dziewczyna zły dzień zdrowotnie (ot, tak jak ja na Maratonie Warszawskim – zdarza się każdemu) i kilka minut do 2:00 jej zabrakło. Ale ja głowę daję, że w normalnych okolicznościach łyknęłaby dwójkę i jeszcze przepiła minutą zapasu!

Twój pierwszy maraton cz. 1 poradnika

Stało się. Opłata wniesiona i Twój pierwszy maraton zaczyna nabierać realnych kształtów. W duchu drżysz na myśl o przebiegnięciu 42,195 km, bo najdłuższy pokonany dotąd dystans to 26 albo 32 km. To dobrze, ze drżysz. Maraton wymaga respektu, nie wybacza błędów i uczy pokory. Nie ma jednego słusznego poradnika dla debiutantów, tak jak nie ma najlepszych butów do biegania, ani doskonałego planu treningowego. Bazując na ukończonych pięciu maratonach, doświadczeniu paru kolegów oraz statystyce, przedstawię Ci kilka porad, które z dużą dozą prawdopodobieństwa pomogą Ci przetrwać Twój pierwszy maraton.

Maraton jak wojna
Słowo „przetrwać” nie znalazło się tu przypadkiem. Maraton to bój o przetrwanie, walka ze swoimi słabościami i oporem mięśni przed tym, by dalej przebierać nogami. Przygotuj się na ból w trakcie i po, przygotuj się na wysiłek, jakiego jeszcze nigdy nie doznałeś(-aś). Jasne, ultrasi potrafią przebiec maraton tak, by się za bardzo nie zmęczyć, ale jeśli czytasz poradnik dla debiutanta to ultrasem raczej nie jesteś;) Przygotuj się też na to, że już kilka dni po debiucie zaczniesz planować kolejny maraton, bo jego ukończenie jest przeżyciem wyjątkowym i trudnym do porównania z czymkolwiek innym.

Napisałem o bólu i cierpieniu. Ale przynajmniej części z tego możesz zapobiec. Zdjęcia pokazujące zakrwawione w okolicach piersi koszulki zawodników nie pochodzą bynajmniej od lobby producentów plasterków, to maratońska rzeczywistość. Kilka godzin pocierania koszulki o brodawki może doprowadzić to krwawiących ran. Sprawdź na jednym z długich treningów plastry – kluczowe jest, by nie odpadły po godzinie biegu. Najlepsze są wodoodporne. Im cieplej i mniej obcisła koszulka tym ryzyko otarć większe.

W ogóle wszystko sprawdź. W żadnym wypadku na maratoński debiut nie zabieraj dopiero co kupionych butów, koszulki, spodenek, ani nawet skarpetek czy bielizny! Nie lekceważ najmniejszego otarcia czy odcisku, który powodują Ci na przykład skarpetki. Po kilku godzinach biegu poczujesz je ze zwielokrotnioną siłą. Miejsca, które mogą doznać otarć (pachwiny, pachy) warto dodatkowo zabezpieczyć. Świetnie sprawdzają się wszelkie środki dla dzieci – zasypki, kremy itd. Dla kobiet must-have to sprawdzony biustonosz sportowy, ale o tym niech wypowiadają się ci, co mają doświadczenie w temacie ;)

Choć raz przed maratonem zrób długi trening rano, o tej godzinie, o której planowany jest start. Raz: przyzwyczajasz organizm do dużego wysiłku o tej porze dnia. Dwa: to doskonała okazja, by sprawdzić, jak szybko strawisz śniadanie i na jak długo Ci ono wystarczy.

Gdy czasu jest coraz mniej
Ostatni tydzień przed maratonem poświęć przede wszystkim na odpoczynek i nabieranie sił. Tak, warto jeść makaron w piątek i sobotę. Tak, warto odstawić napoje procentowe na kilka dni przed, acz nie uważam, by małe piwo w sobotę wieczorem miało na naszym poziomie jakikolwiek wpływ na wynik. Chodzi po prostu o to, by nie przesadzić z procentami, bo one odwadniają i obniżają wydolność. W piątek i (lub) sobotę przebiegnij kilka kilometrów, ale bardzo spokojnie, by się rozruszać, a nie zmęczyć. Nie licz na to, że w ostatnich dniach nadrobisz zaległości treningowe. Stara maksyma mówi, ze lepiej być niedotrenowanym niż przetrenowanym.

Dzień lub dwa przed startem zaplanuj logistykę. Często nie warto pchać się na start samochodem, bo nie dość, że mogą być korki to na pewno będzie problem z zaparkowaniem. Wielu organizatorów zapewnia uczestnikom maratonu darmowy publiczny transport – skorzystaj z niego. Zwykle najlepiej sprawdza się ten szynowy – metro, tramwaj, pociąg. Ale uwaga, bo w dniu maratonu mogą pojawić się zmiany w kursowaniu, więc sprawdź to wcześniej na odpowiedniej stronie internetowej.

Najważniejsze jest, by linię mety przekroczyć
z rękoma w górze i z uśmiechem (w miarę możliwości;))
Na zdjęciu meta 34. Maratonu Warszawskiego na Stadionie Narodowym

Jeszcze wcześniej, na tydzień przed startem, warto obciąć paznokcie u stóp. Robienie tego w ostatniej chwili może się źle skończyć, co szczególnie w przypadku kobiet może być nieprzyjemne.

Przeanalizuj trasę biegu. Kluczowe są zbiegi i podbiegi. Warto wiedzieć, kiedy one nastąpią i się do nich mentalnie przygotować. Jeśli masz taką możliwość, przebiegnij tam pod górkę raz czy dwa. Oswój się z trasą, z jej najtrudniejszymi momentami, przygotuj się na nie.

W maratonie nie mniej ważna od nóg jest głowa. Niektórzy uważają wręcz, że to ponad połowa sukcesu. Jeśli wystartujesz z negatywnym nastawieniem, ze słowami „nie uda się” to… się nie uda. Wyobrażaj sobie jak z uniesionymi rękoma wbiegasz na metę, jak pokonujesz kolejne kilometry, jak hostessa zakłada Ci medal na szyję i jak bliscy gratulują Ci sukcesu. Nakręcaj się na sukces!

A jak ten sukces osiągnąć już w dniu biegu, w drugiej części materiału. Zdradzę Ci tam, jaka jest najczęściej powtarzana w poradnikach bzdura oraz co robić rano przed startem i jak optymalnie przebiec sam maraton.

Druga część poradnika dla maratońskich debiutantów znajduje się TUTAJ.

3:19:14, paru-ra-rura-rura!

Do mety 200 metrów, ostatnia prosta – do jasnej cholery, dlaczego ona jest taka długa?! Nic już nie myślę, te 200 metrów ciągnie się jak diabli.

Flaga nad głową. Mijam kilku zawodników, linia mety… Idę kilka metrów i muszę się zatrzymać. Bliżej mi do upadku niż robienia pompek, na stoperze 3:19:13. Podbiega sanitariusz, mówię mu, ze wszystko OK, jest pierwszą osobą od godziny, do której się uśmiecham. Chowam głowę we flagę, udało się, udało się, udało się… Potem SMS od organizatorów powie, ze było 3:19:14 – bez różnicy. I nie ma też znaczenia, że 2142 osoby przebiegły ten maraton szybciej niż ja. Zurich Marato Barcelona to moje zwycięstwo.

Są miasta, które mają w sobie to „coś”, co każe do nich wracać. Barcelona zdecydowanie do nich należy. Już przy pierwszej wizycie stolica Katalonii czaruje niesamowitą architekturą, wyjątkowym bogactwem kultury, a przede wszystkim smakami: tapasów, owoców morza i win. Gdy zobaczyłem trasę tamtejszego maratonu, gdy okazało się, ze obiega świątynie futbolu Camp Nou, od razu wiedziałem, ze chcę tam pobiec.

START
Zgodnie z tradycją, na 10 minut przed startem po raz ostatni uderzam do toalety, potem wbijam się w swoją strefę (niebieska) i czekam. Mija ósma, czekam. Siąpi deszcz, a nic nie zapowiada rychłego startu. W myślach przeklinam Południowców za ich bałagan, no bo jak można opóźnić start maratonu dla 18 tys. ludzi?! Zawodnicy się rozgrzewają, spiker cośtam mówi, czekam. Pada deszcz.

W końcu zaczyna się zagęszczać i ruszają wózki. Czuję już podniosłą atmosferę maratońskiego startu, choć wkurza mnie prawie półgodzinne opóźnienie. Ale maratoński tlum niezmiennie mnie rusza, jest coś wyjątkowego w tej chwili. Start. Elita, żółci, czerwoni, w końcu my – niebiescy na start!

DYCHA
Zaczynam zachowawczo, o kilka sekund na kilometr wolniej od planowanego tempa. Potem przyśpieszam. Na podbiegach zwalniam o kilka sekund, ale na zbiegach dociskam o kilkanaście. Mijam Camp Nou, jego mury służą niektórym jako toaleta. Ech, bezcześcić takie miejsce…

Szybko buduję zapas nad planowanym tempem 4:44. Mimo pitstopu na zawiązanie prawego buta, znak 10 km mijam po 47:03 – 17 sekund szybciej od planu. Potem jest długo lekko w dół i po 12 km zapas przekracza 40 sekund, wciąż widzę zająców z flagami „3:15″ i mam myśli, ze może powinienem jednak atakować 3:15, a nie 3:20. Kryguję się i zwalniam. Na 12 km kibicki robią zdjęcia, biegnę uśmiechnięty, niezmęczony, lepiej być nie może!

ŻYCIOWA POŁÓWKA
Zgodniez oczekiwaniami Garmin średnio radzi sobie z zachmurzonym niebem nad Barceloną (deszcz raz pada, a raz nie, ale zupełnie mi to nie przeszkadza, pogoda do biegania idealna!) – nadkłada przeciętnie kilkanaście metrów na kilometr. Patrząc na zegarek muszę więc biec w tempie 4:40, a nie 4:44. Dodatkowo w głowie cały czas kalkuluję przewagę nad planem. Kilka kilometrów biegnę z dwójką Hiszpanów, trzymamy świetne tempo. Ale prawy but znów zmusza mnie do chwili postoju i tracę parę sekund. Odrabiam je przy zbiegu, niektóre kilometry robię poniżej 4:30!

W połowie dystansu mam 1:38:52, jest nowa życiówka w półmaratonie:) Do dobrego biegu dopingują tłumy kibiców, na prawie całej trasie jest gęsto. Krzyczą „Vamos! Vamos!”, a tylu ludzi co przy Sagrada Familia nie widziałem jeszcze na trasie żadnego maratonu za wyjątkiem okolic linii mety. Ale najlepsze co może dopingować do biegu to bębny! A tych też nie brakuje, naliczyłem pięć miejsc z bębniarzami, acz mogłem się pomylić, bo byłem zmęczony;) W każdym razie bębniarze są i robią różnicę.

Na Av. Diagonal jest agrafka, najpierw mijamy się z szybszymi (przyuważam kilku Polaków, ale Michała mi się nie udaje złapać), po nawrocie z tymi, co biegną wolniej (paru naszych, ale Ani nie widzę). Zjadam drugi żel, biegnę i kalkuluję.

ZACZYNA SIĘ PRAWDZIWY MARATON…
28-30 km znów but, nie mam sił nadrabiać straconego przez niego czasu, kilometr wchodzi w 4:58, jeszcze jeden w 4:55 (pod górkę) i zapas maleje. Mimo tego, znak 30 km łykam w 2:21:27, do mety tylko 12,2 kilometra. Głowa pracuje: mam minutę przewagi nad 3:20, nawet gdybym zwolnił o 5 sekund na kilometrze, dam radę. Napieram.

Wzdłuż morza trochę wieje, zaczął się prawdziwy maraton. Na kolejnych kilku kilometrach tracę po kilka sekund, ale i tak praktycznie cały czas wyprzedzam, chyba inni mają jeszcze mniej sił. Zwalniam na punktach odżywczych – wypicie izo z kubeczka w trakcie biegu jest już niemożliwe. Na punktach są tez pomarańcze – zjadam po dwa kawałki, fantastycznie dodają energii. Mijamy Parc de la Cutadella i Arc de Triomf, znów tłumy! Przypominam sobie fejsbukową dyskusję o linii mety i czuję, że mogę na niej zrobić te pięć pompek!:)

Niesiony dopingiem 39 km robię w szaleńczym tempie 4:26. Błąd. Organizm szybko mi się za to rewanżuje. Nagle tracę siły, odcina mi zasilanie, a czwórki ud wołają o postój. Zdaje się, ze każdy krok jest ponad moje siły. Wyraźnie zwalniam i słyszę za plecami „dalej Polska, nie zwalniaj, łamiemy te 3:20!!”, jakiś Polak maratończyk dopinguje mnie do trzymania tempa. Mówi, byśmy biegli razem, ale nie jestem nawet w stanie mu odpowiedzieć. Przez kilkaset metrów się za nim trzymam, potem odpadam. Jednak jego słowa wbiły mi się w głowę i ciągną mnie do przodu. Przypominam sobie, co napisał Marcin przed weekendem: „rozjeb ten system!”. Krok po kroku jestem coraz bliżej celu.

WYGRYWA SIĘ GŁOWĄ, A NIE NOGAMI
Mijam pomnik Krzysztofa Kolumba, do mety 2 km, jest zbawienny punkt odżywczy – wciągam owoce popijając wodą. Miąższ z pomarańczy ratuje mi tyłek, trzymam tempo. Ale 42 km to mordercza prosta pod górkę. Widać już Plac Hiszpanii, zwalniam do 4:54 by zachować siłę na ostatnie metry. Przed ostatnim wirażem widzę swoich. Łapię flagę, ale nie jestem w stanie nawet się uśmiechnąć, na twarzy mam kompletnie nic. Na zdjęciach wyglądam jak zombie.

Do mety 200 metrów, ostatnia prosta – do jasnej cholery, dlaczego ona jest taka długa?! Nic już nie myślę, te 200 metrów ciągnie się jak diabli.

Flaga nad głową. Wyprzedzam kilku zawodników, linia mety… Idę kilka metrów i muszę się zatrzymać. Bliżej mi to upadku niż robienia pompek, na stoperze 3:19:13. Podbiega sanitariusz, mówię mu, ze wszystko OK, jest pierwszą osobą od godziny, do której się uśmiecham. Chowam głowę we flagę, udało się, udało się, udało się… Potem SMS od organizatorów powie, ze było 3:19:14 – bez różnicy. I nie ma też znaczenia, że 2142 2145 osób przebiegło ten maraton szybciej niż ja. Zurich Marato Barcelona to moje zwycięstwo.

POST SCRIPTUM
Potem okazało się, że pomyliłem godzinę startu. Był o 8:30, a nie 8. Południowcy wcale nie są tacy źli jeśli chodzi o punktualność;) Więcej przemyśleń o organizacji, kilka fotek i statystyk za parę dni, w kolejnym wpisie:)

Złoto dla Zuchwałych – zostałem zuchwalcem!;)

Z ostatniego PK8 ruszam ze stratą 2-3 sekund. Młody narzuca ostre tempo, przebiegamy przez mostek i pole w kierunku lasu. Nawet nie zwalniam by spojrzeć na mapę, a czytanie jej podczas biegu w tempie 4:20/km nie jest łatwe;) Powoli zbliżam się do rywala, na granicy lasu jesteśmy już prawie równo, ale ścinka przez las jest nieudana, za gęsty las. Odbijamy z powrotem do drogi. Na niej, ok. 100 metrów przed nami kolejny biegacz, w niebieskiej kurtce, czyli jednak był ktoś przed nami! Widać już budynek bazy, ścinamy na pole, by go wyprzedzić skrótem. Na tym polu, na dystansie kilkuset metrów, rozstrzygnie się kwestia zwycięstwa. Patrzę na zegarek: tętno przekracza 180 uderzeń serca na minutę, tempo zbliża się do 4 min/km, a nie biegniemy przecież po równym asfalcie tylko po zmrożonym polu! Napieram już praktycznie na bezdechu, nogi ledwie przebierają, ale wychodzę na prowadzenie. Młody traci siły i gdy wylatuję na przedostatnią prostą, jest już kilka metrów z tyłu. Nie zwalniam, ostatnia prosta i meta. Wygrałem swoje pierwsze zawody w życiu!:-)

Jak zapewne wielu z Was wie, jestem lokalnym patriotą. Mogę mieszkać w okolicach Warszawy, ale w rytmie serca zawsze są okolice, z których pochodzę. Choć tym naj-naj regionem są Pałuki (które ostatnio całkiem polubiła Ania:)), to z ogromną przyjemnością wracam też w okolice Bydgoszczy, gdzie spędziłem fantastyczne cztery licealne lata. Nie byłem więc w stanie odpuścić organizowanej w Chrośnie imprezy Azymut Orient, która tym razem odbyła się w samym sercu Puszczy Bydgoskiej – między Solcem Kujawskim, a Nową Wsią Wielką (ach, NWW…;)). Ze względu na termin (tydzień przez maratonem w Barcelonie) nie mogłem sobie pozwolić na start w zawodach PMNO na 50 km, postanowiłem więc zrobić ostatni mocniejszy trening przed BCN i wystartować na 20-tce.

Na linii startu trasy P20 zameldowało się raptem 13 osób (z zapisanych 16), więcej chętnych było na trasę P50 (w tym kilku znajomych) oraz na trasy rowerowe. Około 8 rano dostajemy w ręce mapy: format A5, skala 1:50 tys., doskonały wodoodporny papier i – zgodnie z obietnicą organizatorów – cała trasa po lasach. Tylko punktów jakby dużo, bo osiem, a w komunikacie startowym jak wół stoi cztery. No nic, przynajmniej będzie ciekawiej. Szybka analiza trasy i ruszamy. Decyduję się na wariant odwrotny od ruchu wskazówek zegara, czyli 3-6-7-5-4-1-2-8, zostawiając na koniec najbliższy bazie PK8. Z bazy wybiegam drugi, przede mną młody chłopak, który narzuca ostre tempo. Pierwszy kilometr robię w tempie 4:57 i tracę już z 10-15 sekund. Mniej-więcej tyle samo za mną kolejne dwie osoby. PK3 jest na szczycie, szuka go jeszcze jakiś rowerzysta, znajdujemy bez większego problemu. Zejście z górki idzie mi jakoś wolno i jestem nie tylko za Młodym (już na początku w głowie tak sobie nazwałem tego chłopaka, który tak ostro wystartował), ale i za dwójką innych napieraczy. Ruszamy lasem, powoli ich doganiam i wyprzedzam, w oddali co jakiś czas majaczy mi Młody. Trasa jest szybka, ale trudna, bo na leśnych drogach jest trochę śniegu, a miejscami lód i można wywinąć niezłego orła.

Złoto dla Zuchwałych – mapa trasy P20

PK6 i PK7 znajduję bez większego problemu, na przelotach wciąż widzę Młodego przed sobą. Do PK5 mamy dobre 3 km, ale nie zbliżam się ani na krok, mimo że biegnę w tempie poniżej 5 min/km. Dobiegając w okolice PK5 widzę Go wyskakującego z lasu. Patrząc na mapę, punkt powinien znajdować się na granicy kultur. Kręcę się po jakimś zagajniku, punktu nie znajduję. Widzę między drzewami Młodego, czyli jednak też jeszcze szuka. Dobiegają kolejne dwie osoby i jeszcze kolejna i tak kręcimy się w pięciu jak ten smród po d… Bez skutku. Za drzewami znajdujemy pole, może to tam? Ale też nie ma. W końcu ktoś dzwoni do organizatorów, informujemy o sytuacji, podajemy swoje nr startowe i biegniemy dalej. PK4 na granicy lasu znów jest trudny do wypatrzenia. Nie możemy go z Młodym znaleźć, pomagają dwaj kolejni napieracze, udało się. Patrzę na mapę, teraz 2,5 km przelotu do PK1, meta coraz bliżej. Decyzja: do ataku! Ruszam bardzo mocno, szybko doganiam i wyprzedzam Młodego. Biegnę w tempie 4:10-4:20. „To trening interwałowy – szybkie 2,5 km, a potem chwila odpoczynku” – tłumaczę nogom, że muszą dać radę. Młody powoli zostaje z tyłu, ja trochę zwalniam, ale przewaga się utrzymuje. PK1 jest na szczycie górki. Między drzewami widzę lampion, a obok… plecak. Trochę mnie to dziwi, bo wygląda jakby ktoś porzucił go przy punkcie kontrolnym. Po chwili wiem już w czym rzecz, jedna z uczestniczek oddaliła się o kilka metrów, by załatwić potrzebę;) Kulturalnie odwracam głowę i lecę dalej. PK2 jest na jednej z przecinek leśnych na granicy kwartałów leśnych. Z rozpędu mijam jednak przecinkę i tracę dobre kilkanaście sekund na zorientowanie się gdzie jestem, dodając przy tym parę metrów dystansu. Punkt znajduję bez problemu, ale mam wątpliwości, czy to na pewno on, bo zamiast być 15 metrów od skrzyżowania jak mówi mapa, stoi dokładnie przy nim. Rozglądam się parę chwil, nie widzę innego, więc lecę dalej. Młodego z tyłu nie widać. Ale męczę się okrutnie, bo przecinka prowadzi raz w górę raz w dół, trzeba było uciec na równiejszą drogę, ale robię to dopiero pod koniec, zupełnie bez sensu i znów trochę czasu w plecy.

Wybiegam na długą prostą przez pola w kierunku PK8, oglądam się i tuż za sobą widzę Młodego. Chyba wstąpiły w niego nowe siły, bo biegnę ok. 4:30/km a on mnie dogania. Las i kawałek przez pole do PK8 umiejscowionego nad strumieniem. Źle wybieram wariant przebiegu przez pole i przy punkcie jestem drugi. Zdaję sobie sprawę, że przed nami nikogo nie ma, z dużym prawdopodobieństwem walczymy więc o pierwsze miejsce.

Złoto dla Zuchwałych było debiutem nowych butów Inov-8 Roclite 295.
Spisały się na medal, złoty!

Z ostatniego PK8 ruszam ze stratą 2-3 sekund. Młody narzuca ostre tempo, przebiegamy przez mostek i pole w kierunku lasu. Nawet nie zwalniam by spojrzeć na mapę, a czytanie jej podczas biegu w tempie 4:20/km nie jest łatwe;) Powoli zbliżam się do rywala, na granicy lasu jesteśmy już prawie równo, ale ścinka przez las jest nieudana, za gęsty las. Odbijamy z powrotem do drogi. Na niej, ok. 100 metrów przed nami, kolejny biegacz, w niebieskiej kurtce, czyli jednak był ktoś przed nami! Widać już budynek bazy, ścinamy na pole, by go wyprzedzić skrótem. Na tym polu, na dystansie kilkuset metrów, rozstrzygnie się kwestia zwycięstwa. Patrzę na zegarek: tętno przekracza 180 uderzeń serca na minutę, tempo zbliża się do 4 min/km, a nie biegniemy przecież po równym asfalcie tylko po zmrożonym polu! Frunę praktycznie na bezdechu już, nogi ledwie przebierają, ale wychodzę na prowadzenie, Młody traci siły i gdy wylatuję na przedostatnią prostą, jest kilka metrów z tyłu. Nie zwalniam, ostatnia prosta i meta. Wygrałem swoje pierwsze zawody w życiu!:-)

Dowiaduję się, że „Młody” to Fryderyk Pryjma, niespełna 15-latek (!). Choć biegowo okazałem się być trochę mocniejszy, to nawigacyjnie był lepszy ode mnie, praktycznie nie popełniał błędów, a ja kilka zaliczyłem i dlatego mimo ekstremalnego wysiłku na 15. i 16. kilometrze, w końcówce znów byłem na drugim miejscu. Na mecie czekamy na trzeciego zawodnika (w niebieskiej kurtce), ale dość długo go nie ma. Okazuje się, że nie miał zaliczonego PK2, bo wybrał jeszcze inny wariant. Kolejnych kilka minut później (nie wiem ile, bo na stronie nie ma jeszcze wyników) w bazie melduje się kolejna dwójka biegaczy.

Szkoda, że tak fajne zawody zostały spartolone przez błędne rozstawienie punktu. Ponoć na trasie 50-kilometrowej błędy były dwa, więc mieli jeszcze gorzej. Kilku zawodników z P50 dość ostro zrugało organizatorów, ale… cóż, mieli rację. Jasne, że to amatorskie zawody, że to zabawa itd., ale w tym wszystkim jest jednak współzawodnictwo, rywalizacja i jak ktoś podkłada takie kłody pod nogi to można mieć do niego pretensje. Takich problemów nie było jednak w ubiegłym roku na Azymut Orient, mam więc nadzieję, że był to jednorazowy wypadek przy pracy, choć spodziewam się, że na forach internetowych jeszcze się orgom dostanie. Bo takie sytuacje potrafią zniwelować sporo wysiłku. Przed PK5 miałem kilkanaście sekund straty do Fryderyka i kilka minut przewagi nad dwójką kolejnych zawodników, a dalej ruszyliśmy wszyscy razem.

Co tu dużo mówić…:)

Pomijając tę (wszak nie małą!) wpadkę, Złoto dla Zuchwałych było zorganizowane bardzo dobrze. Na mecie ciepła herbata i prysznic, trasa szybka i fajnie krajoznawczo zrobiona (przyznam szczerze, że nie spodziewałem się tylu pagórków w Puszczy Bydgoskiej!), a materiał z którego wykonano mapę był chyba jednym z najlepszych jakie otrzymałem na zawodach na orientację. Mimo gniecenia w dłoni przez 2,5 godziny, mapa nic nie straciła na czytelności, cały czas jest prosta i wszystko doskonale na niej widać. Jeśli strona organizatorów nie kłamie (a, to drugi minus – jej aktualizacja przebiega niezwykle późno:/) to tegoroczny Azymut Orient odbędzie się pod koniec czerwca na Kociewiu. Pewnie większość z Was nie wie, co to i gdzie to – macie więc argument, by tę niewiedzę zmienić, bo warto. To kolejny przepiękny kawałek naszego kraju:)

A najlepszy z tego dnia był powrót do domu rodziców (50 km od bazy). Wysłałem im tylko SMS-a, że wygrałem i za godzinę będę. Wchodzę do domu, a tam wszyscy najbliżsi stoją przy drzwiach, krzyczą, biją brawo i strzela szampan! Zupełnie nie spodziewałem się takiego przywitania i zrobiło mi się tak cholernie miło, że aż musiałem się tym z Wami podzielić.:)

=== === ===

Stats&hints III Złoto dla Zuchwałych 2013

Wynik: dystans 23,3 km; czas 2:23; miejsce 1/13

Warunki pogodowe: -2 stopnie, pochmurnie, w terenie 1 cm śniegu, miejscami lód

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Roclite 295; spodnie Dobsom R-90 Winter,; koszulka termo z długim rękawem + techniczna z krótkim + kurtka Tschibo; Garmin FR305; kompas Silva Ranger

Jedzenie/picie: 1 żel + 1 baton (zjedzony w bazie na mecie) + dwa bidoniki 0,2l z wodą doniesione do mety.

Minął luty, czas zmienić buty!

Prawie 40h uprawiania sportu, nabiegane 142 km na treningach i 64,5 km podczas zawodów na orientację, do tego 624 długości basenu*, 2 wizyty na pakerni i 3h przesiedziane na rowerowym siodełku – w sumie, wg Endomondo, zużyłem w lutym 27,5 tys. kalorii (tak właściwie to kilokalorii, ale używajmy powszechnego uproszczenia). Mimo przeziębienia (stąd jeden trening na bieżni), w porównaniu do stycznia było całkiem dobrze. Tak przynajmniej myślałem do wczoraj, gdy zobaczyłem podsumowanie miesiąca autorstwa Bo – ależ gazele mieszkają w tym Rzeszowie! No ale przynajmniej wiem, w jakim kierunku powinienem zmierzać. Wystarczy więcej biegać, pływać i kręcić na rowerze – w sumie żaden problem,c’nie?;)

Póki co poczłapałem do kilku lekarzy, by sprawdzić jak tam mój organizm w ogóle się ma i czy to co robię na pewno ma sens i nie wiąże się ze zbyt wielkim ryzykiem. Okazało się, że podobnie jak Ava mam za niską hemoglobinę. Nie jest to jakiś dramatyczny poziom, nawet w normach jeszcze się mieszczę, ale pani kardiolog uznała, że przy tak niskim tętnie (na EKG wyszło 45/min – pielęgniarka zrobiła spore oczy ze zdziwienia;)) i aktywnym trybie życia, powinna być wyższa. Spożywam więc właśnie pyszny i zdrowy sok z buraków.

A jak idą tri-przygotowania? Opłaciłem drugi start – to już pewne, że na dystansie 1/2 IM zadebiutuję w pierwszy weekend sierpnia w Poznaniu, a swój wynik poprawię miesiąc później w Borównie/Bydgoszczy. Szukam jeszcze jakiegoś sensownego 1/4 na lipiec, by zobaczyć jak to z tymi zmianami jest. Macie jakieś doświadczenia i pomysły?

W lutym skupiłem się na przedmaratońskim bieganiu, oprócz skorpionowego 64,5 km w trudnym terenie, zrobiłem dwa śnieżne treningi 30-kilometrowe i wczoraj mocne 22,5 w tempie na maratońską życiówkę. Przed poprzednimi maratonami tyle długich nie biegałem, mam nadzieję, że przyniosą oczekiwany efekt. Basen odwiedziłem 10 razy, wciąż robię postępy i tego zamierzam się trzymać, choć jak patrzę na treningi wspomnianej Bo, czy Arka to mi mina rzednie. Ale w marcu najważniejszym punktem jest maraton w Barcelonie. O tym, jak chciałbym go pobiec i jakie widzę szanse na zrealizowanie planu jeszcze będzie czas, by napisać, poczekajcie z tydzień.

Skąd tytuł posta? A no stąd, że drogą kupna nabyłem nowe buty! Nie są to super szybkie startówki na maraton, tylko buty do zadań specjalnych: Inov-8 Roclite 295. Moje kochane Adidasy zrobiły ponad 1000 km w trudnym terenie i choć cholewka wygląda prawie jak nowa to pianka już się ubiła i bieganie w nich sprawia mi spory ból jednej z kości śródstopia.

A przy okazji przypominam, że do 22 marca br. w sklepie NBR wszystko możecie kupić o 10% taniej! Wystarczy przy zakupie podać kod rabatowy: www.biecdalej.blogspot.com. Kod ważny jest do 22 marca br. i dotyczy całego asortymentu sklepu.

Lutowa zmiana butów ma też drugie znaczenie. Wyszedłem wczoraj „na lekko” (czyt. bez kurtki i całego zimowego sprzętu, w asfaltowych butach) na trening i… ależ się biegło! Noga podawała jak szalona, a sprężysta łydka z każdym krokiem chciała biec szybciej i szybciej! Leciałem jak na skrzydłach, a tętno pięknie utrzymywało się na niskim poziomie przez ponad 20 km! To chyba długie treningi w trudnym śnieżnym terenie wreszcie przyniosły efekt i wraz z nadejściem wiosny nadchodzi biegowa forma. Oby jej szczyt wypadł 17 marca na Plaça d’Espanya i w okolicach.

Swoją drogą, plac został wytyczony w miejscu dawnego miejsca straceń – wcześniej stała tam szubienica miejska. Idealne miejsce na start i metę maratonu, czyż nie?;)

* prawie połowa z tego na basenie 50-metrowym, ale dla uproszczenia przeliczyłem wszystko na 25-metrówki;)