Ten, w którym robi się ciasno

Stali czytelnicy blogaska doskonale wiedzą, że w okolicach mojaj szafki z butami dzieją się czasem trochę dziwne rzeczy. Niektórzy twierdzą, że coś biorę i mi się uroiło, ale ja tam wiem swoje…

Przyznaję, że otrzymanie od New Balance dwóch par pachnących i kolorowych butów do biegania wprowadziło mnie w nie lada zakłopotanie: Jak nowi zostaną przyjęci przez resztę mieszkańców półki biegowej? Czy nie dojdzie do ekscesów? Obawy były tym większe, że od New Balance dostałem Minimusy MR10RY2 do biegania naturalnego i M870BB2 do uklepywania asfaltu. A w tych kategoriach mam już odpowiednio Adidasy ClimaCool Ride i Supernova Sequence 3. Z jednej strony ucieszyłem się, bo to okazja do porównania butów o tym samym przeznaczeniu pochodzących od różnych marek i możliwość napisania naprawdę dobrej recenzji, ale z drugiej…

W obawie przed zamieszkami, przez kilka pierwszych dni dwie pary NB musiały poleżeć pod szafą z ubraniami. Zabrałem je na pojedyncze treningi, było całkiem sympatycznie, ale nadal nie wiedziałem, jak przeprowadzić integrację pomiędzy „starymi” i „nowymi”. W końcu mój problem rozwiązał się sam, bo wychodząc na przebieżkę po Lesie Kabackim wlazłem do skrytki obuty w New Balance M870BB2. No i się zaczęło…

Zebraliśmy się przy okrągłym stole i uradziliśmy, że New Balance’y zmieszczą się na półce, ale musiałem obiecać niezaniedbywanie innych butów i rzetelne testy porównawcze, które opublikuję potem na blogu.

Trudno, co zrobić. Liczyłem na to, że NB da mi buty i zapomni o całej sprawie…

Pierwsze wrażenia z używania obu par NB są pozytywne. Minimusy są bardzo lekkie i piekielnie szybkie, ale… lepiej nie biegać w nich w cienkich skarpetkach, na dodatek jeden leży mi na stopie nieco inaczej niż drugi. 870-tki z kolei to buty z amortyzacją i wsparciem dla pronatorów, ale lekkie, i zaskakująco wygodne. Obie pary mają żywe kolory (czerwony i niebieski), co mi się podoba, choć niektórzy wolą bardziej stonowany wygląd. Za minus należy zapewne uznać cenę. 400 zł to dużo jak na buty, konkurencyjne Adidasy kosztowały niewiele ponad połowę tej kwoty każde.

Na pierwszy rzut oka buty New Balance zwracają uwagę designem i kolorami

Czy New Balance są warte takich pieniędzy, czy może ich cena to przesada? Czy Minimusy rzeczywiście są tak szybkie jak wyglądają na pierwszy rzut oka? No i jak będzie układać się w nich lewa stopa po miesiącu biegania? Czy w 870-tkach będę chciał pobiec w triathlonie? Dajcie mi 4-6 tygodni a przeczytacie dwa testy porównawcze: Adidas ClimaCool Ride vs New Balance Minimus MR10RY2 oraz Adidas Supernova Sequence 3 vs New Balance M870BB2.

Ten, w którym pojawia się Wielki Wyścig

Przy tym pojedynku, triathlonowa rywalizacja Macieja Dowbora z Łukaszem Grassem to zabawa małych chłopców w piaskownicy, a wielka wojna z zakonem krzyżackim jawi się nam jako pogaduszka przy kawie. To pojedynek dwojga herosów polskiej sceny blogowo-biegowej, którzy postanowili wspiąć się na wyższy poziom masochizmu – wystartować w triathlonie. Pech (a może nie pech?) chciał, że zupełnie niezależnie zdecydowali się na te same zawody.

W lewym narożniku Ona. Królowa Podkarpacia, Kleopatra Rzeszowszczyzny i mitologiczne połączenie Afrodyty z Ateną. Gdy płynie, szczupaki grzebią się w mule, a węgorze zamieniają we wróbelki. Bezkresne drogi przemierza pod kryptonimem „Szoson” na grzbiecie nieokiełznanego ogiera imieniem Kuba, który, niepocieszony, że trafiła mu się riderka bojącą się serpentyn i górek, na razie jednak musi poskromić swe szybkościowe zapędy. Gdy Ona biegnie (zwykle w trupa), przeciwnicy sami chowają się do trumien i błagają o łagodny wymiar kary. Ponoć słowo „barbarzyńca” wzięło się od jej imienia, a Stig od trzech lat zbiera odwagę, by poprosić ją o podwózkę Saabinką. To Ona stanowi odpowiedź na odwieczne pytanie: co było pierwsze, jajko czy kura? Amerykańscy naukowcy w końcu znaleźli odpowiedź: pierwsza była Ona.

Po drugiej stronie On. Zabójczo przystojny, bezwzględnie inteligentny i bezgranicznie zakochany w dwukołowej pannie Zuzannie. Człowiek, który regularnie kłóci się ze swoimi butami do biegania, a różowymi skarpetkami wyznacza granice biegowej stylówy. Do pracy ponoć pędzi z mapą zaliczając po drodze kolejne punkty kontrolne, bo tak jest ciekawiej i szybciej. Majowie w swoim kalendarzu zapisali datę jego urodzin pod hasłem „anihilacja”, a gdy w końcu przyszedł na świat, kilka miesięcy później na terenie całej Polski wprowadzono stan wojenny. Pod warunkiem utrzymania tempa postępów w pływaniu trenerzy wróżą mu obecność w kadrze olimpijskiej w Rio de Janeiro, choć bardziej prawdopodobne wydaje się, że z wód poznańskiej Malty wyjdzie jako jeden z ostatnich. Pomoże jednak narowista Zuzanna wyposażona w awangardowy klakson w kształcie konika w kolorze fioletu. To tajna broń, która straszyć ma rywali i pozwolić Mu zameldować się w T2 tuż za elitą. Późniejszy bieg będzie już zapewne tylko formalnością…

Oto Oni. Bohaterowie Wielkiego Wyścigu (WW). Zmierzą się w najbardziej ekscytującym pojedynku 2013 r., jeśli nie całego XXI wieku. 4 sierpnia br. w wodach poznańskiego jeziora Malta oraz na ulicach wokół niego ścigać się będą w ramach Poznań Triathlon 2013 na dystansie ½ IronMan (1,9 km pływania, 90 km rowerem i 21,1 km biegu).

Przygotowania pod kryptonimem WW rozpoczęły się już na początku roku. Ona wylewała siódme poty na obozie biegowym, a potem triathlonowym, On zaś na sprinterskim biwaku i warsztatach pływania w wodach otwartych udowadniał, że w pewnym (wymarłym już wprawdzie) dialekcie starocerkiewnosłowiańskim jego imię oznacza „szybki”.

Zatem, Ona czy On? On czy Ona? Kto w Poznaniu będzie lepszy, szybszy i sprawniejszy? Co zadecyduje? Urok czy siła? Technika czy prędkość? Szybkość czy wytrzymałość, a może wytrenowanie lub talent?

Szykujcie kalkulatory, piszcie makra w Excelu, zbierajcie fusy do wróżenia i bierzcie numer telefonu od każdej napotkanej cyganki. Koniecznie monitorujcie blogi bohaterów i dołączcie do wydarzenia na Facebooku! Wiedza o ich postępach i wynikach może przynieść Wam wymierne korzyści… :)

Jej Próbny start już za kilka dni w Malborku, On przetestuje się miesiąc później w Mrągowie.To wszystko jednak nic w porównaniu z najważniejszym dniem tego roku. Wielki Wyścig rusza w Poznaniu 4 sierpnia 2013 r. Musicie być tam razem z nimi! Razem z Bo i Krasusem!

Razem z nami:)

Ten, w którym się słucham

- Pobudka!
- Nic z tego. Dziś nie wstajesz. Spać!
- Trenerze, ale biegać mam. 20 km po lesie, z podbiegami.
- W maju trenowałeś już ponad 40 godzin, a od piątku wieczorem nie czujesz się najlepiej. W ten weekend radzę odpocząć i się porządnie wyspać. Za tydzień Twój pierwszy bieg górski – musisz do niego podejść na świeżości.
- Ale ja od dwóch miesięcy nie przebiegłem za jednym razem więcej niż 15 km…
- I myślisz, że jeden trening coś zmieni? Poza tym, trochę kręciłeś i byłeś na biwaku biegowym, wydolność raczej Ci nie spadła, a teraz najważniejsza jest regeneracja. Nie chcesz chyba ryzykować jakiegoś idiotycznego przeziębienia, co?
- No nie…
- To wracaj pod kołdrę.

Tak jest, odpuściłem dziś trening. Uznałem, że trzeba posłuchać osobistego trenera, czyli własnego organizmu. Jeśli on domaga się odpoczynku, to w myśl zasady „lepiej być niedotrenowanym niż przetrenowanym” lepiej odpuścić i zebrać siły, howgh.

A tak w ogóle to wreszcie udała mi się hodowla kiełków! Wprawdzie mój guru twierdzi, iż słonecznik udaje się zawsze i każdemu, ale po trzech niepowodzeniach to dla mnie spory sukces:)

Ten, w którym pęka stówka

- Trzeba było się na słońce posmarować.
- Ja tam się posmarowałem, zawsze to robię.
- Mówię, że trzeba było się na słońce czymś posmarować!
- A ja mówię, że się posmarowaaaaaaaaaa…. JEBUT!!!

Właśnie dlatego długo wzbraniałem się przed pojeżdżeniem z kimś rowerem. Wiedziałem, że jak się zagadam, to zgubię koncentrację i zaliczę glebę. I tak się stało. Na drugich albo trzecich światłach, zanim w ogóle wyjechaliśmy z Bemowa, nie wypiąłem się z pedałów i zadebiutowałem w leżeniu na asfalcie. Na szczęście ani Zuzce, ani mi nic się nie stało (starte kolano to przecież nic) i pojechaliśmy dalej.

Dużo, dużo dalej, bo w końcu przejechałem swoje pierwsze 100 kilometrów! STO-mili-Państwo-KILOMETRÓW! Łącznie stoper zatrzymał się na dystansie 103,5 km w 3 godz. i 25 min.

I jak było, zapytacie? No jak, zapytacie?! A nieważne, i tak się pochwalę;)

Wiatr to zuo!
Wiatr robi różnicę, a jak się jedzie po drodze między polami to robi cholerną różnicę. Minusem tras na zachód od Warszawy jest to, że zwykle wieje od wschodu, co oznacza, że na początku wiatr jest w plecy, a wraca się z takim wmordęwindem, że głowę urywa. Utrzymanie prędkości 27 km/h było bardzo trudne i ledwie nam się to udawało, a i tak nie zawsze. Piździło (mam nadzieję, że nieletnich tu nie ma…) tak, że nawet jazda na kole niewiele pomagała. No właśnie…

Zasłużona wołowinka na obiad!

Jadę na kole!
Sądziłem, że to będzie łatwiejsze. Ot, łapiesz się za kimś i jedziesz. Tja, przy prędkości 33 km/h albo i więcej jedź 30-40 cm za kimś i zamiast na drogę patrz na jego oponę lub ewentualnie łydki. Proszę się nie śmiać, ale ja się po prostu boję! I jak jechałem z tyłu to raczej metr niż pół metra za prowadzącym. Ale pod koniec trochę już załapałem co i jak i trochę z tego skorzystałem, ale na pewno jest to element, nad którym muszę jeszcze popracować. Choć z drugiej strony na dystansach ajronmeńskich drafting jest zabroniony, więc de facto nie wiele mi to da.

100 km to daleko i z powrotem
Praktycznie każdy mój kolejny trening to wydłużanie dystansu. 30, 35, 51, 64 i w końcu ponad 100 kilometrów! To daleko jak diabli. Z Warszawy pojechaliśmy do Leszna, pod Nowy Dwór Maz. i z powrotem. Się jedzie i jedzie. I potem jeszcze jedzie. Owszem, treningowo to sobie można stówkę łyknąć, ale 90 km na wyścigu to będzie masakra, bo nie ma wtedy odpuszczania czy odpoczywania. A przecież potem trzeba będzie jeszcze przebiec półmaraton, hoho…

Rekord za rekordem
Mimo tego, że był to mój najdłuższy trening, pobiłem wszystkie swoje kolarskie rekordy:) Do wylistowanych przez Endomondo (poniżej) należałoby jeszcze dodać 5 km w 8:16 i 10 km w 17:08. Na pewno sporo pomógł w tym fakt, że parę razy zebrałem się w sobie i odpocząłem chwilę na kole Piotrka, ale ogólnie jak na ledwie 3-4 miesiące treningów to myślę, że jest nieźle:) Ach, no i nowy oficjalny rekord prędkości! Z lekkiej górki wyszło 55,6 km/h, tym razem nie wyłączyłem Garmina i jest dowód dla potomnych.

Się bije rekordy!

Jeżdżenie na rowerze jest fajne
Trenując sobie na kolarzówce można zobaczyć całkiem ładny kawałek Polski. W środę byłem w Chojnowskim Parku Krajobrazowym, dziś przejeżdżaliśmy przez Kampinoski Park Narodowy. W pierwszym żyje 100 gatunków ptaków oraz kilkadziesiąt ryb, gadów, płazów i ssaków, a drugi znajduje się na światowej liście rezerwatów biosfery UNESCO i chwali się m.in. najlepiej zachowanym kompleksem wydm śródlądowych w Europie, a żyją w nim m.in. bobry, łosie i rysie!

Wiosną zieleń jest najbardziej soczysta, w połączeniu z błękitnym niebem i ciszą wynikającą z oddalenia od Warszawy stanowi dla mnie esencję zdrowego spędzania czasu. Pedałując tak sobie odczuwam prawdziwą wolność. Gdyby ktoś miał ochotę wybrać się na fajną weekendową wycieczkę to polecam okolice Prażmowa i Zalesia Górnego, tam jest naprawdę rewelacyjnie i nie wieje tak jak na zachód od stolycy;)

I jeszcze szczegóły trasy dla zainteresowanych.

Ten, w którym biegnę ostatni

3… 2… 1… Poszli! „Pierwsza setka spokojnie, bo spuchniesz i nie będziesz miał siły na przyśpieszenie!” słowa biwakowego Tygrysa pulsują mi w głowie. Pilnuję się, by nie polecieć z tłumem. Po 100 metrach oglądam się i… jestem ostatni. O kurka wodna! Po raz pierwszy w życiu biegnę jako ostatni, dziwne uczucie. Zajmuję 17. miejsce na 17 biegnących. Pojawia się ziarnko paniki. Że co ja tu robię i w ogóle. Ale szybko się ogarniam i wmawiam sobie, że ta taktyka ma sens.

Po 200 metrach lekkie przyśpieszenie, przestaję tracić dystans do grupy. Postanawiam trzymać się w miarę blisko reszty jeszcze ze 100 metrów, a potem zacząć wyprzedzać. Na drugiej prostej mijam jedną osobę, po 400 metrach jestem 16. Na łuku łykam kolejnego zawodnika i na okrążenie do mety zajmuję 15. pozycję. Nadal kiepsko, ale do przebiegnięcia jest jeszcze 400 metrów.

Redukuję bieg i wciskam pedał gazu do samej podłogi. Po zewnętrznej na łuku (błąd, to strata sekundy jak nic!) obiegam dwóch zawodników i jestem 13. Biegnę w minimalistycznych Adidasach Climacool Ride, lekkie buty ledwie dotykają podłoża, staram się wydłużać krok. Przed biegiem powtarzałem sobie wszystkie zasady techniki biegu trenowane na biwaku, teraz wszystko idzie w łeb (no ale przynajmniej mam świadomość, że robię źle;)), bo na takim zmęczeniu nie jestem w stanie pilnować ściągniętych łopatek, ładnej pracy rąk i wszystkiego innego.

Na wyjściu na przedostatnią prostę dopinguje ekipa Obozybiegowe.pl. Gdy ich mijam rozbrzmiewa donośne „Krasus, nakur…aaaaaaj!”:) Nie wiem kto to (potem okazało się, że to Marta – dzięki!), ale działa. Czuję ogień i wstępują we mnie nowe siły! Mięśnie spinają się do jeszcze większego wysiłku, choć wydawało się to niemożliwe. Na przedostatniej prostej wyprzedzam dwóch rywali i ląduję na 11. miejscu.

Przedostatnia prosta

Ostatni łuk, wszyscy pędzą już niczym błyskawice. Nie wyprzedzam, by nie nadkładać dystansu – szykuję się do ataku na finiszu. Na wyjściu z ostatniego wirażu armegeddon. Każdy jednocześnie zaczyna przyśpieszać i jeden z zawodników podcina Staszka Walentę, który przez dobre pięć-siedem kroków rozpaczliwie walczy o utrzymanie równowagi. Zbiegam na zewnętrzną by nie dostać rykoszetem, a jego heroiczny bój obserwuję jak w zwolnionym tempie, krok po kroku. Biegnie zbyt szybko by kontrolowanie upaść, jego tułów jest przechylony do przodu i tylko sadząc wielke susy Staszek ratuje się przed wywinięciem efektownego orła. W końcu udaje mu się odzyskać równowagę. Mijam jego i dwóch innych zawodników, to już końcowy sprint! 60 metrów, jeszcze jeden do wyprzedzenia, szybciej, mocniej, dalej! 40 metrów, wyprzedzam!, 20 metrów, meta…

Kompletny bezdech.
Pali mnie w płucach jak nigdy w życiu.
Nie mogę złapać równowagi.
Nie sądziłęm, że na dystansie 1000 metrów można się tak zmęczyć.
A jednak można…!;)

Okazuje się, że w swojej serii zająłem 7. miejsce na 17 zawodników, łącznie byłem 23. na 96, bo w szóstej serii biegli sami wymiatacze. Wynik 3:05,7 jest dobry, ale marzyłem o 2:59. I jak to ze mną zwykle bywa – już szykuję się na drugą edycję Warszaw Track Cup, która odbędzie się 4 czerwca br. Zrobię te 2:59 i koniec!

Taktyka chyba była w sumie niezła, bo w drugiej połowie biegu cały czas wyprzedzałem, ale wydaje mi się, że mogłem mocniej przyśpieszyć już na przedostatniej prostej. Do szóstego zawodnika straciłem 2,2 sek., to całkiem sporo. Ale za to za mną jaki tłok, opłacił się mocny finisz! Z ósmym wygrałem o 0,3 sek., z dziewiątym o 0,7 sek, a z dziesiątym o 0,9 sekundy! Na 11. miejscu na metę wpadł zły do szpiku kości Staszek, który bez wątpienia mógłby zanotować o kilka sekund lepszy wynik gdyby nie (raczej przypadkowe, ale jednak) zdarzenie z ostatniego wirażu.

Warsaw Track Cup to świetna impreza biegowa. Można się ścigać na 1000, 1500 lub 3000 metrów, jest też sztafeta 4x800m. Najlepszy w niej jest jednak wymiar towarzyski. Spotkałem tam prawie całą ekipę z biwaku (podlinkuję raz jeszcze, bo może przypadkiem ktoś nie przeczytał, a było naprawdę FENOMENALNIE) i parę innych osób znanych z internetu lub różnych zawodów biegowych. Stadionowa forma sprawia, że ten kto akurat nie biegnie dopinguje innych i cały czas się coś dzieje.

Jedynym minusem WTC jest wg mnie cena. 20 zł za bieg na 1000 metrów to górna granica akceptacji, ale za uściśnięcie kilku zaprzyjaźnionych dłoni można tyle zapłacić, do zobaczenia na kolejnej edycji!

A przy okazji istotna informacja, od dziś działam już na www.biecdalej.pl (oraz biecdalej.pl), jeśli ktoś gdzieś ma podlinkowane to uprzejmie proszę o podmiankę. Wprawdzie dotychczasowy adres blogspotowy wciąż jest aktualny, ale przecież tak ładniej wygląda:)

Ten, w którym Lidl to całkiem mądry wybór

Tajna kwatera Lidl Polska. Domaniewska albo inna ul. Postępu w stolicy świata, Warszafką zwanej. Postaci dramatu: D (dyrektor działu jakiegośtam), S1, S2… (stażyści działu jakiegośtam).

D: Chrząk-chrzęk, erghm. Mamy tu takiego prikaza zza Odry: bieganie jest cool, modne i dżezzi, mamy na nim zarobić kapuchę. Na wiosnę wprowadzimy kolekcję dla biegaczy, w końcu sponsorujemy Orlen Marathon itd, no więc… Lidl biega! Przysłali buty i koszulkę, ale… kurde blaszka!, pogranicznicy skonfiskowali spodenki. Musimy sami zaprojektować i zlecić produkcję. NA WCZORAJ! Możecie się więc wykazać. Kto biega?

S1: Biegać…? Nie no, na rowerze kiedyś do marketu to pojechałem, ale żeby biegać to nie…

S2: Raz czy dwa do autobusu się zaspałam jak parowóz, ale to się chyba nie liczy…

D: Chrząk-chrzęk, S3, S4, a Wy?

S3: Kuzyn wujka bratanka kiedyś przebiegł Run Warsaw…

S4: W podstawówce na setkę raz biegłem.

D: O matko i córko, chrząk-chrzęk, z kim ja pracuję?! No dobra, dajcie tu wujka Gugla. Kliku-klik. Czyli albo przylegające, albo luźne. Hmmm, S3, a ten wujek ciotki to w jakich biegł? Aha, przylegających, no to jedziemy z koksem!

=== === ===

Spodenki Crivit z Lidla – czerwona kartka
Biegając w lidlowych spodenkach marki Crivit miałem wrażenie, że właśnie tak je projektowano – ogólny zamysł był bardzo dobry, ale szczegóły zaplanował ktoś, kto o bieganiu może kiedyś słyszał, ale chyba tylko w radiu.

Spodenki Crivit jakie otrzymałem od Lidla są po prostu słabe, trzeba to sobie powiedzieć wprost i od razu. W mojej ocenie odzież biegowa powinna być jak powietrze, jeśli cokolwiek, choćby najmniejsza rzecz, uwiera, odzież dostaje czerwoną kartkę. I taką właśnie dostały spodenki do biegania z Lidla i to aż za trzy przewinienia.

To spodenki z rodzaju przylegających, o długości do połowy uda. Takie rozwiązanie ma sporo zalet – spodenki nie powodują otarć, minimalizują opory powietrza (nie lubię jak coś furkocze przy szybkich interwałach;)) i nie sposób nimi o coś zahaczyć, np dłonią podczas ćwiczenia techniki biegu. Po stronie minusów można zapisać gorszą wentylację i fakt, że nie każdy dobrze się czuje, gdy mu coś opina nogę. Lidlowskie spodenki wyglądają na dobrze wykonane, a zrobiono z dobrej jakości materiału, który jest przyjemny dla skóry i dobrze odprowadza pot. Mają też odblaskowe wstawki, co znacznie podnosi widoczność podczas wieczornych treningów. Jak na razie piszę o Crivitach bardzo pozytywnie, dlaczego więc otrzymały czerwoną kartkę?

1) Ściągacz nogawek – jest zbyt mocny i niezbyt przyjemnie uciska. Miałem na nogach kilka innych spodenek tego rodzaju i takiego odczucia nie spotkałem. Jeśli to irytuje mnie przy 11-km przebieżce to na 33. kilometrze maratonu doprowadziłoby do furii i pobiegłbym dalej w bokserkach. Mam też obawy, czy taki miejscowy ucisk na udo nie jest czasem szkodliwy ze względu na jakieś ograniczenia w krążeniu krwi;

Ściągacz nogawki jest nieprzyjemnie za ciasny

2) Ściągacz w pasie – jest zbyt masywny! Gumka jest ogromna i po jej zawiązaniu trzeba pogodzić się z wielkim supłem, który nosimy pod pępkiem. Przy nieodpowiedniej konfiguracji wygląda jakby człowiek biegał z… erekcją;)

Kolejna przeszkadzajka – masywna gumka w pasie

3) Kieszonka – z tyłu umieszczono zapinaną na zamek kieszonkę. Pomysł zacny, ale wykonanie fatalne. Po pierwsze: zamek od kieszonki chodzi bardzo opornie, otwarcie bądź zamknięcie go w trakcie biegu jest bardzo trudne. Po drugie: kieszonka jest… zbyt mała! Co chowamy w kieszonce w trakcie biegania? Klucze i/lub telefon i/lub batonika. Mam raczej niewielkiego smartfona (11×6 cm), a wciśnięcie go do kieszonki jest arcytrudne.

Swoją drogą, Sony Xperia Go to naprawdę fajny telefon dla aktywnych,
spróbuję znaleźć kiedyś trochę czasu i go opiszę:)

W moich 3/4 legginsach Kalenji żadna z powyższych przywar nie występuje, nie widzę więc powodu, by polecać spodenki z Lidla. Trzy powyższe minusy dyskwalifikują omawiane spodenki i nie rekompensuje ich ani bardzo atrakcyjna cena (35 zł), ani wymienione wcześniej zalety. Wybór na rynku jest na tyle duży, że za 40-50 spokojnie można kupić spodenki pozbawione tych wad. Tak jak wspomniałem na początku, odzież do biegania musi być idealna – nic nie może uwierać ani wkurzać. W przypadku spodenek Crivita tak nie jest i ja ich nie polecam.

Buty Crivit z Lidla – tak, ale…
Dużo lepsze wrażenie niż spodenki zrobiły na mnie buty Crivit z Lidla. W pierwszej chwili pomyślałem (nie tylko ja!), że w Lidlu w zabójczej cenie 69 złociszy pojawiły się Asicsy, potem jednak okazało się, że Asicsy były tylko inspiracją dla designu Crivitów… Mały zgrzyt na początek, ale potem było już lepiej. Buty są nieźle wykonane, mają sensowną amortyzację i odblaskowe elementy, lecz jeśli chodzi o wygląd to niezbyt mi się podobają – choć to kwestia gustu. Na szczęście biegacze to nie kolarze i stylówa nie jest aż tak ważna, więc wyglądając jak klasyczny trzepak poleciałem w nich na przebieżkę.

Ładne? Brzydkie? Mi się nie podobają, ale to kwestia gustu

Pierwsze odczucie: łomatko, jak sztywno! Brooksy Pure Cadence, w których biegam od roku, są elastyczne, lekkie i bardzo przyjemne dla stopy. Lidlowym butom tego brakuje. Niby są nieźle zrobione, ale nie odczuwałem w nich takiego komfortu jak w Brooksach. Z mojego punktu widzenia jest to wada, bo przyzwyczaiłem się do wygody. Ale jeśli ktoś nie wybiegał jeszcze kilku par butów po kilkaset złociszy, to po lidlowskie obuwie spokojnie może sięgnąć. Co więcej, dla tych, co rozważają rozpoczęcie przygody z bieganiem będzie to jedno z najlepszych rozwiązań.

A wszystko ze względu na cenę. Wiadomo jak to jest z tym bieganiem – połowa osób, która zaczyna, kończy na pierwszym tygodniu treningów albo i wcześniej;) Wydawanie 300 zł na firmowe buty mija się w tym wypadku z celem, bo będzie wyrzucaniem pieniędzy w błoto. Lepiej kupić tanie buty w Lidlu, pobiegać w nich kilka miesięcy i dopiero jeśli złapiemy bakcyla na dobre, zainwestować w lepszy sprzęt.

Albo i nie. Znany jest przypadek Michała Smalca, jednego z czołowych polskich biegaczy, który w butach kupionych w Lidlu osiąga kosmiczne wręcz wyniki. Twierdzi, że te buty mu pasują i nie ma sensu inwestować w droższe, bo przecież nie zawsze droższe znaczy lepsze. Pierwotnie buty Crivita kosztowały bodaj 69 zł, ale wczoraj w jednym ze sklepów widziałem je za 59 zł. To naprawdę rewelacyjna cena jak na buty do biegania i bez dwóch zdań dla początkujących będzie to świetne rozwiązanie, a ci bardziej zaawansowani powinni w sklepie Crivity przymierzyć i ocenić jak się w nich czują.

Fota zrobiona 14 maja 2013 r.
w Lidlu przy Puławskiej w Warszawie

Moja para była dla moich stopali trochę za mała (szkoda, że rozmiarówka w różnych firmach jest tak rozjechana…), powędrowała więc do osoby, która rozważa rozpoczęcie przygody z bieganiem i jak tylko kilka razy w nich pobiega, pojawi się krótka opinia w komentarzu.

Koszulka Crivit z Lidla – złoty medal
Tak jak wspomniałem powyżej, odzież biegowa powinna być jak powietrze. I koszulka oferowana przez sklepy Lidl w cenie 28 zł. właśnie taka jest, nie ma się tu co rozpisywać na pięć akapitów. Zrobiono ją z przyjemnego dla ciała materiału, który dobrze odprowadza pot na zewnątrz, ma ładny żywy kolor i odblaskowe wstawki, a wewnętrzne szwy nie drażnią skóry. W mojej ocenie koszulka nie odstaje jakościowo od kilkakrotnie droższych odpowiedników znanych marek, za co należy jej się złoty medal. W Decathlonie można kupić oddychające koszulki w podobnej cenie, ale wydaje mi się, że zrobione są z gorszego materiału, nie tak przyjemnego dla skóry. Crivit wypada tu o niebo lepiej. Stosunek cena/jakość jest tu najlepszy z możliwych!

Z trzech rzeczy otrzymanych od Lidla najwyżej oceniam koszulkę,
jest po prostu świetna!

Pisałem już kiedyś, że w kwestii odzieży do biegania preferuję tanie lokalizacje, które określiłem jako D-P-T, czyli Decathlon – Promocje (w markowych sklepach) – Tchibo. Po przetestowaniu (za możliwość przeprowadzenia testów bardzo Lidlowi dziękuję:)) trzech rzeczy z Lidla dopisuję do tej listy literkę L jak Lidl.

Ten, w którym na biwaku biegowym jestem… mistrzem rury

Już w jednej z pierwszych serii Maciek trzasnął wynik 20,21 sek., o prawie pół sekundy lepszy od mojego. Starałem się, ale mniej niż 0,2 sek. nie byłem w stanie się do niego zbliżyć. W przedostatniej kolejce miałem poczucie, że pędzę na rekord, ale… zegar się zaciął:/

Ostatnia seria. Pełna koncentracja, skupienie, zen i w ogóle. Lecę, nie mam już nic do stracenia, za linią mety spoglądam na stoper, jest! 20,20 sekundy!!! Ale to nie koniec rywalizacji, bo swój ostatni raz ma jeszcze też Maciek. Jest już na ostatniej prostej, mija linię mety i… 20,45. Wygrałem biwakowe zawody w zjeździe basenową rurą na czas!:)

Plecy proste! Prawa ręka bliżej ciała!
Roluj miednicę, pracuj pośladkami i ściągnij łopatki!
Marcin, no wydłuż krok do cholery!

Te komunikaty będą mi się chyba śnić z miesiąc. Przez cztery dni troje trenerów wyżywało się na grupie uczestników biwaku biegowego z Mateuszem Jasińskim zorganizowanym przez ekipę Obozybiegowe.pl. Katowali nas ćwiczeniami techniki, szybkości i siły, nie zabrakło zawodów w zdobywającym popularność CrossFit, a dla rozluźnienia wieczorami mieliśmy sesje rozciągania, podczas których grymasy bólu pojawiały się chyba częściej niż podczas zajęć na stadionie.

Nie spodziewałem się. Nie sądziłem, że wyjazd na czterodniowy biwak biegowy może być tak fantastyczny.i wzbudzić we mnie tyle pozytywnych emocji! To były ciężkie dni. Jeśli ktoś jechał, by sobie potruchtać to srogo się rozczarował. W wniebowzięci byli zaś ci (czyli ja), którzy uwielbiają gdy kwas mlekowy wyłazi im spod paznokci, a z uszu kipią endorfiny.

Kosmiczny hang-time Maćka!
Michael Jordan by się nie powstydził;) / fot MO-K

Dwugodzinny przedpołudniowy trening na stadionie siódme poty wyciskał z nas już podczas rozgrzewki, a potem było… tylko trudniej. Niezliczone ćwiczenia szybkościowe i techniczne: skipy, drabinki, płotki, płoteczki, sprinty, przebieżki – wszystko to miało poprawić ekonomikę i szybkość biegu. Kilkanaście razy dziennie słyszałem, że mam trzymać ręce bliżej ciała, ściągnąć łopatki, wydłużyć krok, a przede wszystkim pracować pośladkami i zrolować miednicę. Biegaliśmy w butach minimalistycznych i na bosaka po trawie, robiliśmy wieloskoki, trenowaliśmy bieg przez płotki i bieganie na śródstopiu. Nie oczekiwałem takiej różnorodności ćwiczeń. Przez 16 godzin zajęć (niemal tyle sportu w cztery dni, fantastycznie, co?:)) nie nudziłem się ani sekundy. O znużeniu nie było mowy.

Trener Tygrys i jego grono wyznawców / fot. MO-K

Treningi na stadionie były ciężkie, ale ani jedna 200-metrówka nie została przebiegnięta bez sensu, wszystko miało swój cel i dzięki temu na obiad nie szliśmy na ostatnich nogach. Choć prawdą jest, że pierwszego dnia na stadion truchtaliśmy, potem wygrywała już opcja spaceru;)

A po obiedzie trening siłowy. Obręcz barkowa, mięśnie proste i skośne brzucha, grzbiet i ramiona – tu też można było dostać konkretny wycisk. Dowiedziałem się, jak ważne jest ćwiczenie mięśni pośladkowych i że moje mięśnie skośne brzucha wymagają solidnej pracy (zakwasy w „boczkach” mam do dziś…). W sobotę siłę ubrano w rywalizację w formie CrossFit, a walka to jest to, co tygryski lubią najbardziej:D Był palący ból w mięśniach, hektolitry potu i nowe maksymalne tętno (196 bpm!). Każdy z uczestników dał z siebie wszystko, ale mimo ogromnej motywacji ze strony Ani („Nakur..aj Marciiiiin!!!”), z którą miałem przyjemność być w parze, zajęliśmy zaszczytne czwarte miejsce na cztery pary. Do podium brakowało naprawdę niewiele, a ja przy okazji złapałem crossfitowego bakcyla i jak zakończę sezon triathlonowy to na pewno dołączę do grupy prowadzonej przez Obozybiegowe.pl.

Wiara, siła, męstwo – to nasze zwycięstwo / fot. MO-K


Na ziemię powaleni, wstajemy, nie giniemy - 
ta krew już raz przelana, nie wyschnie wciąż i płynie! / fot. MO-K

… i tańczy dla mnie;) / fot. MO-K

Trening siłowy nie był jednak końcem dnia, bo zaraz po nim ruszaliśmy na rozbieganie. Najpierw bardzo spokojny regeneracyjny bieg, a pod koniec narastające tempo, by nie zamulić mięśni. Ostatniego dnia pobawiliśmy się trochę w orientalistów i po włączeniu zasady „ani kroku w tył” zamiast zakładanych „kilku kilometrów” wokół jeziora wyszło 12… ;) Były bagna, pola, lasy, skok przez rzeczkę, a nawet przechodzenie przez drut kolczasty. Przygodo, hej przygodo!

Kiedyś też będę tak rozciągnięty jak Kaśka! / fot. AM

Wieczory też nie były wolne. Mieliśmy rozciąganie lub zajęcia na basenie. A tak najpierw 20 minut wspólnej gimnastyki w wodzie, a potem…

Już w jednej z pierwszych serii Maciek trzasnął wynik 20,21 sek., o prawie pół sekundy lepszy od mojego! Starałem się, ale mniej niż 0,2 sek. nie byłem w stanie się do niego zbliżyć. W przedostatniej kolejce miałem poczucie, że pędzę na rekord, ale… zegar się zawariował i pomiar nie został dokonany. Ostatnia seria. Pełna koncentracja, skupienie, zen i w ogóle. Lecę, nie mam już nic do stracenia, za linią mety spoglądam na stoper, jest 20,20 sekundy! Ale to nie koniec rywalizacji, bo swój ostatni raz ma przed sobą też Maciek. Jest już na ostatniej prostej, mija linię mety i… 20,45 sekundy. Wygrałem biwakowe zawody w zjeździe basenową rurą na czas!:)

Biwakowy układ choreograficzny do muzyki
nieśmiertelnego Michaela Jacksona / fot. Obozybiegowe.pl

Gdybym liczył, że spotkam tam ludzi, którzy nie potrafią mówić o niczym innym niż bieganie, byłbym srodze rozczarowany. Wieczorne posiedzenia w pokoju nr 35 pełne były opowieści kompletnie oderwanych od sportu, a największy entuzjazm wywołał epicki komplement: „Ładna to Pani nie jest, ale ma dobre serce.”;)

Jedno, małe. Można, nie? / fot. MK

Krótkie podsumowanie? Oprócz tego, że całkiem solidnie się w Kozienicach (świetna miejscówka, polecam na weekendowe wypady!) zmęczyłem, to dużo się dowiedziałem o swoim bieganiu. Z każdym przeprowadzono rozmowę wprowadzającą, były rozpiski tempa wykonywania poszczególnych przebieżek i dokładna analiza tego, jak kto biegnie. Indywidualne podejście do uczestników zrobiło na mnie ogromne wrażenie, podobnie jak chęć dzielenia się swoją przeogromną wiedzą przez trenerów. Mimo sporego rozstrzału w biegowym zaawansowaniu uczestników, nie było problemu z zajęciami. Większość ćwiczeń kładła nacisk na dokładność wykonania, a nie na tempo. Jak biegaliśmy przebieżki na bieżni, to każdy robił je we własnym tempie, a terenowe rozbieganie odbywało się w grupach.

Troje trenerów na siedmiu uczestników zapewniło nam bardzo dużo uwagi prowadzących. Wiem już co mam robić, wiem już jak mam robić, pozostaje mi tylko… robić. Proste, nie?;)

Jakby ktoś chciał dokładniejszy plan zajęć poznać;)

A tak w ogóle to przypominam, że częściej niż na blogu, nowe treści pojawiają się na Fejsbuku :)

Ten, w którym zostaję Węgorzem

Pamiętacie Igrzyska Olimpijskie w Sygney w 2000 roku? To właśnie wtedy na olimpiadzie zadebiutował triathlon:) Ale ja nie o tym. Jednym z medialnych bohaterów australijskiego turnieju był Éric „Węgorz” Moussambani, czarnoskóry pływak z Gwinei Równikowej.

Z jednej strony było to nieco komiczne, ale z drugiej – bohaterskie. Moussambani trenował na 20-metrowym basenie hotelowym i nigdy wcześniej nie widział pływalni o rozmiarze olimpijskim! Stał się swego rodzaju maskotką Olimpiady 2000 r.

W ostatnią niedzielę wziąłem udział w warsztatach pływania w wodach otwartych organizowanych przez warszawskich Mastersów. To były bardzo pożytecznie spędzone dwie godziny, podczas których ćwiczyliśmy walkę wręcz w trakcie startu wspólnego, walkę wręcz na dystansie, nawracanie na bojkach, pływanie z zamkniętymi oczami, drafting i parę innych przydatnych umiejętności. Pod koniec zorganizowano mały wyścig, w którym trzeba było przepłynąć pięć okrążeń wyznaczonych przez bojki.

Zaczynacie się już domyślać? To, że prawie wszyscy mnie na tych pięciu kółkach zdublowali to nic, ale chyba z pięć osób uczyniło to dwukrotnie!:/ Czułem się jak Moussambani, który na dystansie 100 m zanotował czas gorszy od rekordu świata Iana Thorpe’a na… 200 metrów.

Na początku trochę mnie to przygniotło, bo czego ja chcę szukać na tym triathlonie?! Przecież strefę zmian T1 dawno zamkną zanim ja w ogóle do niej dopłynę! Zuzka się mnie nie doczeka i pojedzie sama. Biegam coraz szybciej i przyzwyczaiłem się do dobrych czasów i miejsc bliżej czołówki niż końca stawki, a wiele wskazuje na to, że na triathlonie z wody wyjdę później niż wcześniej. Po 24h zebrałem się jednak w sobie i uznałem, że wyzwaniom trzeba stawiać czoła.

W kwietniu treningi zajęły mi 31h (19,8 tys kcal), był to drugi najniższy wynik w ostatnim półroczu. Zgodnie z przyjętym miesiąc temu założeniem więcej czasu spędziłem w siodełku rowerowym (prawie 10h), rekordowo długo moczyłem też tyłek w basenie – ponad 12h. Przełożyło się to na 20,5 km w wodzie, czyli 820 długości 25-metrowej pływalni.

Plan na maj to zdecydowanie przekroczyć 1000 długości basenu (pływanie 4-5 razy w tygodniu), a na rowerze spędzić ponad 15h. W efekcie mam być jak „Węgorz” Moussambani, który cztery lata po Sydney notował już czasy niemal dwukrotnie lepsze niż w 2000 roku! To jest droga, którą chcę podążać, to jest moja motywacja i budzik dzwoniący o 5:50, bym zdążył na basen nim pojawią się tam grupy szkolne.

Jak łatwo zgadnąć, wzrost aktywności rowerowej i basenowej przełożył się na mniejszą liczbę wybieganych kilometrów. Łącznie wyszło raptem 70 km, ale w tym były dwa życiówkowe starty na 10 km (XX Biegi Żnińskie oraz 5. Bieg Dookoła Zoo. Taki jednak był plan – odpoczynek po Barcelonie był mi potrzebny. Teraz czuję głód biegania i podczas majówki zamierzam go zaspokoić:) Okropecznie tęsknię też za zmordowaniem się na jakichś 50-kilometrowych zawodach na orientację, mam nadzieję, że wkrótce uda się gdzieś pojechać.

A w domu mam już piankę triathlonową (wczorajsze próbne zakładanie wykazało, że wyglądam w niej jak połączenie delfina z pajacem) i bojkę, jeszcze kilka tygodni i zacznę treningi w wodach otwartych!:)