Ten, w którym warto być, bo stawiam piwo!

Co robicie w najbliższą niedzielę 1 września? Jesteście w Bydgoszczy lub okolicy i nie macie sprawy wagi co najmniej wojny lub wypłaty? No to widzimy się po południu w Myślęcinku i na Zawiszy! Stawiam piwko:)

W Borównie i Bydgoszczy wezmę udział w triathlonowych zawodach na dystansie 1/2 Ironman (Ironman 70.3). Składa się na to 1,9 km pływania, 90 km rowerem i 21,1 km biegu. Start będzie miał miejsce o 11:00.

Niedosyt po poznańskim 5:21:22 sprawia, że w Borównie/Bydgoszczy bardzo chcę skopać temu triathlonu tyłek. W Poznaniu było dobrze, ale nie idealnie, a ja lubię jak jest idealnie. Pogoda ma szansę być doskonała, a forma chyba jest niezła, czuję w nogach moc jak cholera! Do szczęścia potrzeba mi kibiców. Przybywajcie tłumnie. Zabierajcie szwagra, córkę, teściową, róbcie sobie piknik i kibicujcie. Każdy z Was jest na wagę złota, każde wsparcie może zadecydować o sukcesie lub porażce. Trzymajcie kciuki, dmuchajcie w dobrą stronę, a najlepiej to pokażcie się na miejscu! Im Was więcej, tym mi lepiej. Krzyczcie, dopingujcie, machajcie rękami, niech Was słyszę i widzę!

Żeby ułatwić sprawę i zachęcić, poniżej zamieszczam trochę informacji co i jak.

Pływanie zostanie rozegrane na jeziorze w Borównie, start odbędzie się na terenie byłego Wojskowego Ośrodka Wypoczynkowego „Żagiel”. Pływanie będzie o tyle widowiskowe, że składać się będzie z dwóch pętli, a po każdej trzeba będzie wybiec na brzeg, obiec beczkę, a potem wrócić do wody, co jest atrakcyjne dla kibiców, bo coś się dzieje. Minus jest taki, że w piance, czepku i oksach trudno swojego zawodnika rozpoznać;) Jakby co, to okularki mam białe z niebieskimi szybkami. Jak dobrze wiatry zawieją to wyjdę z wody po mniej niż 45 minutach, czyli o 11:45 (oby wcześniej!).

Pianka i okularki pozostają takie same,
mam za to nadzieję, że uda mi się wyjść z wody z mniej głupią miną;)

Po pływaniu, w strefie zmian zrzucę piankę i siądę na rower. Zuzka będzie mnie niosła 90 km, trasa składa się z dwóch i pół pętli, a kibice w tym czasie trasą Gdańską będą mogli przejechać z Borówna na Zawiszę. Pętle trasy rowerowej wyglądają następująco: zz ośrodka „Żagiel” wyjedziemy w lewo ul. Spacerową do miejscowości Nekla, tam w prawo do Kotomierza i nawrotka. Z Kotomierza do Niemcza i w prawo w ul. Jeździecką do Rynkowa i Myślęcinka. W Myślęcinku w ul. Hipiczną i wracamy do Nekli i Borówna. Takie dwa kółka, a potem jeszcze pół, czyli dojazd z Borówna do Stadionu Zawiszy, gdzie umiejscowiona będzie druga strefa zmian, w której mam nadzieję pojawić się po ok. 2:40 od rowerowego startu, czyli ok 14:30 (im wcześniej tym lepiej;)). Znakiem rozpoznawczym mojego (biało-czarnego) roweru jest fioletowy kucyk na kierownicy, o taki jak poniżej.

Pimpusia na kierownicy nie ma nikt poza mną:)
=== === ===

Przypominam, że wciąż prowadzimy akcję charytatywną pod kryptonimem „Wielki Wyścig dla Bartka”, w którym zachęcamy do wpłacania pieniędzy na rzecz chrześniaka naszego kolegi, Bartka. 4-letni Bartek ma guza pnia mózgu i staramy się mu pomóc. Hola-hola, ale nie jest to taka o, zwykła zbiórka pieniędzy. Za każde wpłacone na konto Bartka 19,99 zł otrzymujecie los w loterii nad loteriami, a dodatkowe losy możecie sobie wybiegać (jedna sztuka za 19,99 km). Ludziska, ale co to jest za loteria! Można sobie wyloteriować m.in. innowacyjny bidon na makaron, magiczną trąbkę rowerową w kolorze fioletu i kształcie kucyka, wizytę w rowerowym spa, genialnego audiobooka o z dedykacją autora oraz… patelnię nad patelniami!

Szczegóły akcji są o tu, kliku-kliku, a kasiorę wpłacamy na konto:

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski
=== === ===

Trasa rowerowa zakończy się w okolicy stadionu Zawiszy, gdzie rach-ciach zmienię butki rowerowe na biegowe, kask na czapkę z daszkiem i strzałka – trzy siedmiokilometrowe pętle po Myślęcinku biegiem, mapka trasy jest poniżej. I tam właśnie, na trasie biegowej, Wasze wsparcie będzie najważniejsze, będę też najbardziej interaktywny, bo na rowerze trudno jest przybić piątkę, a na biegu można:) Ustawiajcie się w dowolnym miejscu trasy, a jak tylko mnie zobaczycie to krzyczcie ile sił w gardłach. Ale bijcie brawo i kibicujcie wszystkim zawodnikom, a nie tylko mi:)

O tak będziemy biegać – trzy pętle, po 7 km każda

Tak (plus biała czapeczka z daszkiem) wygląda mój strój startowy

Mam nadzieję, że bieganie zajmie mi około 1:35-1:37. Sumując wszystko oznacza to, że na mecie (stadion Zawiszy) chciałbym pojawić się w okolicach godziny 16:05, to wersja bardzo optymistyczna. 16:10-16:15 też będzie dobra:) Jako że meta znajduje się bardzo blisko pętli biegowej, można pokibicować na pętlach w Myślęcinku, a potem przejść na stadion by zobaczyć jak padam na ryj za metą. Główny komitet kibicowski zgromadzony będzie zapewne w okolicy słynnego już transparentu, który był największą niespodzianką półajronmenowego debiutu w Poznaniu :)

 
They’re simply the best! Są nie do pomylenia z innymi kibicami:)

Nie wiem, jak będzie wyglądała strefa mety, ale na większości zawodów można kupić piwo. Jeśli podobnie będzie na Zawiszy, stawiam browarka wszystkim znajomym, którzy pojawią się w niedzielę kibicować!:)

W razie pytań lub wątpliwości pytajcie tu w komentarzach lub na Facebooku. Mam nadzieję, że do usłyszenia i zobaczenia!

A jak ktoś ma wojnę lub wypłatę w niedzielę, to jest duża szansa, że na FB będą jakieś informacje lajf na żywo z trasy, więc pozostańcie czujni:)

Ten, w którym psy szczekają, a karawana jedzie dalej, czyli Izerska Wielka Wyrypa 2013

Schodząc z pól od PK8 natrafiamy na problem w postaci ogrodzeń. Cóż, czasem trzeba przejść przez czyjeś podwórko. Przeprosimy, pozdrowimy i jakoś będzie. Kuba: „Ten dom wygląda na opuszczony, w niektórych oknach nie ma szyb i nie widać żywej duszy.” Siup przez siatkę i truchtamy po podwórku. „Hau, hau, hau!!!” z drzwi wylatuje czworonóg wielkości co najmniej owczarka! A my dzida do bramy, którą przeskakujemy w biegu! Po drugiej stronie lądujemy jakieś pół sekundy nim pies dopadł naszych łydek, ufff…

Organizatorzy IWW postanowili uniknąć zamieszania z rozdaniem map i te czekały na nas 1,5 km od startu, gdzie trzeba było dobiec pod górkę. Stawka się więc rozciągnęła i tłoku nie było. Głupi Krasus, zamiast sobie siąść i dokładnie zaplanować trasę, poleciał jak kuna rowem do PK2. Towarzyszem doli i niedoli znów Kuba Runowski, który staje się moim ulubionym współnapieraczem. Pierwsze 20km trzasnęliśmy w jakieś 2:40, rewelacja! W głowie myśli o tym, że czas poniżej 8h jest realny i może jakieś miejsce w okolicach pudła?

Lwówek Śląski to bardzo ładne miasteczko z awangardowym rozwiązaniem architektonicznym. Rynek z XVI-wiecznym ratuszem otoczono tam… blokami mieszkalnymi. Socrealizm, hej!

Szkoda tylko kurde, że zamiast po drodze do punktu odżywczego w miejscowości Wleń (wiecie, że to jedno z najstaszych miast w Polsce? Prawa miejskie ma od 1214 roku, a swego czasu mogło nawet bić złote i srebrne monety) zaliczyć umiejscowione na środku mapy PK8 i PK5, zostawiliśmy sobie je na później.
Ciała daliśmy też przy podejściu na szczyt Łopata, który zaatakowaliśmy od najbardziej stromej strony. Mając jako alternatywę łagodne podejście, włazimy pod jedną najbardziej stromych skarp pod jakie kiedykolwiek wchodziłem, brawo chłopaki, brawo! Patrzeć na poziomice, patrzeć na poziomice, patrzeć na poziomice – proste, nie?

Odcinek specjalny na dokładniejszej mapie do BnO idzie całkiem sprawnie, choć po wyjściu z niego, przed PK8 trafiamy na jednej z polnych dróg na przeszkodę nie do przejścia w postaci dość agresywnie nastawionego psiaka rasy mi nieznanej. Spotkanie kończy się wycofem (naszym, nie psim) i pocięciem na azymut, co w końcu na złe nam nie wychodzi, bo oszczędzamy kawałek dystansu. Aczkolwiek cięcie po niektórych polach było mało wygodne, bo pozostałe po żniwach grube badyle znacznie utrudniały bieg.

Schodząc z pól od PK8 natrafiamy na problem w postaci ogrodzeń. Cóż, czasem trzeba przejść przez czyjeś podwórko. Przeprosimy, pozdrowimy i jakoś będzie. Kuba: „Ten dom wygląda na opuszczony, w niektórych oknach nie ma szyb i nie widać żywej duszy.” Siup przez siatkę i truchtamy po podwórku. „Hau, hau, hau!!!” z drzwi wylatuje czworonóg wielkości co najmniej owczarka! A my dzida do bramy, którą przeskakujemy w biegu! Po drugiej stronie lądujemy jakieś pół sekundy nim pies dopadł naszych łydek, ufff…

Przed PK5 kolejna wtopa: źle wybieramy ścieżkę od miejscowości Pławna Dolna (na tej złej kolejny pies – tym razem mały jakiś, więc idziemy) i nad rzekę Kwilicę docieramy w złym miejscu. Zawiodło wyznaczanie odległości, ale jak patrzę na zdjęcie satelitarne, to na oko nie mieliśmy szans zobaczyć właściwej ścieżki, bo zaczynała się jakby za gospodarstwem. Trzeba było dokładnie zmierzyć dystans. Nad rzeczką miotamy się tam trochę w lewo i w prawo, bo nie wiemy, gdzie dokładnie jesteśmy. W końcu idziemy wodą (ulga dla zmęczonych stóp) w górę nurtu (czyli w lewo) i docieramy do PK, gdzie czekają znajomi Kuby. Tam chwila oddechu, kilka fotek i napieramy dalej.

==== ==== ====
Podoba się relacja? No to szybki przerywnik, bynajmniej nie reklamowy! Przypominam, że razem z Bo i Wybieganym robimy akcję pomocy 4-letniemu Bartkowi, który walczy z rakiem. Bartek to nie jakieś obce dziecko, tylko chrześniak Kuby, naszego kolegi blogera, więcej o Bartku tutaj (kliku-kliku), a o akcji tutaj (kliku-kliku). Przypomnę tylko, że pomagając Bartkowi nabywacie losy, a wylosować można nie byle co, bo duży przegląd rowerowy w najlepszym serwisie w Warszawie, bidon wypełniony makaronem, mającego właściwości magiczne kucyka na kierownicę oraz… Patelnię nad patelniami! Do dzieła Wyrypowicze, bo wiem, że wielu z Was pewnie to czyta:)
==== ==== ====

I następuje największa wtopa tego dnia. Nie łapiemy odpowiedniej dróżki i nadkładamy dobre 2-3 kilometry. Szczęście w nieszczęściu, że zupełnym przypadkiem trafiamy na punkt odżywczy trasy 20-kilometrowej, który w sumie ratuje nam tyłek, bo w bukłakach króluje pustka, a z samochodu łapiemy nie tylko wodę, ale i banany oraz pyszną drożdżówę. Docieramy w końcu do asfaltu i po raz kolejny spotykamy mijanego wcześniej kilka razy Michała Szczęsnego, z którym napieramy dalej. Przy PK6 znów chwila zawahania, ale w końcu udaje się odnaleźć właściwy strumień i, trochę dookoła, lecimy do PK4. Lampion znajdujemy bez problemów i podejmujemy decyzję o tym, że na PK3 wejdziemy na azymut. Kompas w łapę i jazda. Udaje się bez większych problemów, podobnie jak PK1, przed którym znów łączymy siły z Michałem. Tu już koncentracja była na najwyższym poziomie, szkoda, że zabrakło tego wcześniej.

Przed metą jeszcze tylko punkt XX, który organizatorzy wyznaczyli jako ostatni do zaliczenia. Chodziło o to, by bezpieczną drogą wrócić na metę. Wybieramy wariant asfaltem, bo jest pewniejszy nawigacyjnie i szybkościowo. Kuba opada z sił, parę minut później także Michał i zostaję sam na placu boju, biegnąc poniżej 5:30 na kilometr. Na XX znów włażę z kompasem przez las pod górkę i trochę szczęśliwie, ale w sumie bez problemów podbijam ostatni punkt. Potem już pędem do Lwówka i do mety, na której melduję się z oficjalnym czasem 10:07:10. O kilka sekund przegrałem z innym zawodnikiem, ale nie miał on wszystkich punktów i w sumie niepotrzebnie ostatnie kilkaset metrów grzałem po 4:30-4:40 goniąc go;)

Na ostatniej prostej nigdy nie wychodzę korzystnie;) 

Na mecie relaks. Żony to jednak potrafią załatwić wszystko.
W lodówce w bufecie czekało na nas zimne piwko…

…które tak mi zasmakowało, że do domu wróciłem z całą skrzynką,
starczy na co najmniej miesiąc!
(oby…)

W IV Ekstramlanym Rajdzie na Orientację Izerska Wielka Wyrypa zająłem siódme miejsce na 111 startujących. To mój najlepszy wynik odkąd dwa lata temu zadebiutowałem w pieszych maratonach na orientację (PMNO) na dystansie 50 km. Owszem, byłem już siódmy na Mazurskich Tropach i ósmy na Azymut Oriencie, ale tam startowało odpowiednio 46 i 16 osób. Mamy zatem niezły wynik, a ja… narzekam, marudzę i znów czuję niedosyt! Mam bowiem poczucie, że stać mnie na więcej, a kilka błędów nawigacyjnych kosztowało mnie dobre 45 minut, jeśli nie więcej.

A na pamiątkowej fotce trzy blogiery:
Michał Kołodziej (Dajcie mi wygrać!), Marcin Kargol (Don’t stop me now!), no i ja.
Trzy? A nie dwa? No tak, Maniek jest z nami przez telefon, bo nim dotarliśmy do mety,
on wylądował już w domu;)

Tak, większość uczestników nie zdołało w ogóle zebrać wszystkich punktów, wielu naprawdę mocnych zawodników nawet nie ukończyło zawodów, bo odwodnili się na trasie i musieli zostać zwiezieni. A ja je ukończyłem i do końca miałem siłę biec, to powód do zadowolenia. Ale kolejne błędy nawigacyjne powodem do dumy już nie są i mam nadzieję w końcu je wyeliminować. Znów zabrakło mi głowy do tego, by przed startem siąść na pięć minut i dokładnie przeanalizować mapę, zaplanować kolejność zaliczania PK (nie była oczywista) i mniej-więcej trasy pomiędzy nimi. Następnym razem, obiecuję, obiecuję!

To była dla mnie trzecia edycja Izerskiej Wielkiej Wyrypy i znów się nie zawiodłem. To prawie doskonale zorganizowana impreza (choć była i niewybaczalna wtopa, o niej za chwilę), z ciekawymi trasami, przepiękna widokowo i z bardzo fajnym klimatem. Organizatorzy zadbali o wiele detali, na trasie rozstawiono punkty odżywcze (arbuzy, pomarańcze, banany, ciastka i woda), a na mecie czekał ciepły i bardzo smaczny posiłek. No właśnie, to ta wtopa. Okazuje się, że dla wielu osób posiłku nie starczyło. Nie potrafię zrozumieć jak to się stało, bo przecież wiadomo było, ilu uczestników się pojawi, a każdy w pakiecie dostał kupon na posiłek regeneracyjny, ale ci co na metę dotarli po 14-15 godzinach już ciepłego jedzenia nie dostali.

Mapa Izerskiej Wielkiej Wyrypy 2013 z naniesionym naszym przebiegiem.
Polecieliśmy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, zielony kolor tracka do bieg, czerwony marsz.

Stats&hints IV Ekstremalny Rajd na Orientację Izerska Wielka Wyrypa
Wynik: czas 10:07:10; 7/111 miejsce w klasyfikacji open;

Warunki pogodowe: rano 14-16 stopni, za dnia do ok. 30 st., patelnia

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Roclite 295+stuptuty; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; spodnie Dobsom R90 (nigdy więcej w krótkich spodenkach na PMNO!), koszulka techniczna z Lidla, czapeczka z daszkiem Nike; Garmin 910 XT; kompas Silva Ranger

Jedzenie/picie: 2 żele + 2 batony + 2 chałwy + ciastka i owoce na punkcie odżywczym; 2 l izo w bukłaku +3 l dolane na punkcie.

Pod względem sprzętowo-żywieniowym spisałem się idealnie, niczego bym nie zmienił:)

Ten, w którym wielkowyścigowujemy się dla Bartka

W trakcie Wielkiego Wyścigu najwięcej frajdy sprawiły wszystkim chyba rywalizacje na Endomondo. Zabawa była przednia, a emocje do samego końca, a Wasze zaangażowanie jakieś stodwadzieściasześćrazy przerosło nasze oczekiwania. I to, mimo że pierwotnie miało tam nie być nagród! I wiecie co? Bo ja już wiem, i Bo oczywiście też wie i jeszcze Wybiegany jest wtajemniczony. Znów będziemy rywalizować i znów będzie wesoło, a przy tym będziemy pomagać!

Zapraszamy Was do wspólnej zabawy pod kryptonimem „Wielki Wyścig dla Bartka”. O co chodzi? Bartek, chrześniak Kuby od bloga Formatownia.pl, ma cztery lata i walczy z paskudztwem zwanym guzem pnia mózgu. Jak to w takich przypadkach bywa, potrzeba pieniędzy, by mu pomóc. Pomożecie? Pomożemy! Nie będzie to jednak taka o, zwykła pomoc, bo zrobimy z niej rywalizację, w której wygrać będzie można nagrody. Nagrody za pomaganie? O ja, Bo i Krasus znów oszaleli. Jakie nagrody? Ano kurde nie byle jakie!

A no na przykład brat bliźniak Pimpusia (tak tak, oryginalny braciszek mojego Pimpulka)! Zwycięzca będzie mógł zamontować sobie na kierownicę roweru fioletowego kucyka, który chroni przed złymi urokami, dodaje pi przez dwa kilometrów na godzinę do średniej prędkości, że o +10 pkt do rowerowej stylówy nie wspomnę! Dokładne właściwości magiczne brata Pimpusia nie są jeszcze znane, zapewne nie bez wpływu pozostanie imię, jakim określi go nowy właściciel.

Tak wygląda oryginalny bliźniak Pimpusia…
…a tak mój Pimpuś w akcji

I wygrać będzie można jeszcze na przykład Makaronowy Bidon. Makaronowy Bidon zapytacie? To taki pas biegowy z bidonem, który idealnie nadaje się na wybiegania w trakcie maratońskich przygotowań. Ale uwaga, uwaga! To nie jest zwykły pas z bidonem, w który sobie wlejecie zimne piwko. O nie! Bo przecież jak ładuje energię biegacz? Ano je makaron! I dlatego właśnie w Wielkim Wyścigu dla Bartka wygrać będzie można bidon pełen najwyższej jakości makaronu! To pierwszy i jedyny taki bidon dostępny na polskim rynku.

Woda lub izo w bidonie to trzepactwo. Prawdziwy biegacz w bidonie ma makaron!

Ach, no i nagroda główna. No dobra, usiądźcie jeśli stoicie, bo to będzie nagroda jakiej w polskiej blogosferze jeszcze nie było! I aż sam sobie w brodę pluje, że jako współorganizator nie mogę o nią powalczyć. Do rzeczy: główną nagrodą w Wielkim Wyścigu dla Bartka będzie PATELNIA, którą Bo wygrała w trakcie wielkowyścigowego Lotto Poznań Triathlon! Szok! Usmażyć sobie jajecznicę na patelni, którą trzymała w swoich dłoniach Bo! Szklista cebulka, a może stek z wołowinki lub naleśniki? Wszystko da się zrobić, bo to nie jest zwykła patelnia tylko hiper-turbo-indukcja, czyli Patelnia nad patelniami (szczegóły techniczne jakby co: kliku-kliku!

Na Patelni nad patelniami przyrządzić można nawet krasnala!

Kto, gdzie, za ile i kiedy?!
Wszystkie trzy (już nie trzy, ale o tym na końcu:D)  nagrody zostaną ROZLOSOWANE wśród osób, które zdecydują się wspomóc Bartka kwotą co najmniej 19,99 zł. „Losów” można wykupić więcej, każdy za 19,99 zł. Jak ktoś wpłaci na bartkowe konto 99,95 zł, to otrzyma pięć losów i jego szansa na jajówkę a’la Bo wzrośnie pięciokrotnie. Oczywiście nie ma ułamków, za wpłacone 105 zł też jest pięć losów. Sky is the limit, wpłacajcie ile tylko chcecie, bo nagrody są warte wszystkiego.

Ale, ale, ale! Dodatkowe losy będzie można sobie wybiegać:) Każde 19,99 km zrobione do końca września w tej rywalizacji to kolejny los. Do końca września biegamy, a na początku października zrobimy losowanie, do którego podobnie jak przy WW użyjemy serwisu Losowe.pl. Wpisowe do rywalizacji wynosi 19,99 zł, za które otrzymujecie pierwszy los. Oczywiście im więcej wpłacicie tym lepiej dla Bartka i tym więcej losów dla Was, a w końcowym losowaniu liczy się suma losów kupionych i nabieganych.

Jeszcze raz: każde 19,99 zł wpłacone dla Bartka to jeden los (można kupić dowolną liczbę losów), a dodatkowe losy można sobie wybiegać na Endomondo. Każde 19,99 km (nieważne, czy w jednym biegu czy w pięciu) to jeden los. Jak ktoś do końca września wybiega łącznie 200 km, to otrzyma za Endo 10 losów. A jak ktoś trzaśnie 300 km, to dostanie 15 dodatkowych losów. Na końcu sumujemy losy nabiegane i kupione i wygrywamy (tzn., wy wygrywacie) takie nagrody, że o boziuńku!

Jeszcze przykład, by było jasne na sto procent. Osoba X wpłaciła na konto Bartka 100 zł i łącznie nabiegała 195 km. Z wpłaty ma więc 5 losów, a z biegania 9 (liczymy każde pełne 19,99 km), czyli razem 14. Proste? Jasne? Jeśli nie to śmiało pytajcie w komciach, mailach, czy na FB. Bo, Wybiegany i ja w rywalizacjach będziemy dla towarzystwa i lansu, ale w losowaniu udziału oczywiście nie bierzemy.

Tak, wiemy, że zabawa preferuje użytkowników jednej aplikacji, ale nie mamy pod ręką innego narzędzia, które tak sprawnie umożliwiałoby zliczanie kilometrów. Przelewem można wykupić dowolną liczbę losów, więc szanse ma każdy, kto pomoże Bartkowi, a przede wszystkim o to chodzi. Gdy dopisze szczęście, wygrać można nawet mając w ręku jeden los, więc do dzieła! Kto się nie bawi ten trąba i do tego nie przyjdzie w tym roku Święty Mikołaj!

Losy kupuje się przelewem:

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski

A do rywalizacji dołączacie tutaj (kilku-kliku).

UWAGA, WAŻNY KOMUNIKAT
Jako że żadne z nas nie ma dostępu do bartkowego konta, jesteśmy zmuszeni do proszenia Was o przesłanie potwierdzenia przelewu mailem na run.bo.blog@gmail.com lub krasus.biecdalej@gmail.com. Oczywiście zapewniamy pełną dyskrecję w kwestii tego, kto ile wpłacił na konto Bartka. Osoby, które w ciągu pięciu dni roboczych nie prześlą potwierdzenia przelewu będą usuwane z rywalizacji. Przepraszamy za tę niedogodność, ale mamy nadzieję, że zrozumiecie. Jakoś trzeba weryfikować to, czy Makaronowy Bidon, Pimpuś2 i Patelnia nad Patelniami trafią w godne ręce:)

Na potwierdzenia przelewów czekamy do 4 października (piątek) wieczorem. Potem z rywalizacji będziemy usuwać osoby, które potwierdzenia nie przesłały, zsumujemy losy każdego z Was i heja, losujemy nagrody!

UPDATE
I mamy kolejną nagrodę! Pamiętacie jak Zuzka odwiedziła rowerowe spa? Cóż tam się nie działo… No to wyobraźcie sobie, że nagrodą nr 4 jest „duży przegląd rowerowy” w Bikeservice.com.pl! Co tam będą przeglądać? Dżizaskrajst, czego on nie obejmuje! Czyszczenie, odtłuszczanie, konserwacja, smarowanie, kasowanie, kontrola, sprawdzanie, regulacja i co tylko jeszcze Wasz rower może sobie wymarzyć. Koszt takiego przeglądu to 150 zł, a pomagając Bartkowi nie tylko dostajecie go za friko, ale jeszcze w zestawie komplet smarów rowerowych gratis! Szaleństwo po prostu, szaleństwo…

UPDATE2
Sprawa zaczyna przybierać obrót, którego sami się nie spodziewaliśmy. Mamy kolejną nagrodę w puli! Jeden z uczestników przekazał nam audiobook Łukasza Grassa „Trzy mądre małpy”. O tym, że jest to książka warta przeczytania/wysłuchania niech świadczą opinie zamieszczone na portalu Lubimyczytać.pl. Zresztą, co ja Wam będę mówił, to obowiązkowa lektura dla każdego, nie tylko osoby zainteresowanej triathlonem, bo wbrew pozorom to książka właściwie wcale nie jest o triathlonie.

Ale uwaga, uwaga, bo to nie wszystko! Mało tego, że można dostać świetnego audiobooka. Mało tego, że autor obiecał mi wypisać specjalną dedykację dla zwycięzcy. Ale audiobook może zostać przekazany podczas wspólnego pobiegania w Lesie Kabackim lub okolicy! I co Wy na to?

Oczywiście jeśli nagrodę wylosuje ktoś, kto nie chce/nie lubi/nie może biegać lub po prostu mu miejsce nie pasuje, audiobook z dedykacją zostanie wysłany pocztą.

UPDATE3
O naszej akcji napisał triathlonowy portal xTRI.pl (kliku-kliku), ale to jeszcze nic. Xtri.pl dorzuca kolejną nagrodę! Będzie to spersonalizowana koszulka techniczna:) Kto ją wylosuje, będzie mógł sobie na niej nadrukować „Czytam blog Krasusa” lub ewentualnie imię Bo w serduszku (tylko trzepak robiłby sobie na koszulce swoją ksywkę…)! Czad, co?!

No to przypominam tylko, że losy kupuje się przelewem:

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski

A do rywalizacji dołączacie tutaj (kilku-kliku).

Ten, w którym rozdajemy okularki i prosimy o pomoc

NAJWAŻNIEJSZY AKAPIT TEGO WPISU JEST NA KOŃCU. JAK SIĘ KOMUŚ NIE CHCE CZYTAĆ CAŁOŚCI, TO OD RAZU PRZECHODZI NA KONIEC:)


Krasus Krasus leć jak strzała
Twoich brać kibiców cała
dopinguje Cię i wspiera
abyś wygrał właśnie teraz!

Za te fantastyczną rymowankę MARYSIA zostaje zwycięzcą kąkórsu poetyckiego! Marysiu, otrzymujesz przepiękne okulary basenowe firmy Huub, gratulujemy i dziękujemy. Szczególnie ja, bo wierszyk jest mi bardzo miły:)

Muszę jednak przyznać, że rozwiązanie tego kąkórsu było diabelnie trudne. Ostatecznie zdecydowały Twoje umiejętności prorocze związane z bracią kibiców, dzięki którym ukończyłem Lotto Poznań Triathlon na dystansie 1/2 IM (relacja: kliku-kliku).

W ścisłym finale znalazł się też inny prorok – Mikołaj Studziński, który wyrymował tak:

Czy to słońce, czy to deszcz
Poznań dziś Krasusa jest!

Z tym słońcem i deszczem to zaszalałeś;) Trzecim finalistą był Łukasz Nowak z niezbyt dla mnie pozytywnym, ale jednak ujmującym okrzykiem:

Boska Bo! Boska Bo! Krasusowi łupnia do!
Proste i chwytliwe, takich właśnie rymowanej szukaliśmy:) Bardzo podobało nam się także kilka innych, że zacytuję:

Kipi woda aż na Malcie:
„Krasus wygra już na starcie!”
(autor: Monika Tynenska)

Woda, rower, but biegowy!
Krasus to jest Zuch Morowy!
(autor: Monter)

Biegnie Krasus, grymas srogi
Bo juz wie, ze nie dogoni
(autor: Maro)
Bo Krasusowi od początku ucieka,
lecz Kuba na Zuzkę cierpliwie czeka
Wielki Wyścig w najlepsze trwa
Kto wygra? ________, hip hip, hurra!

Krasus, Pimpuś oraz Zuza – cała trójca mknie jak burza!
(autor: Hankaskakanka)

Królowa rzeszowszczyzny, kleopatra podkarpacia
zostawi Krasusa przed metą w samych gaciach
(autor: Mateusz „IGTHORN” Kisiel)

Ten kąkórs sprawił nam ogromną radość, rymowanki były fantastycznie i naprawdę mieliśmy ogromny problem z wybraniem tych najlepszych. DZIĘ-KU-JE-MY!!!

Aha, jeszcze trzy oksy do rozdania. Drugie okulary basenowe od Huub Polska rozlosowaliśmy wśród wszystkich komentujących, którzy nie wygrali okularów w innym kąkórsie. No i okularki pojadą do internauty o nicku…. MARO, gratulacje! Tu problemu nie było, po prostu uroczyścieśmy z Bo Cię wylosowali. Bo w życiu to trzeba mieć szczęście! Bo.

Dwa ostatnie kąkórsy związane były z typowaniem naszych wyników.

Nikt nie wytypował żadnego z wyników dokładnie, co do sekundy. Ani naszego całego ajronmena, ani też różnicy pomiędzy nami, która wyniosła mniej niż minutę (a dokładnie 48 sekund). W tym drugim typie najbliżej byli Ava i Mauri Włodek, którzy wytypowali remis. Zgodnie z zasadami wygrała osoba, która jako pierwsza podała dany typ, a był to MAURI WŁODEK. Gratulacje!

Drugie oksy ołpenłoterowe powędrują do DarkTri, który był bardzo bliski wytypowania naszego wspólnego wyniku. Suma naszych połówkowych czasów wyniosła 10:43:32, a DarkTri typował 10:43:10, pomylił się zaledwie o 22 sekundy! Warto dodać, że był całkiem blisko w drugim typowaniu, bo pomylił się zaledwie o 2,5 minuty. Ma facet nosa!:)

No i jeszcze…

Słuchajcie, kto był na wielkowyścigowym mini-pikniku (naprawdę wielce dziękujemy za przybycie, to było przemiłe!) ten wie, że master of the day został Kgb, który napisał cały poemat na temat Wielkiego Wyścigu. Niestety, poemat nie spełnia podstawowego warunku: nie jest krótką rymowanką;)

Ale nie mogliśmy przejść obok niego obojętnie, szczególnie, że każde z nas dostało własną wersję poematu z podpisem autora. No szok, co nie? Że tak dla nas się ktoś postarał, no szok. Kgb ma wyjątkowy talent (pisze też niezłego bloga jakby co), więc aby go dalej rozwijał otrzymuje od nas…. podręcznik jak zostać pisarzem! A co, niech chłopak wspomni nasze skromne blogaski jak już dostanie tego Nobla albo inną Nike, czy Riboka!

Do rzeczy. Oto arcydzieło Kgb:

Wielki wyścig

Wyścig rozpoczął armatni strzał
By każdy z tysiąca Ajronem się stał
Lecz nam nie o tysiąc, my swoich mamy
Bo. i Krasusa – za nich trzymamy!
Pływa jak ryba ta nasza Bo.
Ale i Krasus idzie na sto
Gdy Boska Bo. z wody wyskakuje
To Krasus na bajku już pedałuje
Kręci miarowo, kadencja spora
Ale dla Bo. to nie-przeszkoda
Będzie wyprzedzać, światłami mruga
Treningów ciężkich jest to zasługa
Nawrót w Kostrzynie, połowa drogi
Przez Swarzędz powrót, upał już srogi
Krasus nie zwalnia, naciska, mocny
lecz Bo. i Cuba – duet wszechmocny!
Wpada na Maltę, Cuba zostaje
Krasus tuż za nią, nielichy grajek
Bo. buty zmienia, dwa łyki wody
Półmaraton przed nią, zaczną się schody
Krasus naciera, sapie i grozi:
„Zaraz ci wyrwę obie nogi!”
Minuty biegną, tętno szaleje
Okrążeń cztery, ależ się dzieje!
Bo. nie zwalnia, tłum wiwatuje
Wszak Wielki Wyścig się dokonuje
Sto kilometrów, jeszcze im mało
Oby sił w mięśniach im nie ustało
Ból przeogromny, że w nogach pali
Sami go z Bo. sobie utkali
Już widać metę, Krasus się zbliża
Ależ on biegnie, cóż to za chwila!
Bo. już niemalże mety dopada
Ale i Krasus – mocna obsada!
Płuca wypluwa, kona zarazem
Już są na kresce, wpadają razem
Po stu kilometrach, potrzebny fotofinisz
Bo gołym okiem nic nie rozkminisz
Centymetr lub mniej, takaż różnica
Na tym dystansie toż to drobnica
Któż pierwszy był, daremne pytanie
Chwała dla Niej, dla Niego wieczne uznanie

Powala, co nie?:)

Wszystkich laureatów prosimy o kontakt mailowy na run.bo.blog@gmail.com i/lub krasus.biecdalej@gmail.com – ustalimy kolory i rozmiary okularków oraz adresy przesyłek:)

Ech, a najtrudniejsze człowiek zawsze sobie zostawia na koniec… Najtrudniejsze, spytacie? Chodzi o to, że Wielki Wyścig się już skończył:( Kurka wodna, dzięki Wam była to fantastyczna zabawa i przygoda. Sam jego wynik nie ma żadnego znaczenia przy tym, jak świetnie bawiłem się w trakcie jego przygotowań! Pisały o nas tri-portale (Love2tri.pl, Tri-book.pl oraz TRI-fun.pl, a najwięcej radochy było chyba podczas rywalizacji na Endomondo.

Tu zaskoczyliście nas kompletnie. Udział w zabawie wzięło blisko 200 osób, a razem spaliliśmy ponad 2,5 mln kcal!!! Wygrała moje cudowna drużyna, która spaliła 1 292 158 kcal, choć team Bo również nie leniuchował (1 245 795 kcal). Dzięki Wam, przez cały lipiec Bo była królową podblokowych trzepaków, a jej ubiór już jest podobno klonowany przez kilka największych firm produkujących odzież sportową.

Walka musi być!;) / fot. TRI-fun.pl

Nie byłoby tak fajnie gdyby nie sponsorzy Wielkiego Wyścigu. To dla nas szok, ale aż cztery firmy zdecydowały się nas wspomóc. Dzięki Wydawnictwu Galaktyka (FANFARY!), od którego wszystko się zaczęło, przekazaliśmy Wam sześć świetnych książek o tematyce biegowo-triathlonowej. Potem zrobiliśmy artystyczny kąkórs z Natural-Born-Runners (FANFARY! kto nie korzystał jeszcze z tego sklepu to marsz na zakupy!) oraz szybkie wymyślenie roweru na nowo we współpracy z Bikeservice.com.pl (FANFARY!) i Galaktyką. Finałowy kąkórs został obsadzony przez Huub Polska (FANFARY!), od którego dostaliśmy cztery pary okularków.

Nie wiem, co ja teraz będę robił jak już WW nie ma. Mam nadzieję, że wkrótce pojawi się inny podobny pomysł i będzie jeszcze fajniej:) Może też nadrobię blogowe zaległości, bo w kolejce czekają m.in. test dwóch par butów od New Balance, opis fittingu rowerowego i kilka innych.

Raz jeszcze wielkie dzięki dla każdego, kto dołożył do niego choćby jednego komcia lub lajka!

A na sam koniec absolutnie najważniejsze. Słuchajcie, Wy pomogliście nam się świetnie bawić, my pomogliśmy Wam się świetnie bawić, a teraz zróbmy RAZEM coś, co sprawi, że ktoś inny będzie mógł się w ogóle bawić.

Bartek, bratanek zaprzyjaźnionego blogacza Kuby potrzebuje pomocy. W czerwcu 2013 roku rozpoznano u Bartka nieoperacyjnego guza pnia mózgu (szczegóły u Kuby). To bardzo złośliwy i oporny na leczenie paskud. Coś jak ściana maratońska. Ale przecież w takim momencie nie można się podłamywać, nie? Nie wolno zejść z trasy, nie wolno przegrać. Trzeba zacisnąć zęby i dobiec do mety. Pomóżmy Bartkowi ukończyć jego maraton!

Zrobimy tak: każdy kto kibicował Wielkiemu Wyścigowi, albo lubi Bo, albo śmiał się z Pimpusia, albo może podziwiał Boshkę na pudle, albo zainspirował się naszą zabawą, każdy kto wygrał i nie wygrał w naszych kąkórsach, dosłownie każdy kto czyta tego i tamtego blogaska, przeleje kilka złociszy na pomoc Bartkowi. Może to być 5 zł, może być dyszka, a może być 0,5 proc. tego, co zarobiliście w lipcu. Przecież to tylko ułamek, nie?:) Jedno piwo mniej? Da się. Do dzieła, pokażcie, że potraficie.

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski

Ten, w którym biegnę dla kibiców

Pół minuty pod drzewkiem pozwala mi odpocząć, za chwilę punkt żywieniowy, a na nim ulubione pomarańcze, które podobnie jak w Barcelonie stawiają mnie na nogi. I wtedy coś się zmienia. W głowie pojawia się Hymn Luxtorpedy.

Kiedy duch i serce jest silniejsze niż ciało
to ból wśród nieszczęść uczynił Cię skałą.
Tylu już przegrało, zabiła ich słabość,
Ty wśród nich wyciągasz dłoń po wygraną.
W każdym moim zwycięstwie jest pot i krew poświęceń.
Chcę ubrudzić ręce, by wybudować szczęście,
ubrudzić ręce, by wybudować szczęście.



Na ziemię powaleni, wstajemy, nie giniemy -
ta krew już raz przelana, nie wyschnie wciąż i płynie!
Wiara, siła, męstwo -
to nasze zwycięstwo!


Kilkanaście sekund później wiem już, że tę walkę wygram. Upadłem, ale powstaję. Mija dosłownie kilka chwil, w czasie których przestawia mi się jakaś klapka i głowa w końcu pokonuje słabość ciała. Doznaję jakiegoś katharsis, które w mgnieniu oka zmienia mnie z oklapłego i zmęczonego do granic możliwości słabeusza w pełnego energii fajtera. Pewność siebie powraca, serce intensywniej pompuje tlen do mięśni, przyśpieszam, a mój organizm wchodzi na wyższe obroty.

Etap rowerowy, z niego jestem najbardziej zadowolony / fot. BK

Przedstartowe uśmiechy herosów z półżelaza / fot. AS

Pływanie – trochę poniżej oczekiwań
Start z wody, zanim w ogóle rozbrzmiał startowy strzał z armaty, inkasuję kilka kopniaków, bo jest ciasno. BUM! Z dobrą minutę zajmuje mi zanim w ogóle zacznę płynąć, jest bardzo ciasno. Kuksaniec, kopniak, czyjeś ręce, łokcie, nic nie widać. Widoczność w wodzie nie sięga dalej niż łokieć. Staram się płynąć w miarę prosto, ustabilizować rytm i skupić się na technice. Nawet nie próbuję oddychać na trzy, po co się męczyć? Do nawrotki dochodzę ładnie prosto, bez problemów nawigacyjnych. Te zaczynają się na długiej prostej w stronę mety. Nie do końca widzę boje, co chwilę ktoś we mnie wpływa (mistrzostwo dla zawodnika, który płynął pod kątem prostym do mnie, sprawdziłem, ja miałem kierunek w miarę poprawny;)), kiepsko jest. Ale trzymam w miarę równe tempo i rytm, to najważniejsze. Z dwa razy przechodzę do żabki by wyrównać nawigację. Na ostatnich 200-300 metrów przyśpieszam i wg Garmina ostatnie 400 przepłynąłem w 8:50, co jest jak dla mnie wynikiem rewelacyjnym. Niestety, ten sam garmin orzekł, że zamiast 1900 m przepłynąłem 2010 metrów. Na mapce widać zresztą jak pięknie zygzakowałem w drugiej części zawodów. 45:57 to minuta-dwie poniżej optymistycznego scenariusza. 100 metrów nadłożone to właśnie dwie minuty albo i więcej. Być w 80 proc. stawki to zdecydowanie poniżej moich ambicji.


1,9 km (zmierzone 2,01 km) / czas 45:57 / m-ce 481 z 607 (79,2 %)

Rower – zgodnie z oczekiwaniami
Jedź Zuzka, pędź, wyprzedzaj! Już na wyjeździe ze strefy zmian mijam kilka osób, jest pod górkę i ludzie jadą chyba z 15 km/h. Litości, ciśnijcie, albo z drogi! Kończę batonika, popijam i dzida! O, Irek! Wyprzedzam go na Krańcowej, ale chwilę później on kładzie się na lemondce i jest pozamiatane.Do Warszawskiej, a potem 19 km prostej do Kostrzyna, z lekko niebezpieczną pętelką przy Antoninku. Już od pierwszych metrów Zuzka sunie jak opętana, cały czas wyprzedzamy! Obserwuję średnią prędkość z każdego okrążenia (5 km) i staram się, by przekraczała 34 km/h. Najlepsze wchodzą po 36 km/h. Mimo szerokiej drogi, wcale nie jest łatwo. Kałuże po nocnej burzy ograniczają optymalny tor jazdy. Jedni jadą lewą stronę (zgodnie z zaleceniami organizatorów), inni prawą (zgodnie z zasadami ruchu w Polsce), najbardziej wkurzają Ci co pomykają środkiem. Jak ktoś wygląda niepewnie, to zbliżając krzyczę: „Uwaga, wyprzedzam!”. Przy drodze poza miastem kibiców jak na lekarstwo, ale wolontariusze spisują się na medal. Zagrzewają zawodników do walki i ostrzegają przed niebezpieczeństwami. W ramach wdzięczności Pimpuś co jakiś czas popiskuje, co powoduje lawinę radości u przemoczonych do suchej nitki dziewczyn i chłopaków.

Właśnie, pada deszcz. O już nie pada, teraz to leje! Chwilami przez okulary prawie nic nie widzę, więc opuszczam je na nos i patrzę przez nie „bykiem”. Deszcz dodatkowo potęguje problem, który ujawnił się już w połowie (a może nawet na początku) etapu pływackiego: chce mi się siku! No przecież nie zatrzymam się przy drodze, bo to co najmniej minuta lub dwie w plecy. Przepraszam Zuzkę i korzystając z padającego deszczu oraz zjazdu, staję w pedałach i załatwiam sprawę przy prędkości niemal 40 km/h. Ogromna ulga i zdobyta nowa umiejętność;)

Niestety, nie wszyscy zawodnicy grają fair. Co jakiś czas widać nawet i kilkunastoosobowe peletony, a przecież jazda w grupie jest zabroniona. Na pierwszej pętli (ponad 46 km) wyprzedzam ze 130-150 osób, a jedynym, który wyjechał przede mnie jest Irek. Przy zawrotce widzę grupę swoich kibiców. Deszcz leje, a oni stoją, mokną i dopingują, super sprawa!

Na drugim kółku jeszcze dociskam mocniej pedały, noga ładnie podaje, nie czuję zmęczenia. Kontroluję tętno, by nie wzrastało ponad 160 bpm, utrzymuję wysoką kadencję (ostateczna średnia z całego przejazdu to 94 obroty!) i co jakiś czas podnoszę się z siodełka, by dać odpocząć zadkowi. Ale po 50 lub 60 km spada na mnie klops. Zaczynają boleć plecy w okolicach lędźwi, ból występuje praktycznie w każdej pozycji. Próbuję to trochę rozciągać, pomaga jedynie… jazda bez trzymanki z rękoma za plecami, ale nie jest to najbezpieczniejsze rozwiązanie. Tłumię ból i napieram dalej. Na trasie jest już nieco luźniej i (poza bólem) jedzie się bardzo przyjemnie. Oczywiście nadal wyprzedzam. Przed ostatnią nawrotką widzę Bo. Mierzę stratę i wygląda na to, że jest jakieś 800-1000 metrów przede mną. Mam Cię!

Nogi pracują jak tłoki: góra-dół-góra-dół!Pimpuś minimalizuje opory powietrza i połykam kolejne kilometry, a wraz z nimi rywali, jednego za drugim. Czasem grupki (wtedy opieprzam za jazdę w grupie), czasem pojedynczych. Co 30-40 minut trochę zwalniam, by zjeść batona lub żel. W trakcie ostatniej przekąski ktoś mnie wyprzedza. O nie, nie dam się! Kończę posiłek, dociskam pedały i zostawiam rywala z tyłu. Zamierzam ukończyć etap rowerowy tak, by nie wyprzedził mnie nikt poza Irkiem na początku. Pędząca jak szalona Bo pojawia się na horyzoncie, co za motywacja! Prawie cały czas cisnę ponad 35 km/h, a często więcej. Wjeżdżamy do Poznania. Wzdłuż Malty, ulicą Baraniaka ponad 40 km/h i w końcu wyprzedzam wielkowyścigową rywalkę. Oczywiście Pimpuś wydaje przy tym swój pisk radości, jest git!

Pod koniec zwiększam kadencję i prostuję plecy oraz brzuch. Ostatnia prosta, większość ludzi zwalnia, a ja widzę w oddali Irka i wietrzę szanse na wyprzedzenie go, co oznaczałoby, że w rowerowym bilansie nie będę miał żadnego minusa, to dopiero! Wyprzedzam Iromana i nagle okazuje się, że do belki, którą muszę przekroczyć obok roweru, mam jeszcze tylko kilkanaście metrów! Blokuję oba koła, na mokrym asfalcie jadę jak po lodzie, ale udaje się zatrzymać tuż przed linią. Ufffff. Zadowolony z etapu rowerowego truchtam przez strefę zmian pozdrawiając kibiców. Przy końcowej belce Garmin pokazał średnią prędkość 34 km/h – zadanie spełnione! Jak na początkującego kolarza to świetny wynik.


90 km (zmierzone 93,2 km) / czas 2:44:20 / średnie: prędkość 34,0 km/h; kadencja 94/min; tętno 154 bpm / m-ce 183 z 600 (30,5 %)

Bieg – dużo poniżej oczekiwań
Wybiegam ze strefy zmian dokładnie 40 sekund przed Bo. Chciałem biec w tempie poniżej 4:30, więc zaczynam od 4:50-4:55, by przyzwyczaić nogi do nowego rodzaju wysiłku. Ale plecy bolą coraz bardziej i mam obawy, czy dam radę przyśpieszyć. Nie daję. Ból jest nie do zniesienia, upał coraz większy, a jedyną ulgą są tłumy kibiców wzdłuż Malty, którzy zagrzewają wszystkich do walki.

„Biegnij Bo, biegnij!” – halo, jaka Bo, o co chodzi? Oglądam się i wszystko jasne, Boshka jest tuż za mną! Po 3 km plecy nie dają mi już żyć, nie jestem w stanie uciekać. „Dajesz Bo, czytam Twojego bloga” krzyczy jakaś kibicka. „Ej, a mojego ktoś w ogóle czyta?!” – odkrzykuję. „Nie!”. No k… pięknie.

Zwalniam, by Bo się ze mną zrównała. Biegniemy razem, przynajmniej mam się komu wypłakać na swój ból, a w urywanej rozmowie metry szybciej lecą. Boshka trzyma się o niebo lepiej niż ja. Biegnie szybciej niż zakładała, a ja wolniej niż chciałem i wyglądam jak zza grobu, mimo że tętno nie przekracza 145 uderzeń na minutę. Mam ochotę zejść z trasy. Po 4h heroicznej walki chcę już mieć to za sobą, zamknąć się w jakimś chłodnym pomieszczeniu (po deszczu ślady są tylko w kałużach, z nieba leje się żar) i położyć, by plecy przestały mnie boleć. Myśl jest jedna: przy mecie pierdolę, schodzę. Dobiegamy z Bo do końca pętli i widzę transparent, o którego istnieniu nie miałem pojęcia…

A Wy? Poddalibyście się widząc taki transparent i słysząc własnych kibiców
głośniejszych niż spiker zawodów? / fot. Iroman.pl

Nie. Nie mogę zejść, ukończę choćbym się porzygał i padł na mecie bez przytomności. Mogę przegrać z Bo, mogę przegrać z każdym, ale nie wolno mi przegrać z samym sobą!

Nie mogłem się nie uśmiechnąć na ich widok! / fot. AM

Biegniemy razem kolejne 2 km, KGB przy trasie zachwyca się tym, że miał rację z swoim poemacie i ukończymy HIM razem, ale ja wiem, że tak nie będzie, bo zaraz mi plecy eksplodują. O zakładanym tempie 4:30 nawet nie marzę, trudno mi zejść poniżej 4:50. Przy punkcie odżywczym odpuszczam. Nie mam nawet siły krzyknąć „Biegnij Bo, biegnij!”. Zatrzymując się przywołuję bohaterską walkę Hani podczas Maratonu Gór Stołowych – rozciągam trochę plecy. Piję, jem, rozciągam, jest gorąco. Po kilkunastu sekundach ruszam dalej, widzę oddalającą się Bo. „Shut up legs!” na skarpetkach parafrazuję na „Shut up back!”, ale plecy nie chcą się zamknąć i dwa kilometry dalej znów przechodzę na chwilę do marszu. Rozciąganie plus trzecie podczas tych zawodów siku – no ja pierdziu, co z tym moim pęcherzem?!

Pół minuty pod drzewkiem pozwala mi odpocząć, za chwilę punkt żywieniowy, a na nim ulubione pomarańcze, które podobnie jak w Barcelonie stawiają mnie na nogi. I wtedy coś się zmienia. W głowie pojawia się Hymn Luxtorpedy.

Kiedy duch i serce jest silniejsze niż ciało
to ból wśród nieszczęść uczynił Cię skałą.
Tylu już przegrało, zabiła ich słabość,
Ty wśród nich wyciągasz dłoń po wygraną.
W każdym moim zwycięstwie jest pot i krew poświęceń.
Chcę ubrudzić ręce, by wybudować szczęście,
ubrudzić ręce, by wybudować szczęście.

Na ziemię powaleni, wstajemy, nie giniemy -
ta krew już raz przelana, nie wyschnie wciąż i płynie!
Wiara, siła, męstwo -
to nasze zwycięstwo!

Kilkanaście sekund później wiem już, że tę walkę wygram. Upadłem, ale powstaję. Mija dosłownie kilka chwil, w czasie których przestawia mi się jakaś klapka i głowa w końcu pokonuje słabość ciała. Doznaję jakiegoś katharsis, które w mgnieniu oka zmienia mnie z oklapłego i zmęczonego do granic możliwości słabeusza w pełnego energii fajtera. Pewność siebie powraca, serce intensywniej pompuje tlen do mięśni, przyśpieszam, a mój organizm wchodzi na wyższe obroty.

Jest lepiej, mogę biec. Powoli zwiększam nawet tempo. 16. Km wchodzi w 4:37, kolejny w 4:31, ból prawie zniknął, a łydka podaje. Dlaczego nie mogło być tak od razu?! Na rozpoczęciu ostatniej pętli (ok. 5,4 km) od kibiców dowiaduję się, że Bo jest ok. półtorej minuty z przodu. Wiem, że jeśli na przedostatniej długiej prostej wzdłuż Malty ją zobaczę, to dam radę dogonić, to mnie nakręca. KGB mówi, że jestem coraz bliżej.

I rzeczywiście, jest! Patrzę na to, gdzie dokładnie jest Bo i na zegarek, mierzę stratę. 1:25. Potem 1:20, 1:10, przy przedostatnim punkcie żywieniowym jest już poniżej minuty! 20. kilometr w 4:17 i strata spada do kilkunastu sekund, dlaczego dopiero teraz biegnie mi się tak dobrze?! Około 1,5 km przed metą wyprzedzam Bo po raz drugi tego dnia i pędzę dalej. Kilometr, 800 metrów, 500 metrów, już widać moich rozkrzyczanych kibiców, już widać linię mety, jest! Koniec! Ukończyłem swojego pierwszego 1/2 IronMana w czasie 5:21:22.

Zmęczony ponad normę rozglądam się za swoimi ludźmi i nagle… dostaję piwem w twarz;) MS postanowił uczcić w ten sposób mój debiut na dystansie HIM. Za chwilę pijemy razem kolejne piwo, a ja wpadam w ramiona najbliższych. I choć nie do końca jestem zadowolony z wyniku, to szczęście z ukończenia zawodów w takim stylu jest ogromne, bo ostatnią piątkę przebiegłem w 22 minuty, czyli w tempie 4:24.


21,1 km (zmierzone 21,8 km) / czas 1:44:25 / średnie: tempo 4:47 min/km; tętno 157 bpm / m-ce 66 z 600 (11,0 %)

Strefy zmian – poniżej oczekiwań
T1: 00:04:12 / m-ce 384/600 (64%)
Oczywiście nie siedziałem i nie spijałem sobie tam piwka, ani nie malowałem paznokci! W Poznaniu strefa zmian była potężna (musiała pomieścić 1500 osób) i do swojego miejsca z wody trzeba było ze 100 m dobiec, a potem z rowerem pokonać drugie tyle do wyjazdu z T1. Nie zmienia to jednak faktu, że najlepsi robili to w mniej niż 2 minuty. Trochę czasu zajęło mi założenie skarpetek (Paweł, chyba mnie przekonałeś do startów bez…), miotałem się z otwarciem batona, a gdy już truchtaliśmy z Zuzką do wyjścia, spadły mi okularki i wyleciała z nich szybka. Pozbieranie tego też zajęło mi kilkanaście sekund. Do zadowolenia z T1 zabrakło półtorej minuty.

T2: 00:02:28 / m-ce 150/600 (25%)
W T2 ogarnąłem się znacznie sprawniej, choć do urwania było jeszcze kilkanaście sekund, wystarczyło szybciej biec z rowerem.

Podsumowanie – w Borównie będzie lepiej!
Ostateczny wynik 5:21:22 / m-ce 146/600 sklasyfikowanych (24,3%)
Znacie takie powiedzenie, że wystarczy odpowiednio dobrać dane, by dojść do wybranego wyniku? Analiza pliku z wynikami z PozTri wykazała, że zająłem DRUGIE miejsce! Drugie pod względem… liczby wyprzedzonych osób;) Po pływaniu byłem 481, po T1 471, po rowerze 277, po T2 269, a na metę wpadłem jako 146. Łącznie od wyjścia z wody wyprzedziłem 335 osób, przegrywając o 10 z Michałem Zbierajewskim. W Borównie zamierzam być pod tym względem najlepszy! Ale w przyszłości wolałbym po pływaniu znajdować się wyżej w klasyfikacji niż jakieś 80 proc. stawki;)

Podobnie jak w Mrągowie czerpałem z tych zawodów ogromną radość, a to właśnie dzięki wyprzedzaniu innych. W trakcie biegu radości było już mniej, bo zdominował go ból pleców, a głupota w postaci zostawienia czapeczki z daszkiem w T2 mściła się na mnie wraz z każdym promieniem słońca.

Szymonbike robi fajne skarpetki, ale mogłyby być nieco bardziej wytrzymałe;P

Wydaje mi się, że oprócz kwestii pleców zawiodło jeszcze przygotowanie długodystansowe. Zabrakło mi ostatnio długich biegów (takich ponad 25 km), a wytrzymałość zbudowana nimi bez wątpienia przydałaby się podczas biegu. Problemy z pęcherzem (zwykle nie sikam ani razu na zawodach, tym razem trzy razy!) były chyba jednorazowe i mam nadzieję, że się nie powtórzą. A, i jeszcze jedno. Przed startem za bardzo chyba nakręciłem się na nie wiadomo jaki wynik. 1/2IM w Poznaniu nauczył mnie pokory dla dystansu i tego, że triathlon to nie bieg uliczny, gdzie po prostu trzaska się równo kolejne kilometry. Tam może się wiele rzeczy wydarzyć (i tak dobrze, że nie złapałem gumy ani nie zaliczyłem szlifu po asfalcie) i trzeba mieć niebywale dużo szczęścia, by wszystko wyszło idealnie. Do Borówna został miesiąc i mam zamiar mądrze go przepracować. Do roboty!

Ciekawi jesteście wyników wielkowyścigowych kąkórsów? Oj, będą, będą, ogarniamy to! Ale gdybym dodał tu jeszcze podsumowanie WW to wyszedłby chyba najdłuższy post w historii sportowej blogosfery, więc odpuszczę. Podsumowanie przygotujemy razem z Bo i w ciągu kilku dni znajdzie się na blogach.

Ten, w którym apetyt rośnie w miarę jedzenia

Na początku był chaos. Zaimponował mi Michaś tymi swoimi triathlonami i też zachciało mi się zostać człowiekiem z półżelaza. Na dobry początek z półżelaza, ale wiadomo jak jest;) Ostatnie osiem miesięcy to całkiem sporo treningów. I jeszcze treningów oraz treningów.

I oto, po miesiącach przygotowań, za niecałe dwa dni stanę na starcie 1/2 IM w Poznaniu. 1900 metrów wpław, 90 km na rowerze i na koniec półmaraton (21,1 km). Triathlon mówi: sprawdzam!, a ja wiem, że mam w talii mocne karty.

Pierwotnie wymyśliłem sobie zmieszczenie się w 6h. To wydało mi się przyzwoitym minimum. W zaokrągleniu 1h na pływanie (planując start nie umiałem kraula w ogóle), 3h na rower i 2h na bieg. Ale potem apetyt zaczął bardzo szybko rosnąć…

Jak zaczęliśmy z Zuzką te kilometry pokonywać to okazało się, ze 90 km w 3h to ja przejadę nie mecząc się, a przecież nie o to chodzi;) W Mrągowie chciałem przez 45 km utrzymać średnią prędkość 33 km/h i udało się. No to czemu by nie spróbować tak szybko pokonać całych 90 km? Udało się na treningu, no to przecież nie będę jechał na zawodach treningowym tempem, prawda? No to spróbuję przekroczyć 34 km/h, co da 2:38 w części rowerowej. Wiele więcej to ja nie będę raczej w stanie wycisnąć.

W biegu to fajnie byłoby życiówkę półmaratońską poprawić. Obecnie stać mnie na 1:28-1:29, ale w tri biegnie się na sporym zmęczeniu, więc 1:35 będzie dużym sukcesem.

A pływanie to spora loteria w moim przypadku. No przecież pływać kraulem nauczyłem się dopiero parę miesięcy temu. Na 1/4 w Mrągowie z wody wyszedłem po 19:30, ale tam był skrócony dystans. Tak na oko i ucho sobie myślę, że chyba stać mnie na zmieszczenie się w 45 minutach.

Sumujemy, dodajemy, kalkulatory pracują na najwyższych obrotach i…. 2:40 + 1:35 + 0:45 daje… aż się boję, ale to nie chce być inaczej niż 5:00! Po doliczeniu stref zmian (obym zrobił je szybciej niż w Mrągowie…) w sprzyjających okolicznościach przyrody wynik 5:05 powinien być w zasięgu, choć nie ukrywam, że marzy mi się 4:59. Ale triathlon to taki sport, że wiele może się zdarzyć. Z wyniku 5:15 też będę zadowolony. Szansa na poprawkę już za miesiąc w Borównie. Najważniejsze, bym na mecie miał poczucie, że dałem z siebie wszystko.

W Poznaniu szykuje się całkiem mocna rywalizacja. No bo, że Bo i Wielki Wyścig to dobrze wiecie. Ale zęby na skopanie mi tyłka ostrzy sobie też Irek, a dziś na FB założyłem się z Pawłem o czteropak dobrego piwa, że w Poznaniu zrobię lepszy wynik niż on za tydzień w Gdyni. Tak, rywalizacja to jest coś, co Tygryski lubią najbardziej:)

No dobra, leję tu wodę, a tak naprawdę zbieram się, by napisać Wam, że się jednak trochę cykam. No bo to ponad 5h bardzo intensywnego wysiłku, pogoda ma być mało sprzyjająca i wszystko się może zdarzyć. Czy nie zapultam się w piance? Czy noga wytrzyma 90 km ciśnięcia z maksymalną prędkością? Czy starczy sił na sensowny bieg? Czy uda się rozsądnie gospodarować piciem i jedzeniem, by nie zabiła mnie kolka? Czy Zuzka będzie tak niezawodna jak zawsze dotąd? Czy tysiąc osób na trasie to nie za duży tłok? No i do jasnej-ciasnej, czy dam radę dogonić Bo?!

Do zobaczenia w okolicach Malty. W sobotę od 17:30 (szczegóły w poprzednim wpisie) oraz w niedzielę od rana. Ten w panice ubierający piankę i sikający w nią ze strachu to będę ja.