Ten, w którym patelnia czeka jeszcze tylko kilka dni

Ponad 2,1 tys. zł, prawie 16 tys. nabieganych kilometrów i spalony milion kalorii z duuużą górką – Wielki Wyścig dla Bartka wkracza w ostateczną fazę, mam jednak ogromną nadzieję, że przytoczone wartości jeszcze powiększymy. Nadal można biegać, nadal można wpłacać, nadal można zbierać losy, ale to już ostatnie chwile. Potem zapuścimy kalkulatory, makra w Excelu, Bo przyniesie swoje rzeszowskie liczydło i porachujemy kto ma ile losów. Później już tylko losowanie i wielka radość w kilku domach, a smutek i łzy w pozostałych. Choć bardzo byśmy chcieli, to wszyscy wygrać nie możecie…;)

Ale chwila, chwiluńka. A może Ty jesteś tu całkowicie nowa lub nowy i nie wiesz, czym jest Wielki Wyścig dla Bartka? To dla wszystkich nowicjuszy małe przypomnienie o co kaman.

Wielki Wyścig był spektakularnym wydarzeniem. Bo udowodniła mi, że kobieta w przekrzywionym kasku rowerowym może jak równy z równym ścigać się z facetem w różowych skarpetach i z fioletowym kucykiem na kierownicy. Fajnie było, ale się skończyło, Wielki Wyścig przeszedł do historii polskiego triathlonu, szybko jednak zaczęliśmy pisać kolejną część. Nim opadły emocje, poszliśmy za ciosem. Dołączył się do nas Wybiegany, a z tych dwóch ojców i jednej matki narodził się Wielki Wyścig dla Bartka. Bartek to pełen energii czterolatek, który boryka się z paskudztwem zwanym guzem pnia mózgu i potrzebuje wsparcia, finansowa pomoc osób trzecich może przywrócić mu zdrowie. Próbujemy mu pomóc i namawiamy Was do udziału.

W Wielkim Wyścigu dla Bartka chodzi o to, by pomagając Bartkowi zbierać losy, które mogą zamienić się w nietuzinkowe nagrody. Losy kupujemy wpłacając pieniądze na konto Fundacji, a każde 19,99 zł wpłacone dla Bartka to jeden los. Dodatkowe losy można sobie wybiegać, jedna sztuka za każde 19,99 km zgromadzone w odpowiedniej rywalizacji na platformie Endomondo.

Nagrody, czy ja wspomniałem o nagrodach? O matkoicórko, to nie są zwykłe nagrody! Jak w przypadku Wielkiego Wyścigu, są one: nieszablonowe, fantastyczne, rewelacyjne, magiczne, boskie, niesamowite, wyjątkowe, świetne, śmieszne, fajne, zaj…ste, unikalne, z jajem i odjechane w kosmos! Jest to jedyny konkurs (choć w tym przypadku odpowiednie wydaje się raczej słowo „kąkórs”), w którym do wygrania są biegowy bidon na makaron, fioletowy kucyk-trąbka rowerowa o magicznych właściwościach oraz niepowtarzalna patelnia.

Powiedzmy sobie jasno. Okazja do tego, by zrobić jajówkę na patelni, którą w swych dłoniach trzymała Bo może się nie powtórzyć. Że o posiadaniu bidonu na makaron nie wspomnę, bo że Pimpuś jest unikatem to każdy wie.

Takich nagród w polskim internecie jeszcze nie było!

A to nie koniec nagród!! WWdB zyskał kilku sponsorów i do powyższego dorzucono: wizytę w rowerowym spa (Profesjonalny Serwis Rowerowy), spersonalizowaną koszulkę techniczną (od portalu Xtri.pl) oraz audiobook Łukasza Grassa, redaktora naczelnego Akademii Triathlonu z osobistą dedykacją (audiobook od jednego z czytelników blogów, dedykacja od samego autora). Więcej o WWdB, jego zasadach i nagrodach tutaj (kliku-kliku).

Przypominam najważniejsze: aby wziąć udział w Wielkim Wyścigu dla Bartka należy przyłączyć się do rywalizacji na Endomondo, a przede wszystkim na konto Fundacji (dane poniżej) wpłacić „wpisowe” w wysokości minimum 19,99 zł i wysłać nam potwierdzenie wpłaty. Każde kolejne 19,99 zł to następny los, a im więcej biegania, tym szanse na wygraną większe.

Pieniądze wpłacamy na konto:

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski

Pamiętajcie, że warunkiem koniecznym do wzięcia udziału w losowaniu jest choć jedno 19,99 zł wpłacone dla Bartka. Pieniądze trafiają prosto na konto Bartka, do którego oczywiście nie mamy wglądu, uprzejmie prosimy więc o przesyłanie potwierdzeń wpłaty na adresy: run.bo.blog@gmail.com lub krasus.biecdalej@gmail.com. Zapewniona jest pełna dyskrecja danych osobowych oraz wysokości kwot wpłaconych na konto Fundacji.

Tak więc rach-ciach, Wy wpłacacie i wysyłacie potwierdzenia (czekamy na nie do 4 października do końca dnia), a potem jak już wszystko się skończy, to my te wpłaty i kilometry przeliczymy, zrobimy losowanie nagród i może nawet je Wam wyślemy!

Jakieś pytania? Nie? No to BIEGAĆ!

Ten, w którym szukam i znajduję

Niedziela, 22 września, szukam
Przez osiem miesięcy 2013 roku żyłem w niesamowitym sportowym gazie. Jeden po drugim zrealizowałem kolejne cele, na endorfinowym haju płynęły mi kolejne dni, tygodnie, miesiące. Przebiegłem maraton w 3:19, złamałem 40 min. na dychę i zostałem triathlonistą. Spełniłem swoje ogromne marzenie o bieganiu wysokogórskim, jednym słowem było świetnie. Nie udało mi się jedynie wystartować w biegach na orientację tyle razy, ile bym chciał. Nie można mieć wszystkiego

Po zakończeniu tri-sezonu chciałem odpocząć. Na basenie nie byłem od prawie miesiąca, a Zuzkę widywałem sięgając po piwo do skrytki. Szybkiego biegania przez prawie trzy tygodnie nie było praktycznie w ogóle, udało mi się wyhodować głód. Taki stan, w którym budzisz się rano i myślisz o podbiegach, po południu chcesz robić 400-tki w tempie poniżej 3 min/km, a wieczorem masz ochotę na godzinę w tempie progowym. Zaprzyjaźniliśmy się, pielęgnowałem go i dbałem o niego, a gdy dojrzałem do chwili, by spuścić ze smyczy… skurczybyk zniknął.

Miałem rzucić się na szybkie bieganie, na tempo progowe, na kilometrówki, interwały, podbiegi, rytmy i powtórzenia. Połykać kolejne cele treningowe, krok po kroku zbliżać się do wyznaczonego celu: po trzech tygodniach takich treningów miało pęknąć 1:29 podczas Półmaratonu Kampinoskiego.

Tymczasem w głowie mej zapanowało wielkie niechcemisiejstwo. Akumulowanych sił też jakby brakuje. Dziś po raz pierwszy odkąd świadomie trenuję bieganie, nie wykonałem wyznaczonego przez trenera zadania. Po 15-kilometrowej rozgrzewce 4km po 4:10 powinny wejść jak w masło, a mimo osiągnięcia 94 proc. maksymalnego tętna, nie dałem rady utrzymać zadanego tempa. Ze łzami w oczach zwalniałem i próbowałem po raz kolejny wejść w rytm. Bez skutku. Po treningu zamiast buzować endorfinami, rzucałem przekleństwami. Poznałem obce mi dotąd uczucie: ból mięśni nie sprawiał mi przyjemności.

Do słabości treningowej swoje trzy grosze dołożyła ostatnio słabość mentalna. Wypadłem z rytmu zdrowego trybu życia i źle mi z tym, oj potwornie źle! Piwko tu, piwko tam, za zdrowie Asi, za zdrowie Wasze i nasze. Pizza, ciasteczko i w porównaniu do wagi startowej z wiosny mamy 3 kg Krasusa więcej. Hohooo, dobrą linię ma nasza władza! Podoba mi się Bormanowa teoria o tym, że warto zimą mieć balast i z nim trenować. A potem go zrzucić i na lekko przefrunąć wiosnę. Rzecz w tym, że do zimy jeszcze szmat czasu, a ja za trzy tygodnie chcę bardzo szybko pobiec półmaraton.

Poniedziałek, 23 września, znajduję
W treningu jest chyba tak, że potrzeba nowych bodźców. Dla Hani jest nim nowy trener, ja swój odnalazłem dziś wieczorem na Polu Mokotowskim. Trening funkcjonalny z elementami CrossFit prowadzony przez ObozyBiegowe.pl wycisnął ze mnie siódme poty i nafaszerował endorfinami po koniuszki palców. Znów chce mi się trenować i czuć ból w mięśniach. Dziś mam w planie truchting ze swoim dream teamem (Biegnij Warszawo zbliża się wielkimi krokami, a dziewczyny robią kolosalne postępy, coś wspaniałego tak obserwować jak z każdym dniem jest lepiej), a wcześniej, w drodze na Kabatki, spróbuję zrobić 8x1km w okolicy 4:00. Uda się?

Ps. A wiecie co? Cieszę się, że niedługo będzie za oknem brzydko i pluchawo. Odstawię wtedy piździka do garażu, przesiądę się na zbiorkom i wreszcie nadrobię zaległości książkowe. Brakuje mi czytania.

Ten, w którym jemy pietruszkę

Owszem, można robić życiówki na kacu (grunt by mieć świadomość, że mogłoby być lepiej), ale prędzej czy później każdy dochodzi do wniosku, że nawet amatorskie uprawianie sportu idzie w parze z dbaniem o siebie i zdrowym odżywianiem. Odkąd bardziej świadomie trenuję, jadam rzeczy, o których istnieniu wcześniej nawet nie wiedziałem;) Najnowszy wymysł to pesto z pietruszki podpowiedziane przez Piotrunia.

Po co w ogóle jeść pietruszkę? Hoho, każda babcia Wam powie, że warto! Bo zdrowa, bo zawiera to (dużo żelaza) i tamto (od diabła witamin, w tym witaminę C, która umożliwia wchłanianie w/w żelaza) i jeszcze dużo więcej.

Żelazo pozwala utrzymać odpowiedni poziom czerwonych krwinek (erytrocytów), które są odpowiedzialne za transport tlenu do komórek. Im czerwonych krwinek będzie więcej, tym więcej tlenu dostarczą do mięśni, a tlen to dla nich paliwo, dzięki któremu mogą działać wydajniej. Dlatego dla sportowców żelazo jest tak ważne.

Oczywiście są alternatywne sposoby na podniesienie hemoglobiny i hematokrytu – doskonale wiedzą o tym m.in. kolarze, ale to zwykle nie kończy się dobrze, ja od erytropoetyny (EPO) wolę pietruszkę i stejka;)

Pietrucha nie każdemu smakuje, na dodatek by wchłonąć sensowną ilość żelaza z niej trzeba by jeść np. natkę dziennie, a w standardowej formie jest to dość trudne. Dlatego warto kombinować (kilka pomysłów podrzuciła już kiedyś Hania) jak by tu pietruszkę przemycić w innej formie. Poniżej przepis jak zjeść dwie natki i nie zostać od tej zieleniny krową;)

Pesto z pietruszki:

  • dwie natki pietruszki (łodygi odciąć i wyrzucić),
  • pięć łyżek dobrej jakościowo oliwy z oliwek,
  • mała garść obranych migdałów (ja dałem w płatkach, mogą być też słupki),
  • mała garść orzechów nerkowca (lepsze byłyby piniowe, ale nam się skończyły;)),
  • mała garść pistacji solonych,
  • czosnek dla zdrowia i smaku (jak ktoś za smakiem nie przepada to dwa małe ząbki będą praktycznie niewyczuwalne),
  • łyżka soku z cytryny,
  • dwie łyżki parmezanu,
  • odrobina soli i pieprzu (nie przesadzić z solą, bo w pistacjach i parmezanie też przecież jest).

Wszystko to wrzucamy do blendera i blendujemy do czasu uzyskania jednolitej masy. W razie problemów z konsystencją można dolać oliwy.

Co z takim pesto zrobić? Doskonale nadaje się do kanapek (np. zamiast masła, ale może być też jako warstwa wierzchnia), do mięs, no i oczywiście do makaronu! Makaron z pietruszkowym pesto to idealny posiłek dla biegaczy, kolarzy czy triathlonistów – jeden z moich ulubionych posiłków w okresie ładowania węglowodanami. Dostarczy energii (makaron), zdrowych tłuszczy (orzechy, oliwa), a także witamin i żelaza (pietruszka).

Poszczególne składniki pesto można dodawać lub odejmować, obowiązkowe są tylko pietruszka i oliwa:)

=== === ===
A tymczasem przypominam, że do 30.09.2013 r. prowadzimy akcję charytatywną pod kryptonimem „Wielki Wyścig dla Bartka”, w którym zachęcamy do wpłacania pieniędzy na rzecz chrześniaka naszego kolegi, Bartka. 4-letni Bartek ma guza pnia mózgu i staramy się mu pomóc. Hola-hola, ale nie jest to taka o, zwykła zbiórka pieniędzy. Za każde wpłacone na konto Bartka 19,99 zł otrzymujecie los w loterii nad loteriami, a dodatkowe losy możecie sobie wybiegać (jedna sztuka za 19,99 km). Ludziska, ale co to jest za loteria! Można sobie wyloteriować m.in. innowacyjny bidon na makaron, magiczną trąbkę rowerową w kolorze fioletu i kształcie kucyka, wizytę w rowerowym spa, genialnego audiobooka o z dedykacją autora oraz… patelnię nad patelniami!


Szczegóły akcji są o tu, kliku-kliku, a kasiorę wpłacamy na konto:

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski

=== === ===

Ten, w którym w New Balance M870BB2 się fajnie biega

Tyle się ostatnio u mnie działo, że zaniedbałem działkę „Krasus testuje i recenzuje”. A jest co testować, opiniować i recenzować, a jak! Wracam więc do tego z największą przyjemnością:) Na pierwszy strzał jedne z butów (na drugie też przyjdzie pora), które latem tego roku otrzymałem od New Balance Polska, czyli New Balance M870BB2. Dokładną specyfikację technologiczną znajdziecie na stronie NB, ja tylko powiem krótko: NB M870BB2 to przeznaczone dla nadpronatorów i biegaczy neutralnych buty treningowe do twardej nawierzchni z niezła amortyzacją i stabilizacją. NB twierdzi, że dzięki wykorzystaniu lekkiej pianki REVlite podeszwa buta jest o 30 proc. lżejsza od konkurencji. Czy to prawda? Dżizusku, nie mam pojęcia! Nie jestem w stanie zważyć podeszwy, ale wiem, że porównując do innych butów treningowych 870-tki są dość lekkie.

Cośtam o butach biegowych wiem, ale tak naprawdę to największą styczność z nimi mają przecież moje stopale. No wiadomo, że to ja zakładam, wiążę, pilnuję Gremlina jak biegniemy itd, ale przecież to stópki bezpośrednio stykają się z obuwiem. No to co, zapytajmy!

Krasus: Yoł stopale! Podobają się Wam 870-tki New Balance’a? Jakie było Wasze pierwsze wrażenie?

Stopal Lewy: Bardzo sympatyczne buty! Już od pierwszego kontaktu z cholewką miałem pozytywne odczucia. Dobrze opinają, są solidnie wykonane i przyjemne dla skóry (można w nich biegać na bosaka).

Stopal Prawy: A ja się z przedmówcą nie zgodzę! Pierwsze wrażenie było akurat niezbyt pozytywne. Coś mi ten but nie leżał. Niby nie czuć konkretnych rzeczy, które mogą wadzić, ale coś nie pasowało. Co ciekawe, ów lekki dyskomfort odczuwam za każdym razem po założeniu buta i… za każdym razem znika on po kilku minutach.

Werdykt: Prawy stopal to maruda (w lewym dyskomfotu nie odczuwam). Skoro dyskomfort znika po kilku minutach, to nie ma on znaczenia. Pierwsze wrażenie jest git.



K:
No dobrze, a kolejne treningi? Przebiegliśmy w nich 300 kilometrów, co powiemy potencjalnym zainteresowanym?

LS: Jak na buty treningowe, to są dość lekkie, sztuka waży 320 gramów. To wprawdzie więcej od ukochanych Brooksów Pure Cadence, ale jednocześnie mniej od Adidasów Supernova Sequence 3, w których dotąd uklepywaliśmy asfalt. Do ultralekkich Minimusów im daleko, profesjonalnych startówek również, ale jak na buty treningowe, jest bardzo OK. Oczywiście po 300 km nie sposób powiedzieć nic na temat wytrzymałości butów, ale póki co wyglądają niemal jak nówki sztuki. Wsparcie dla pronatorów działa poprawnie, amortyzacja również. Po ponaddwugodzinnym biegu w nich, czułem się bardzo dobrze.

PS: Już po pierwszych treningach polubiliśmy się z 870-tkami i to bardzo, nie chcę już biegać w Adidasach, bo w porównaniu do NB są toporne i ciężkie. No i 870-tki są od Supernova Sequence 3 dużo ładniejsze. A co, wygląd też się liczy:) Buty wykonano w żywym niebieskim kolorze z białymi, srebrnymi i żółtymi wstawkami, brakuje jedynie większych elementów odblaskowych, które podnoszą bezpieczeństwo wieczornego biegania. Są uszyte całkiem solidnie, nic w nich nie ociera i nie doskwiera. W środku są na tyle przyjemne i nadają się do biegania bez skarpetek.

Werdykt: New Balance M870BB2 to obuwie wygodne i dość lekkie.


K: Komu polecamy 870-tki?

LS: Są to buty typowo uliczne. O ile na suchy dukt Lasu Kabackiego jeszcze się w nich można wybrać, to już w typowy teren się nie nadają. Lubię gdy biegamy w nich długie i spokojne treningi, do tego są najlepsze. Na najszybsze interwały na bieżni wolę Minimusy (też doczekają się recenzji, a co!), a na dłuższe interwały i zawody – Brooksy Pure Cadence.

PS: Poleciłbym je osobom biegającym dystanse od 5 km w górę, które szukają buta amortyzowanego, z podparciem dla nadpronatorów, ale jednocześnie dość lekkiego i wygodnego. Buty mają 8-milimetrowy spadek pięta-palce, są przeznaczone dla osób lądujących na pięcie, pasjonaci naturalnego biegania powinni spojrzeć na inną półkę (recenzja Minimusów też będzie).

Werdykt: New Balance M870BB2 to buty treningowe dla piętaszków neutralnych i nadpronatorów, służące do uklepywania asfaltu.

Czy warto je kupić? Katalogowa cena New Balance M870BB2 to 399,99 zł, w mojej ocenie to odrobinę za dużo jak na buty treningowe. Ja bym 400 zł za buty treningowe (są dobre, nawet bardzo dobre, ale jajecznicy nie robią, więc nie ma co szaleć), ale 300-330 na pewno. To oczywiście bardzo subiektywne spojrzenie, dla niektórych i 600 zł za buty nie będzie za dużo. 870-tki są wygodne, dość lekkie i solidnie wykonane, biega się w nich przyjemnie, szukając butów mających pomóc w przygotowaniu do (pół)maratonu czy dyszki, zdecydowanie warto wziąć je pod rozwagę.

=== === ===
Wszyscy przeczytali? No to przypominam, że do 30.09.2013 r. prowadzimy akcję charytatywną pod kryptonimem „Wielki Wyścig dla Bartka”, w którym zachęcamy do wpłacania pieniędzy na rzecz chrześniaka naszego kolegi, Bartka. 4-letni Bartek ma guza pnia mózgu i staramy się mu pomóc. Hola-hola, ale nie jest to taka o, zwykła zbiórka pieniędzy. Za każde wpłacone na konto Bartka 19,99 zł otrzymujecie los w loterii nad loteriami, a dodatkowe losy możecie sobie wybiegać (jedna sztuka za 19,99 km). Ludziska, ale co to jest za loteria! Można sobie wyloteriować m.in. innowacyjny bidon na makaron, magiczną trąbkę rowerową w kolorze fioletu i kształcie kucyka, wizytę w rowerowym spa, genialnego audiobooka o z dedykacją autora oraz… patelnię nad patelniami!


Szczegóły akcji są o tu, kliku-kliku, a kasiorę wpłacamy na konto:

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski

=== === ===

Ten, w którym rower nie ten-teges, czyli relacja z Panasonic Evolta Triathlon Borówno

Jeden z zawodników też skręca na metę, ale jest za daleko, bym mógł go dogonić. Biegnę swoim tempem, jednak… jest ono dużo szybsze od jego. Powoli się zbliżam, do mety nie więcej niż 50 metrów. A, raz kozie śmierć, OGIEEEEEEEŃ! Niesiony dopingiem, rzucam się do szaleńczego sprintu w walce o (jak się potem okaże) 71. miejsce w The Panasonic Evolta 2013 Triathlon in Poland na dystansie 1/2 Iron Man. Nie zważając na ból i zmęczenie lecę w tempie ok 2:30/km. I na dwa metry przed metą wyprzedzam rywala, wygrywając z nim o sekundę.

Pływanie – za długie o 500 metrów, ale jest postęp
Na starcie pływania się nie pcham, przecież pływakiem nie jestem, trzeba znać swoje miejsce w szeregu. Spokojnie wchodzę do jeziora i zaczynam płynąć. Po 150-200 metrach wchodzę w jako-taki rytm. Staram się pamiętać o technice: długie pociągnięcia, rytmiczna praca nóg, wysoki łokieć i mocne wydmuchy powietrza. Jakoś idzie, choć zalewająca co jakiś czas twarz fala nie ułatwia życia.. Co kilka oddechów podnoszę głowę by sprawdzić, gdzie jest bojka. Za którymś razem kończy się do kopem w twarz, na szczęście niezbyt mocnym. Po pierwszym kółku wybiegam z wody, macham ręką do swoich kibiców i lecę dalej. Rzut oka na zegarek, ponad 24 minuty – masakra jakaś. Ale oglądam się, a za mną też są ludzie, WTF?! Z takim czasem powinienem być pod koniec. No nic, płyniemy dalej.

Przed startem etapu pływackiego / fot. MO-K

Powoli, ale systematycznie wyprzedzam. Tu kogoś, tam kogoś. Doganiam płynącą dość równo dwójkę i mieszczę się między nimi, po chwili synchronicznie wymierzają mi ciosy łokciem i nogą. Bach, bach! Nie dam się, wyprzedzam. Dopływamy do przedostatniej bojki, podnoszę głowę a tam… jeszcze jedna boja, daleko, daleko! Hmmm, ale nikt do niej nie płynie?! Wygląda na to, że się urwała, no to do mety! Trochę przyśpieszam, wyprzedzam parę kolejnych osób i wyłażę z wody. NKŚ wystawia mi przygotowane buty biegowe (sobotni rekonesans wykazał, że z wody do T1 jest daleko i niewygodnie, skorzystanie z butów było dobrym pomysłem, bo dzięki temu bezproblemowo dotarłem do strefy zmian). Ale, mimo tego udogodnienia, droga do T1 nie jest łatwa, bo prowadzi pod górkę, a ja po pływaniu jestem mocno zasapany. W T1 wszystko się wyjaśnia jeśli chodzi o mój fatalny czas. Nie tylko mi Garmin pokazał ponad 2,4 km – narzekają wszyscy. Nie bez problemów pakuję piankę do worka, zmieniam czepek na kask, okulary na rowerowe i człapię po Zuzkę. Pimpuś gotowy do drogi, ruszamy!


PŁYWANIE: 1,9 km (zmierzone 2,44 km (!!) / czas 50:58 / m-ce 168 z 264 (63,6%)

W Poznaniu byłem w 80 proc. uczestników, więc postęp jest spory. Tu płynęło mi się dużo lepiej, złapałem rytm i wyprzedzałem, nawet nogi mi nie przeszkadzały! Wydłużenie trasy mi chyba wręcz pomogło, bo z wytrzymałością nie mam problemów, więc inni tracili, a ja nie.

Rower – a noga nie podaje…Ogień z d…!!! Krzyczę do Pimpusia i Zuzki na starcie etapu rowerowego. Tylko że zamiast ognia to ledwie jakiś płomyczek mi się pojawia. Wiatr dmie kosmicznie, ciężko mi utrzymać prędkość 30 km/h, zresztą nie tylko mi, każdy ma ten sam problem. Masakra. A jeszcze zaeksperymentowałem i jadę z Garminem na ręku i włączonym autoprzewijaniem ekranów. Motam się, bo nic nie widzę i w trakcie jazdy zmieniam ustawienia. Dopiero po nawrotce w Marcelewie łapię baranka i kręcę.

„Na głowie kwietny ma wianek
W ręku zielony badylek
A przed nią bieży baranek
A nad nią lata motylek
A przed nią bieży baranek
A nad nią lata motylek.”

Po trudnym początku, łapię rytm i jest lepiej. Może nie tak dobrze jak w Poznaniu, ale trzy kolejne pięciokilometrówki robię ze średnią ok. 33 km/h, przyzwoity poziom. Jak na warunki wietrzne i jakościowe (droga) nie ma co narzekać, w 2:45 chyba uda się zmieścić.

Ale po 20 km okazuje się, że moje możliwości trafiły na ścianę. Jest coraz słabiej, a ósme pięć kilometrów wchodzi w 10:41, z żenującą jak na mnie średnią 28,1 km/h. Trudne warunki dają się we znaki, ale ten problem mają wszyscy. Mi jednak po około godzinie do gry włączają się plecy i jazda w dolnym chwycie sprawia solidny ból. Chcąc uniknąć masakry na biegu, jadę już głównie w górnym chwycie, co dodatkowo utrudnia jazdę przy tym wietrze. W pewnym momencie, wyjeżdżając z lasu pomiędzy pola, dostaję taki boczny podmuch, że prawie mnie przewraca. Aż strach sięgnąć po bidon.

Próbuję się motywować. Po sobotniej kolacji wraz z NKŚ i naszymi gospodarzami (swoją drogą, wiecie, co oni robią? naprawdę fajne pościele dla dzieci w stylu „u babci Marysi”, polecam!:)) szukaliśmy motywacyjnych kawałków. No to lecimy (zwróćcie uwagę na teledyski):

oraz

I co? I nic. Nie działa. Takie kurde kawałki i zero efektu! Normalna muzyka też się w głowie nie zagnieżdża, noga nie chce współpracować i tyle, do tego ból pleców. Po 1,5 okrążenia, niedaleko stadionu, zauważam swoją ekipę kibicowską, ale się ich zjechało, super sprawa! Na to konto wciągam Ibuprom, w nadziei, że plecy trochę odpuszczą. Zupełnie nie czuję się jednak na szybką jazdę. O ile w Poznaniu czerpałem z roweru ogromną radość, tak teraz jest to wielka męczarnia.

W drugiej połowie dystansu tylko jedną piątkę robię ze średnią powyżej 32 km/h, niektóre poniżej 30 km/h – tak wolno to nawet na treningach nie jeżdżę:/ Po 75 km kolejna tabletka, a tymczasem wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy (i zawodniczki też, a dokładnie jedna) i frustracja rośnie. Każdą minutę mocniejszego kręcenia zwracam minutą bólu. I tak wek za wek sobie jedziemy.

Jedyne co dodaje mi sił to kibice. Oprócz moich bliskich, wymiata ekipa Garnka Mocy – są niesamowici. Stoją i kilka godzin walą w czerwony garnek drewnianą kulką do ucierania kartofli! Pozdrawiam ich Pimpusiem, odkrzykują radośnie i jadę dalej. Na szczycie podjazdu z kolei ulokowała się grupa z portalu Xtri.pl – oj miejsce sobie wybrali dobre! Podjazd daje w kość, więc ich doping na górze dodaje sił. W miejscowościach na trasie też stoi trochę ludzi, wielu bije brawo i zagrzewa nas do walki. Dzięki wszystkim! W końcu moja rowerowa męczarnia się kończy i docieram do drugiej strefy zmian.

ROWER: 90 km (zmierzone 90,7 km) / czas 2:55:41 / średnie: prędkość 31,0 km/h; kadencja 89/min; tętno 150 bpm / m-ce 124 z 264 (47,0 %)

Bieg – z pierdolnięciem na finiszu
Za bramką w T2 wolontariuszka chce zabrać mi rower, a ja skołowany nie wiem co się dzieje i rzucam: „Jak to? Mój rower!”. Dopiero odpowiedź: „odstawię” mnie uspokaja i ruszam do swojego worka na zmianę butów. Poświęcam kilka sekund na założenie różowych skarpetek, w końcu obiecałem kibicom, że będą mogli łatwo mnie wypatrzeć;) Wsuwam butki (mała łyżka do butów to bardzo dobry patent, polecam!) i ruszam. Moi czekają przy bramie, uśmiecham się, pokazuję kciuk i lecę. Słyszę jak mamuśka stwierdza „wygląda dobrze!”.

Cały czas oko na zegarku: „nie za szybko, nie za szybko, nie za szybko”. Czuję w pęcherzu spory zapas, postanawiam więc już na pierwszym kilometrze zrobić szybki sik-stop, a przy okazji odpocząć kilka sekund. Kawałek dalej ktoś inny też się opróżnia, ale górną stroną. Na pierwszym kilometrze widzę ze trzech takich pechowców.

Ruszam. Drugi kilometr w 4:41, na trzecim chcę przyśpieszyć, ale nic z tego. Żołądek zaczyna jeździć z dołu do góry i z lewa na prawo. Błagam go, by nie szalał, chcę ukończyć zawody bez drugiego postoju. Zwalniam poniżej 4:50, spinam mięśnie brzucha i próbuję biec. Po ok. dwóch kilometrach problemy mijają i nabieram prędkości. Pierwszą piątkę robię w 24:35. Na punkcie odżywczym zjadam mus owocowy i popijam wodą, żołądek wraca do żywych.

Ale że Ty już na mecie, a ja jeszcze jedno kółko?!  / fot. AS

Znów wspomagają kibice. Jest niezła pogoda, niedziela, a Myślęcinek to miejsce wypoczynku bydgoszczan. Nic dziwnego, że na większości ścieżek możemy liczyć na doping bardzo wielu ludzi. Biją brawo, częstują wodą (a niektórzy nawet piwem!;)), życzą powodzenia – świetna sprawa. W okolicy stadionu moje tłumy. Co chwilę ktoś znajomy, przybijam piątki, krzyczę do nich, a oni do mnie.

Poinformowałem trochę ludzi o tym, że startuję w triathlonie i zaprosiłem do kibicowania. Ale liczba obecnych przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Na każdym kółku zauważałem kogoś nowego, to było bardzo miłe przeżycie:) W sumie w okolicy stadionu Zawiszy, specjalnie dla mnie, pojawiły się 34 osoby, w tym siedmioro nieletnich! Stawiła się liczna rodzina, kumple z liceum i parę innych osób. Na mecie ze wzruszenia nie wiedziałem do kogo się odezwać i jak głupek kręciłem się w kółko;) Wsparcie otrzymywałem też od kibiców startujących w zawodach Michałów, szczególnie panie S. robiły dużo hałasu, ogromne dzięki, jesteście fantastyczne!

Dlaczego na bieżni stadionu nie biegłem równo jak tory wyznaczają?
Na szczycie wymalowanego przeze mnie stożka zbierał się główny komitet kibicowski,
z każdym kółkiem było ich tam więcej, więc przebiegając przez stadion
nadkładałem parę metrów, by przybić piątkę:)

Przez co najmniej jedną trzecią trasy byłem Andrzejem, bo biegłem w towarzystwie dwóch zawodników, z których jeden niemal za uszy go ciągnął rzeczonego Andrzeja, krzycząc co kilka chwil „dajesz Andrzej! nie ociągaj się!”. Ja odbierałem to jak krzyk do mnie i chwilami czekałem na kolejne „napierd… Andrzej!”. Panowie, ogromne dzięki. Raz biegłem kawałek za nimi, raz kawałek przed nimi, często napieraliśmy we trójkę. Od 5. do 18. kilometra biegło mi się bardzo dobrze. W miarę trzymałem tempo (od 4:30 do 4:50 pod wiatr lub pod górkę), a cały czas sił dodawała mi myśl, że już za chwilę dobiegnę w okolice stadionu, gdzie zobaczę swoich ludzi. Jeszcze półtora kilometra, jeszcze kilometr, o już widać stadion! O, panie S., za chwilę klasowa ekipa, Andżelika z Malwiną, a tam rodzinka, bosko jest. O, i mój chrześniak!:) Dla nich chce się biegać! I tak każde z trzech okrążeń – byle dotrzeć do swoich.

Druga i trzecia piątka weszły w 23:07 i 23:09, w średnim tempie 4:37. Trochę gorzej niż oczekiwałem, ale w granicach przyzwoitości. Nadzieję na złamanie 1:36 straciłem już po kilku kilometrach, bo zamiast średniego tempa w okolicy 4:30, robię tak tylko parę najszybszych kilometrów. Ale może uda się zrobić choć półmaratońską życiówkę (1:38:52 – pierwsza połowa maratonu w Barcelonie?

No i udałoby się. By, kurna jego mać. Ale jaki kryzys mnie złapał na 18. kilometrze, to po prostu kosmos. Jest pod wiatr, noga za cholerę nie chce podawać, każdy krok to wielki dramat, a mięśnie ud palą do żywego. Odliczam metry do punktu odżywczego i już nie mogę doczekać się kubka coli. Łapię go w biegu, piję, trochę wylewam na siebie, łapy mi się kleją. I… działa. Zastrzyk cukru stawia mnie na nogi! Do tego ciągnie mnie już meta, rozpędzam się!

Doganiam Andrzeja i jego motywatora, jak nowonarodzony biegnę coraz szybciej. Pół kilometra napieram z nimi, potem zostają z tyłu. Stadion jest coraz bliżej, jeszcze kilometr. Znów dorzucam do pieca, tempo poniżej 4:00/km, wyprzedzam zawodnika o ksywce „Mazda”, też ma głośnych kibiców. Nie planuję ostrego finiszu, nie lecę po żaden wynik, ot chcę dotrzeć do mety. Jeszcze ok. 250 metrów po bieżni stadionu. Wyprzedzam parę osób, które mają do pobiegnięcia jeszcze jedno lub więcej okrążeń, tylko ostatnia prosta. Jeden z zawodników też skręca na metę, ale jest za daleko, bym mógł go dogonić. Biegnę swoim tempem, jednak… jest ono dużo szybsze od jego. Powoli się zbliżam, do mety nie więcej niż 50 metrów. A, raz kozie śmierć, OGIEEEEEEEŃ! Niesiony dopingiem rzucam się do szaleńczego sprintu w walce o (jak się potem okaże) 71. miejsce w The Panasonic Evolta 2013 Triathlon in Poland na dystansie 1/2 Iron Man. Nie zważając na ból i zmęczenie lecę w tempie ok 2:30/km. I na dwa metry przed metą wyprzedzam rywala, wygrywając z nim o sekundę.

Normalnie fotofinisz! / fot. MO-K

Za metą strasznie ciasno, rozpędzony wpadam w ludzi, łapie mnie ktoś z moich kibiców, a mam siłę tylko na to, by osunąć się na ziemię i kilkanaście sekund się nie ruszać. Proszę o wodę i… okazuje się, że nie ma. Na mecie tak trudnych i wyczerpujących zawodów nie ma wody, dla mnie to niewyobrażalne! Na mecie nie ma właściwie nic. Przypomnę tylko, że w Poznaniu były owoce (banany, pomarańcze, arbuzy), lody, woda, izotonik, a nawet darmowe piwo. Jasne, że taki wypas nie musi być wszędzie, ale żeby nie było wody?! Dobrze, że mam swoich ludzi. Ktoś leci 200 metrów do punktu odżywczego i przynosi mi colę i wodę, a po chwili dostaję od ojczulka braciszka piwo, ufff:)

Rozglądam się wśród „swoich”, ale ich obrodziło! Głupieję i nie wiem komu uścisnąć dłoń, kogo wycałować, kręcę się w kółko jak potłuczony, cały czas mówiąc „dzięki, że wpadliście”;)

Końcówka była w takiego trupa, że głowa mała! / fot. Jamer

Tatku, ale czemu oni na mecie dali mi pusty kubek, a nie coś do picia…? / fot. AS


BIEGANIE: 21,1 km (zmierzone 21,2 km) / czas 1:38:55 / średnie: tempo 4:40 min/km; tętno 160 bpm / m-ce 29 z 264 (11,0 %)

Strefy zmian – jest postęp
T1: 00:04:09 / m-ce 84/264 (31,8%)
W stosunku do Poznania (64 proc.) różnica jest kosmiczna. Uszykowanie sobie butów na dobieg z wody było świetnym pomysłem, zdjęcie pianki też poszło mi dość sprawnie. Oczywiście można było urwać jeszcze sporo, ale z wody wyszedłem mocno zasapany i nie chciałem przeszarżować.

T2: 00:01:42 / m-ce 82/264 (31,1%)
Zainwestowałem czas w założenie skarpetek (rower zaliczyłem bez), przynajmniej nie mam żadnych otarć:) 30 proc. stawki mnie w miarę satysfakcjonuje.

Podsumowanie – „już za rok matura…”
Ostateczny wynik 5:31:15 / m-ce 71/264 sklasyfikowanych (26,9%)

Mam mocno mieszane uczucia jeśli chodzi o ocenę tego startu. W stosunku do ½ IM w Poznaniu znacznie lepiej popłynąłem i poprawiłem strefy zmian, zanotowałem też lepszy czas w biegu. Ale lepszy czas wcale nie przełożył się na miejsce, bo tu i tu znalazłem się w 11 proc. stawki. Do półmaratońskiej życiówki zabrakło zaś… 3 sekund. Szkoda, szkoda. No i ten rower. Czas czasem, różne trasy są nieporównywalne, ale średnia prędkość niższa o 3 km/h to bardzo kiepawo. Nawet po tętnie (średnia niższa o 4 bpm) widać, że źle mi się jechało.

Ostateczny czas 5:31:15 nie powala na kolana, jest regres w stosunku do Poznania. Tam zmieściłem się w pierwszej ćwiartce (24,3 proc.) sklasyfikowanych, w Borównie zaś byłem trochę poza nią (26,9 proc.). Dziwny sport ten triathlon, wyniki są kompletnie nieporównywalne ze względu na diametralnie różne warunki i niezbyt dokładne wymierzanie tras.

Zakończyłem swój pierwszy tri-sezon, ale z trzech startów w pełni zadowolony jestem tylko z debiutu w Mrągowie (swoją drogą, to chyba jedna z najlepszych relacji jakie ever napisałem, więc czytajcie jeśli nie czytaliście;)). W Poznaniu nie poszedł mi bieg, a w Borównie rower. No nic, zima to będzie czas ciężkiej pracy.

A sam Triathlon Borówno? Trudno mieć duże pretensje do organizatorów za pływające bojki, bo wiało okropecznie, ale prognozy pogody były znane i może warto było mocniej je umocować? Jakość dróg to też nie ich wina (chwilami myślałem, że Zuzka się rozpłacze, tak trzęsło), ale już brak wody i czegokolwiek innego na mecie to porażka ogromna. Na dodatek za metą był „salon masażu”, do którego wyczekałem pół godziny, a gdy już miałem być masowany, okazało się, że jest to usługa płatna. OK, nie mam żalu za to, że była to płatna zabawa (aczkolwiek zwykle jest darmowa), ale wystarczyłoby tam umieścić plakat „masaż płatny” i wszystko byłoby jasne, nie traciłbym czasu na czekanie (podobnie jak wiele innych osób, które zrezygnowały).

Wielkie brawa należą się za to kibicom i wolontariuszom. W pewnym momencie jeden z wolontariuszy nie zdążył podać mi wody to dogonił mnie po 50 metrach i dostarczył kubek z wodą. Ogromne zaangażowanie młodych ludzi na punktach odżywczych było fantastyczne. Świetnie spisali się też kibice, i to nie tylko ci moi. Wspominałem już o Garnku Mocy, o ekipie Xtri.pl, ale na brawa zasłużyli też mieszkańcy Bydgoszczy i okolic, którzy na trasie dawali zawodnikom dużo otuchy.

Tak wygląda Garnek Mocy w akcji / fot. https://www.facebook.com/GarnekMocy

No i mam trochę dylemat z tym Borównem… Bo obrodziło w tym roku w zawody triathlonowe. Co więcej, dużo jest zawodów świetnie zorganizowanych – by wspomnieć Poznań oraz cykle Garmina i Volvo. A to Borówno to tak organizacyjnie trochę kiepsko – nigdzie niczego nie wiadomo, totalny brak informacji w okolicy biura zawodów/mety, bardzo słabe mapki tras na stronie organizatorów, zupełny brak wizualizacji stref zmian (Volvo było pod tym względem genialne!), że o żenującej wpadce z brakiem czegokolwiek do picia/jedzenia na mecie nie wspomnę.

No ale z drugiej strony czydzieścikurdecztery osoby (że też ja zbiorowego zdjęcia nie zaordynowałem to gupi jestem jak but!) to absolutny rekord liczby moich kibiców i jak mógłbym ich zawieść za rok, no jak? No kurde, co zrobić, do zobaczenia w 2014 r. w Borównie i Bydgoszczy!:)