Ten, w którym przednio się bawimy i to się liczy najbardziej

Wpadając na metę drugiego etapu NBR Trial Games na czwartej pozycji, doskonale wiedziałem, że nic to nie znaczy. Kompletnie, absolutnie, zupełnie NIC. Bo etap trzeci to bieg na orientację. A BnO nie wybacza najmniejszych nawet błędów. Kilka minut straconych i mogę wylądować poza pierwszą dziesiątką, mogę też wskoczyć na podium jeśli pójdzie dobrze (ale tylko na najniższy stopień, bo na walkę z Mariuszem Plesińskim i Remikiem Nowakiem nawet nie liczyłem).

I stara głupia gęś niech kopnie to, jak szybko przekonałem się, że mam rację! Wyobraźcie sobie, że zanim dotarłem do drugiego punktu kontrolnego, z przewagi wywalczonej na trasie Malta Trail Running nic nie zostało, wylądowałem w tłumie ludzi, na około 12-13 pozycji! Na szczęście potem mocna łydka się sprawiła i na metę wpadłem na siódmym miejscu, tuż za piątym i szóstym zawodnikiem i choć ze swojego występu do końca zadowolony być nie mogę, to NBR Trial Games było fenomenalną imprezą, za którą organizatorom należy się ukłon do samej ziemi!

Ale po kolei.

Gdy tylko Grzesiek, właściciel sklepu biegowego Natural Born Runners, poinformował na FB, że zamierza zorganizować kameralną imprezę biegową w unikalnej formule, wiedziałem, że muszę tam być. W trzyetapowych zawodach miało wziąć około 20 osób, a odpowiedzialność za punkty żywieniowe wzięli Ola i Borman, co gwarantowało najwyższą możliwą wege-jakość przekąsek i zakąsek.

Ciasteczka absolutnie wymiotły! / fot. MO-K

Przed startem pogaduszki, żarty i opowiastki – bardzo sympatyczna grupa ludzi tam się zebrała. Nareszcie mogłem uścisnąć dłoń Bormana (to naprawdę ciekawe, jak człowiek może polubić kogoś przez internet!) i poznać niezwykle miłą Mańkową Niebiegającą Kobietę. Nawet się ucieszyłem, że start się opóźnił o 20 min., przynajmniej było więcej czasu na dyskusje, no i Hassan zdążył dojechać:P W tym miłym oczekiwaniu na start był tylko jeden minus – to jedzenie na stołach. Jejku-rety-matulo-jedyno czego tam nie było! Musiałem odwracać się od stołów, by nie zacząć się zajadać zanim ruszyliśmy na bieganie. No właśnie, bieganie. Do rzeczy Krasusie!

Etap 1 – dookoła Malty
Na rozgrzewkę zaliczyliśmy prawiesześciokilometrowe kółko wokół Malty. To trasa doskonale mi znana, to na niej kilka miesięcy temu umarłem, a potem powstałem z grobu silny niczym tur. Plan był taki, by pobiec dookoła Malty w swoim wymarzonym tempie maratońskim na 2014 rok, czyli 4:16 – to miało mi dać sensowną pozycję po pierwszym etapie i zostawić sił na kolejne etapy. Zacząłem nieco mocniej, ale był kawałek z górki na początku, więc hamowanie się nie miało sensu. Stawka szybko się rozciągnęła, przez jakiś czas biegłem ósmy, potem długo siódmy, gdzie usadowiłem się na plecach dwóch Night Runnersów, chyba Adriana i Marcina – dzięki Panowie! Na podbiegu do mety jeden z nich zwolnił i do końca etapu pierwszego dotarłem na szóstej pozycji, kilka sekund po piątym zawodniku.

Przedstartowo / fot. NBR Trial Games (AP)

Właściwie ten etap Maltański to tak bez historii minął. Zrobiłem go w zakładanym tempie i pilnując tętna, które tylko na końcowym podbiegu przekroczyło na chwilę na 180 bpm. Miała być rozgrzewka i była rozgrzewka. To co ciekawe, miało się dopiero zacząć.

Etap 2 – Malta Trail Running
W T1 zmieniłem buty z szybkich Brooksów na terenowe Inov-8, co było dobrą decyzją. Poświęciłem na to raptem kilka sekund (mała łyżka do butów rulez!) i po łyknięciu bormanowego izotonika, poleciałem dalej. I, podobnie jak tydzień temu w Kampinosie, od pierwszych metrów łączyłem bieg z zachwytem nad okolicznościami przyrody. Tegoroczna złota polska jesień jest jedną z najpiękniejszych jakie miałem przyjemność oglądać, a leśne okolice Malty wyglądały przeuroczo. Ścieżka była praktycznie w 100 proc. wyłożona wielobarwnymi liśćmi, miałem wrażenie, że biegnę po dywanie. Ach, bieganie. No właśnie, znowu się zagadałem;)

Jakiś niewyraźny byłem, ale biegło mi się doskonale:)  / fot. NBR Trial Games (AP)

Po paruset metrach złapałem idealny rytm, noga podawała doskonale. Trasa była oznaczona taśmami zawieszanymi na drzewach. Niby umieszczono ją w każdym potrzebnym punkcie, a w newralgicznych miejscach stali wolontariusze i kierowali ruchem. Ale wielu zawodnikom udało się zmylić drogę. Mi niestety także. Biegnąc już na czwartej pozycji, zamiast skręcić w prawo w las poleciałem jak głupek prosto i znalazłem się na ulicy Browarnej. Wiedziałem, że asfaltów żadnych miało nie być, więc zacząłem się kręcić po lesie, aż zobaczyłem kilka osób, które 100-150 metrów ode mnie skręcają. W tej samej chwili zobaczyłem wielką jak wół wstęgę na drzewie, nie mam pojęcia jak to się stało, że pierwotnie jej nie zauważyłem. 1,5-2 min. w plecy jak nic. Kląłem na czym świat stoi.

Wiecie jak to jest, gdy odzywa się sportowa złość? W mięśniach pojawia się dwa razy więcej siły, a serce samo pompuje do nich krew wypełnioną po brzegi tlenem. W las wbiegłem kilkanaście sekund za grupką pościgową, bodajże na ósmej pozycji, a już po dwóch-trzech minutach znów zajmowałem piąte miejsce. Pędziłem jak przecinak i z każdym metrem zbliżałem się do czwartego zawodnika (w niebieskiej koszulce). Gdy byłem już nie więcej jak kilka sekund za nim, pomylił drogę. Ja zauważyłem wstążkę po lewej stronie, a on pobiegł w prawo. Bez zastanowienia krzyknąłem „w lewo”, ale zanim nawrócił, byłem już z przodu i leciałem dalej. Na kolejnym skrzyżowaniu przybiłem piątkę kierującemu ruchem Bormanowi, który potwierdził mi, że biegnę na czwartej pozycji. Tu podbieg, tam zbieg (jeden to był konkretny!), jakiś korzeń i znów w górę i w dół.

Biegłem na dość wysokiej intensywności, tętno nierzadko wskakiwało na poziomy ponad 175 bpm, ale miałem z tego niebywałą radość. Każde 100 metrów pompowało kolejną porcję endorfin do mózgu, chciało mi się rozpostrzeć skrzydła i wzbić ponad grunt, przefrunąć do mety. Ale zaczęło padać, a dla mało doświadczonej osoby latanie z mokrymi skrzydłami może być niebezpieczne, więc po prostu pobiegłem dalej.

Na biegowym haju dotarłem na czwartej pozycji na metę, gdzie NKŚ czekała na mnie z bluzą, bo przecież BnO to już zabawa spokojniejsza (błąd, błąd, błąd…).

Nie zwalniaj kroku! Proste, nie? Trzeba tylko się stosować… / fot. NBR Trial Games

Etap 3 – Bieg na Orientację
Znacie powiedzenie „Da liegt der Hund begraben”? Ja znam.

Mam przecież jakieśtam doświadczenie w zawodach na orientację, więc powinienem sobie poradzić, bo trudność tego etapu była umiarkowana, nie? Szkopuł w tym, że podszedłem do tego tak, jak do dotychczasowych zawodów: truchtem. No bo przecież na dystansach, na jakich się ścigam (50 km) się truchta, a nie napiera w trupa od pierwszych metrów. No to mapka w rączkę i nóżka za nóżką do PK1. Zanim do niego dotarłem, po czwartej pozycji nie było śladu.

Opamiętałem się, że to 4 kilometry, a mapa nie jest trudna, trzeba więc nakur…ć co sił. Zakasałem rękawy i dzida! No i tak się kuźwa zapędziłem, że wyleciałem na skraj mapy, zapultałem się nie wiedząc, gdzie jestem i straciłem dobre trzy-cztery minuty w okolicy stacji kolejowej. Poziom wkurwu osiągnął apogeum.

Niedaleko PK2 zauważam Mańka i lecę za jego plecami. Dobiegamy do rzeczki. „Atakujemy przez wodę?”. Obaj cykamy się podjąć decyzję, tchórzymy i biegniemy do mostku, co oznacza kolejne 1,5-2 minutki w plecy. Koncentracja, koncentracja, koncentracja!

Na szczęście w tym momencie skończyły się błędy i było już tylko lepiej, a kolejne punkty weszły już jak w masło. Zrobiło się trochę tłoczno, na przelotach starałem się więc wyprzedzać.

W pewnym momencie Maniuś… znika. No kurde. Był i nagle go nie ma! „Jasna cholera, który to już raz chcę z nim biec i on nagle zapada się jak pod ziemię?!” Potem okazało się, że przy wylatywaniu z punktu się potknął, wypadł z rytmu i do mety dotarł minutę po mnie.

Wyprzedzam kolejną osobę i szacuję swoją pozycję na 7-8. Do końca jeszcze ze trzy-cztery punkty, biegnę tuż za Jackiem Gallą i Wojtkiem Szymczakiem, w okolicy przewija się też Michał Hadam, czyli gość, który w Wielkim Wyścigu dla Bartka wygrał triathlonową patelnię! Oczywiście nie ma czasu na pogaduszki, gdy tętno niemal na stałe zagościło powyżej 180 bpm. A PK10 i PK11 to już sprint. Do ostatniego dobiegamy we trójkę (a może czwórkę?) i tu następuje kluczowy moment, który potem zadecydował o finalnym wyniku.

Trzeba było przycisnąć konkretnie na dobiegu do ostatniego PK, bo skasowanie go przed rywalami dałoby mi kilka sekund przewagi, a tak to opuściłem punkt z kilkusekundową stratą. Od PK11 do mety lecimy wężykiem, tempo 2:40-2:45 tętno 95 proc. maksymalnego, ogieeeeeeń!

Ostry finisz, bez efektu / fot. NBR Trial Games (AP)

I co? Nie wiem co się stało. No kurde-blaszka, nie wiem, ale na ostatnich kilkudziesięciu metrach trasy nie byłem sobą. Zamiast pocisnąć w trupa i paść za metą na twarz, odpuściłem. Nie wiem, czy wyrzyg pozwoliłby mi wyprzedzić choć jednego z rywali, ale wiedziałbym, że zrobiłem wszystko. Nie umiem sobie wyjaśnić dlaczego tak się nie stało. Obiecuję, że był to ostatni raz, nigdy więcej nie odpuszczę walki, bez względu na to, o którą pozycję będzie się odbywała.

Po paru minutach okazało się, że ta akurat była walką o całkiem dobre piąte miejsce. Do czwartego Marcina Stachowiaka straciliśmy nieco ponad 2 min., a trzeci Michał Waszak był na mecie trzy minuty przed nami. I miałem rację, bo po etapie trialowym Michał był ponad minutę za mną, a zdołał wskoczyć na podium. Ale z drugiej strony, w ciągu półtorej minuty na metę wpadło kolejnych sześć osób, więc stawka była bardzo wyrównana i nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Zgodnie z moimi przewidywaniami to BnO rozdawał karty. Mogłem wskoczyć na pudło, a mogłem wypaść poza TOP10. Na przyszłość muszę zapamiętać, że bieg na orientację, to BIEG, a nie trucht, marsz czy inne formy ruchu. Trzeba nakur…ć od pierwszego metra do samej mety.

Tym razem czekały na niej takie pyszności, że kopara opada. Pozwólcie, że zaprezentuję menu dnia.

Każdy z tych elementów był wyśmienity. Nie potrafię ująć sensownymi słowami tego, jak wdzięczny jestem Oli i Bormanowi (to oni odpowiadali za kuchnię) za taką ucztę. W ogóle cała impreza NBR Trial Games była niesamowita. Kameralna atmosfera, kapitalny pomysł na biegowy triathlon, jakiego w Polsce jeszcze nie było i świetni ludzie, z którymi dzielę pasję. Kapelusze z głów przed zespołem organizacyjnym! Nie pierwszy raz okazało się, że Natural Born Runners to coś więcej niż sklep biegowy:)

Podczas zakulisowych rozmów Grzesiek zapowiedział, że nie była to ostatnia impreza tego typu, mam nadzieję, że terminarz pozwoli mi na uczestnictwo. Tym bardziej, że następnym razem ma to być już quadrathlon, z cross fitem dla urozmaicenia.

A swoją drogą, jeszcze tylko kilka dni trwa dogrywka w Wielkim Wyścigu dla Bartka. Przypominam, że do wzięcia są trzy fantastyczne damskie kurtki do biegania, niewykluczone, że znajdzie się też jakaś nagroda niespodziewanka. Wpłat na konto Bartka dokonywać można do końca października, szczegóły znajdują się tutaj (kliku-kliku).

Nie ma biegania bez kolażu z samojebek, no nie ma!

Ten, w którym Kampinos daje radę

Dobra, na początek trzeba sobie to powiedzieć jasno: Półmaraton/Maraton Kampinoski to fantastyczna impreza, na której naprawdę warto być! Kameralna, niemal rodzinna atmosfera i piękne okoliczności przyrody sprawiły, że w mojej klasyfikacji okołowarszawskich biegów Kampinos wylądował na najwyższym stopniu podium. I nic nie wskazuje, by miał je opuścić. Gratuluję organizatorom i serdecznie polecam wszystkim!:)

Do tego startu poszedłem na dużym luzie. Praktycznie nie było żadnych przygotowań, specjalnych treningów i jedynie sen kilka dni wcześniej wskazywał, że jednak mi na tym wyścigu zależy. Dla tych, co nie fejsbukowi przypominam: śniło mi się, że ze względu na warunki (nie pamiętam jakie), Półmaraton Kampinoski rozegrano na pętlach wokół prostokątnego boiska szkolnego. Pętle miały po około 200 metrów i cztery zakręty o 90 stopni. Biegło mi się nieźle, a po ostrej walce z najszybszą z kobiet na ostatnich kilku okrążeniach, zająłem trzecie miejsce z czasem 1:31:30.

Mimo przedstartowych obaw, nie było problemów z ogarnięciem się gdzie jest trasa biegu

Połówkę jesienią chciałem pobiec, by zrobić jakąś sensowną życiówkę. Wybrałem Kampinos, bo blisko i ładnie, lecz nie jest to bieg na kręcenie rekordowych czasów ze względu na trudność trasy i brak atestu. Ale nie żałuję, że się zapisałem już pierwszego dnia:)

Po wynikach z ubiegłego roku wnioskowałem że kampinoskie ściganie nie jest jakoś wyjątkowo mocno obsadzone, więc bez skrupułów ustawiłem się w pierwszym rzędzie i poszły konie po betonie. Już po kilometrze wiedziałem, że:
1) złamanie 1:30 mogę odłożyć na półkę z marzeniami, bo trasa jest zbyt terenowa, by równo i szybko biec na poziomie swoich maksymalnych możliwości (a wierzę, że te są w okolicach 1:29-1:30);
2) decyzja o stanięciu w pierwszym rzędzie była słuszna;
3) podobnie jak pomysł, by jednak założyć terenowe Inov-8, a nie szosowe Brooksy.

Po 500-600 metrach biegliśmy już gęsiego. Przez kilka chwil byłem szósty, potem spadłem na ósme miejsce i na nim przebiegłem z 4-5 kilometrów. Od pierwszych metrów zwróciłem uwagę na okoliczności przyrody. Pogoda była idealna do biegania – świeciło słońce, a termometry wskazywały z 1-2 stopnie Celsjusza – dla mnie bomba.

A Puszcza Kampinoska jesienią… ludzie kochani, coś przepięknego! Tysiące (miliony!) kolorowych liści, a do tego niezmącona samochodami cisza Kampinoskiego Parku Narodowego. Przez większość dystansu biegłem sam, co najwyżej z jakiejśtam odległości oglądając plecy poprzedzającego mnie zawodnika. I choć tempo było dużo niższe niż liczyłem, to najważniejsza była radość z tego biegu. A tej nie brakowało na żadnym etapie. Każdy kilometr był radością.

Buty terenowe były tego dnia dobrym wyborem

No dobra, przyznam szczerze, że wydmy (a wiecie, że kampinoskie wydmy uważane są za najlepiej zachowany kompleks wydm śródlądowych w Europie?!) ostro dały mi w kość. Mimo terenowych butów na nogach (decyzja podjęta godzinę przed startem, zabrałem ze sobą dwie pary), kopny piach sprawiał spory problem i miejscami trudno było mi biec szybciej niż 5 min/km. Pod największą górkę miałem ochotę przejść do marszu, ale nie dałem się słabości i podbiegłem. Nie mniej kłopotów niż górki i piach sprawiły mi korzenie w pierwszej części wyścigu – na kilku bliski byłem zaliczenia gleby i tylko refleks i niezła stabilizacja sprawiły, że nie posmakowałem kampinoskiego piachu. Na mecie widziałem sporo osób z piachem na kolanach, im się widocznie nie udało. Ze względu na ukształtowanie terenu i trudne podłoże, równy bieg w sensownym tempie był praktycznie niemożliwy. Skupiłem się więc na radości z biegania:)

A jak się biegło? Jak już się zadomowiłem na tej ósmej pozycji po 1 czy 2 km, to zajmowałem ją przez dobre 20 minut, a potem zamieniłem się z kolegą ścigantem miejscami i biegłem siódmy. Niestety, w okolicach 9-10 km doszła i bez problemu połknęła mnie trzyosobowa grupa i spadłem na dziesiąte miejsce, bo ich tempo utrzymałem tylko przez kilka chwil. Tak dobiegłem do zawrotki (ok 11,3 km). A po niej było naprawdę fajnie, bo mijaliśmy się z dziesiątkami zawodników biegnących trochę i dwa trocha wolniej. Był Paweł, był Jasiu, był Gosiak i Rafciu też był. Takie spotkania ze znajomymi dodawały mi sił, bo nie powiem, było mi już wtedy ciężko, a tętno doszło do 90 proc. maksymalnego. Zgodnie z planem zjadłem dwa żele na 9 i 14 km, które popiłem dwoma łykami wody. Wystarczyło.

Chciałem przyśpieszyć na ostatnich 5-6 km i udało się. Najszybsze 5 km tego biegu to ostatnia piątka pokonana w 21:51. Wiem, jaj nie urywa, teoretycznie miało być lepiej, ale na tak trudnej trasie na więcej nie było mnie po prostu stać. W okolicach 14-15 km wyprzedziłem jednego z rywali i umościłem się na dziewiątej pozycji, którą bez problemu, z ogromną przewagą, dowiozłem do mety. Ciężko mi było cisnąć na ostatnich kilometrach, bo za sobą ani przed sobą nikogo nie widziałem. Nie musiałem więc uciekać, nie miałem też szans nikogo dogonić. Ostatecznie do ósmego miejsca straciłem 49 sek, nad dziesiątym miałem aż 3:03 przewagi – w takich warunkach nic dziwnego, że dopiero na ostatnich kilkuset metrach przyśpieszyłem poniżej 4 min/km.

Spektakularnego finiszu tym razem nie było. Po prostu dobiegłem do mety

Oficjalny wynik to 1:32:25 netto i 1:32:29 brutto. Miejsce 9. na 265 osób, które wystartowały.

Swoją drogą, wielką ciekawostką jest dystans tego biegu. Na stronie informacyjnej organizatorzy pisali, że trasa ma 21,3 km (nic w tym złego, wszak to zawody bez atestu i nieporównywalne z szosowymi wyścigami, więc kilkaset metrów w jedną czy drugą różnicy nie robi), a mi Garmin zmierzył 20,5 km. Przyjmuję, że było tam 21,1 a oficjalny wynik uznaję za nową półmaratońską życiówkę bez atestu. Owszem, do wymarzonego 1:30 zabrakło bardzo dużo, ale zważywszy na trudność trasy i mój brak formy (wiem, że dla niektórych taki czas i brak formy może zabrzmieć jak herezja, ale ja naprawdę nie czuję mocy jaką miałem latem tego roku lub przy okazji maratonu w Barcelonie), narzekać nie zamierzam.

Podczas Biegnij Warszawo Kaśka nie złapała ostrości, w Kampinosie szczęście zmącił zły balans bieli.
Przypadek? Nie sądzę!

Tym bardziej, że znów natrzaskałem fotek ze znajomymi! W zasadzie udało mi się spotkać prawie wszystkich, których chciałem. No dobra, Agata schowała się w bagażniku samochodu, więc nie miałem szans jej złapać, a Renaty jakoś nie znalazłem. Ale że przed startem zimno było jak diabli (może nawet mały minusik), to w sumie mogę im obu wybaczyć;)

To będzie już tradycja te fotki do kolażu – kolejna okazja na Biegu Niepodległości 11.11., z kim się widzimy?:)

Ten, w którym jedno się kończy, a drugie się zaczyna (UPDATE)

No i nie udało się. Mimo masy „słupów” podstawionych do losowania i złamania kodu Endomondo, nie udało się nam (organizatorom) zgarnąć ani jednej nagrody w charytatywnym Wielkim Wyścigu dla Bartka… Wszystkie trafiły to osób, które uczciwie na nie zapracowały wpłacając pieniądze na konto Bartka Pudliszewskiego i biegając kilometry. A trochę tego było, bo łącznie uczestnicy rywalizacji dla Bartka przebeigli 17588 km, spalając przy tym ponad milion kalorii. Razem pokonaliśmy 416 maratonów!:)

Zanim zacznę nagrodową wyliczankę przypomnę jeszcze tylko, że w akcji zebraliśmy łącznie 2209,70 zł, ALE CZAD! Nie spodziewaliśmy się takiego odzewu z Waszej strony, jest nam niezmiernie miło, że zdecydowaliście się pomóc:) Bartek, dzielny czterolatek walczący z guzem pnia mózgu, któremu pomagamy, na pewno przesłałby Wam szczery dziecięcy uśmiech.

No dobra, żeby nie zanudzać. A oto i listę tych, którzy wygrali w Wielkim Wyścigu dla Bartka, który miałem przyjemność organizować z Bo i Wybieganym.

NAGRODY W WIELKIM WYŚCIGU DLA BARTKA

Spersonalizowana koszulka techniczna od Xtri -> Gosia Rzymska!
Audiobook „Trzy mądre małpy” z dedykacją Łukasza Grassa -> Damian Orzechowski!
Wizyta w rowerowym SPA -> Leszek Deska!
Brat bliźniak Pimpusia -> Marian Gawlikowski!
Jedyny na świecie bidon na makaron -> Joanna Walter!
I… uwaga, uwaga. Nagroda główna, czyli kosmiczna patelnia wędruje do… Michała Hadama!


UWAGA, UWAGA!
Okazało się, że Damian ma już audiobooka i poprosił o ponowne go rozlosowanie.
W takim razie Damian dostanie nagrodę niespodziankę
ufundowaną przez Bikeservice, Profesjonalny Serwis Rowerowy
,
a audiobooka wylosował… Darek Kociemba! Gratulujemy!:-)

Wszystkim nagrodzonym gratulujemy i bardzo prosimy o kontakt na run.bo.blog@gmail.com i krasus.biecdalej@gmail.com. Ustalimy kwestię przekazania bądź wysyłki.

Ale wiecie co? To nie koniec:) Tak jest, TO NIE KONIEC! Wielki Wyścig dla Bartka cieszył się zainteresowaniem nie tylko uczestników, ale i sponsorów:) Już w trakcie jego trwania otrzymaliśmy (tzn., Wybiegany to załatwił:)) Od firmy Bortex Sport trzy damskie kurtki do biegania! Są to kurtki NEWLINE IMOTION RUFFLE JKT, o takie (kliku-kliku).

Jest to cienka wiatrówka z lekkiego materiału, która ochroni przed wiatrem i deszczem z dodatkowymi panelami wentylacyjnymi rozprowadzającymi ciepło. Kurtka ma ściągacze na rękawach, kołnierzu i na dole, dzięki czemu łatwo ją dopasować. Ma damski krój i oczywiście modny wygląd, a nie od dziś wiadomo, że biegowy stajl jest nie mniej ważny niż życiówka na 10 km! W takiej kurteczce możecie dumnie przetruchtać zimne dni:) Kurtka ma trzy kieszenie na zamek i elementy odblaskowe poprawiające bezpieczeństwo podczas wieczornego biegania. Na kolorach się nie znam, ale wyglądają tak:

Ładna kurteczka, nie?:)

Co zrobić, by je dostać? Forma pierwszego WWdB się sprawdziła, więc nie będziemy jej ulepszać. Kurtki (po jednej w rozmiarach S, M i L) zostaną ROZLOSOWANE wśród osób, które zdecydują się wspomóc Bartka kwotą co najmniej 19,99 zł. „Losów” można wykupić więcej, każdy za 19,99 zł. Jak ktoś wpłaci na bartkowe konto 99,95 zł, to otrzyma pięć losów i jego szansa na kurtkę wzrośnie pięciokrotnie. Oczywiście nie ma ułamków, za wpłacone 105 zł też jest pięć losów. Sky is the limit, wpłacajcie ile tylko chcecie, bo zdrowie Bartka warte jest wszystkiego.

Dodatkowe losy będzie można sobie wybiegać:) Każde 19,99 km zrobione (liczą się: bieganie, bieg na orientację i wędrowanie) do końca października w tej rywalizacji to kolejny los. Wpisowe do rywalizacji wynosi 19,99 zł, za które otrzymujecie pierwszy los. Oczywiście im więcej wpłacicie, tym lepiej dla Bartka i tym więcej losów dla Was, a w końcowym losowaniu liczy się suma losów kupionych i nabieganych.

Jeszcze raz: każde 19,99 zł wpłacone dla Bartka to jeden los (można kupić dowolną liczbę losów), a dodatkowe losy można sobie wybiegać na Endomondo. Każde 19,99 km (nieważne, czy w jednym biegu czy w pięciu) to jeden los. Na końcu sumujemy losy nabiegane i kupione i wygrywamy (tzn., wy wygrywacie) kurteczki.

Losy kupuje się przelewem:

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski

A do rywalizacji dołączacie tutaj (kilku-kliku).

Oczywiście ze względu na nagrody (kurtki są damskie) szczególnie zapraszamy do zabawy dziewczyny, ale jak jakiś facet lubi biegać w damskim kroju lub chce sprawić swojej Księżniczce prezent, to również jest mile widziany:) W mailach z potwierdzeniem przelewu dla Bartka zaznaczcie proszę, jaki rozmiar kurtki Was interesuje. Podobnie jak w trakcie pierwszego WWdB bardzo prosimy o przesłanie potwierdzenia przelewu mailem na run.bo.blog@gmail.com lub krasus.biecdalej@gmail.com. Oczywiście zapewniamy pełną dyskrecję w kwestii tego, kto ile wpłacił na konto Bartka. Przepraszamy za tę niedogodność, ale mamy nadzieję, że zrozumiecie.

Na potwierdzenia przelewów czekamy do 5 listopada br. (wtorek) wieczorem. Potem my wszystko zsumujemy i wylosujemy kurteczki (a może znajdzie się i nagroda niespodzianka jakaś? Kto wie…:)). Pamiętajcie o informacji, jaki rozmiar kurtki chcecie. Każdy weźmie udział w losowaniu takiej kurtki, jaka go interesuje.

Ten, w którym jest kiepsko, a ja pękam z dumy

Biegnij Warszawo 2013 było w moim wydaniu chyba najgorszym biegiem ever. Lista błędów z przygotowań i samego dnia startu sięga stąd na Księżyc, a czas na 10 km gorszy o 2 min. od życiówki, którą chciałem poprawić o kilkadziesiąt sekund, był tylko naturalną ich konsekwencją. A mimo tego od niedzieli chodzę dumny jak paw, bo dawno żaden bieg nie sprawił mi tyle radości i nie przyniósł tyle satysfakcji. Jak to?

A tak to, że w tegorocznym Biegnij Warszawo mój start był mało ważny, bo wystartowały w nim także doskonale Wam już znana NKŚ (fanfary) oraz nasza bliska kumpela D. Ich przygoda z bieganiem trwa dłużej z większymi przerwami (NKŚ) lub krócej bez przerw (D), ale tej jesieni rozwija się niesamowicie. Dziewczyny zaczynały od marszobiegów wg rozpiski Trenera Tygrysa z portalu TreningBiegacza.pl i z żelazną konsekwencją (no, przynajmniej tak w miarę) zwiększały proporcję pomiędzy biegiem a marszem, klepiąc w tym roku po prawie 200 km.

Truchtingowałem z nimi, zdarzyło nam się nagiąć schemat treningowy, bo chciałem im udowodnić, że dadzą radę pokonać 10 km i oczywiście dały radę. Na ostateczny test czas przyszedł 6 października 2013 r. Pożegnaliśmy się przed startem, bo wolały pobiec same niż ze mną i poszły konie po betonie. Mój Dream Team dotarł do mety nawet nieco szybciej niż oczekiwałem, po 1:04 od przekroczenia linii startu. Dzięki mądrej taktyce (nie ma jak pożyczony Garmin na ręku;)) dziewczyny przeszły do marszu tylko raz, przy punkcie z wodą) i przyśpieszyły w drugiej połowie dystansu.

A ja… widząc je wbiegające na metę (no dobra, zauważyłem tylko jedną, druga pędziła tak, że jej nie dostrzegłem;)) wzruszyłem się bardziej niż przy jakimkolwiek swoim starcie. Najważniejszy były ich uśmiechy od ucha do ucha na mecie i duma z siebie, przy której i moja radość rosła jak na drożdżach.

Dawno już chciałem napisać, że to co sprawia mi największą radość w bieganiu to wcale nie życiówki, dystanse i własne „osiągnięcia”, ale wciąganie w nałóg najbliższych. Gdy D po którymś truchtingu wyznała mi, że jak kilka dni nie pobiega, to ją cholera strzela, byłem w siódmym niebie, a każde spojrzenie na medale NKŚ (już dwa!) sprawia, że uśmiecham się pod nosem. Znajomych, którzy biegają, mam coraz więcej i bardzo mi się to podoba:)

A moje Biegnij Warszawo? Wydawało się, że powinienem poprawić 39:51 z Biegu Powstania Warszawskiego, bo przecież tam było gorąco, dwa podbiegi itd itp. Zacząłem tak, jakbym chciał zrobić życiówkę nad życiówkami. Wg Garmina pierwsze trzy kilometry to 4:03, 3:56 i 3:59 – początek dobry na łamanie 39, a nie 40 minut. Potem nastąpił kilometrowy podbieg ulicami Spacerową i Goworka i pierwszy raz w historii podczas wbiegu na Skarpę Warszawską byłem wyprzedzany, a nie wyprzedzałem. Tętno doszło do 183-184 i na kolejnych kilometrach nie mogłem go zbić, mimo zwolnienia do 4:15 (6. i 7. km).

Układ trawienny wariował, a gdy próbowałem przyśpieszać, natychmiast pojawiał się odruch wymiotny (?!) i wolałem zwolnić. Na miękkich nogach poleciałem ostatni kilometr w 3:45 (z górki – rok temu biegłem tu w podobnym tempie na całkowitym luzie!) i mimo zachęt ze strony kolegi triathlonisty, który rozpoznał mnie po opasce na numer, powstrzymałem się od tradycyjnego finiszu. Za metą z nieznanych przyczyn odbiło mi się rybą.

Pomysł na BW był taki, by robić sobie zdjęcia ze znajomymi, poszło nieźle:)

Okazuje się, że po ponaddwutygodniowym odpoczynku i raptem dwóch dobrych treningach nie da się dobrze pobiec 10 km. Gdy dodać do tego zapuszczenie się w codziennej gimnastyce i ćwiczeniach siłowych, brak basenu i roweru, nadmiar piwka oraz niezdrowe odżywianie, to mamy prosty przepis na to, jak nie biegać życiówek. A listę moich błędów dopełnia niedzielne śniadanie, które było prawdopodobną przyczyną problemów żołądkowych. Zamiast tradycyjnej białej bułki z dżemem, zjadłem ciemną bułę z wędliną i chrzanowym serkiem kanapkowym. NIE RÓBCIE TEGO W DOMU!;)

Za półtora tygodnia Półmaraton Kampinoski, marzyło mi się pobiec go w tempie 4:10-4:12. Z oficjalnego wyniku BW wynika, że moje średnie tempo w tych zawodach wyniosło 4:11. Jak znalazł;)

A wiecie, że Półmaraton Kampinoski nie będzie dla mnie najważniejszym wydarzeniem biegowym tamtego weekendu? Dzień później w Parku Skaryszewskim będzie Praska Dycha i członkinie Dream Teamu będą tam atakować swoją życiówkę:)