Ten, w którym Minimusy są czerwone jak Ferrari – recenzja New Balance MR10RY2

Pamiętam majowy dzień w fabryce, gdy od taśmy produkcyjnej oderwał mnie kurier, który dostarczył paczkę od New Balance Poland. Dwie pary butów do biegania! Pisałem już o New Balance M870BB2, nadszedł czas na drugie buty. Nie ukrywam, bardziej sexy z tej pary: New Balance MR10RY2 popularnie zwane Minimusami.

Najpierw krótkie info, za stroną producenta: „Buty przeznaczone dla osób ze stopą neutralną do biegów na twardych nawierzchniach. Dzięki podeszwie wykonanej w technologii Vibram, model MR10v2 idealnie dba o przyczepność i bezpieczeństwo podczas biegu. Obuwie od strony wewnętrznej zostało wykończone bezszwowo, dzięki czemu nie powoduje otarć podczas biegu. Różnica pomiędzy wysokością położenia pięty w stosunku do palców wynosi zaledwie 4 mm dzięki czemu spokojnie możemy go zakwalifikować do kategorii „bieganie naturalne.”

No tak, czyli mamy do czynienia z butami do biegania naturalnego. A kto zacz ów biegacz naturalny? Ano taki, co to biega „ze śródstopia”, czyli stawiając stopę nie wali o podłoże piętą, tylko łagodnie stąpa śródstopiem. Buty naturalne nie mają systemów amortyzacyjnych, mają cienką podeszwę i cechują się mniejszą różnicą pomiędzy wysokością położenia pięty i palców. Tzw. „drop” w Minimusach wynosi 4 milimetry, czyli o tyle pięta jest położona wyżej od palców. W tradycyjnych butach biegowych jest to 10 mm lub więcej.

Wygląd i wykonanie – szwy, których nie ma
Podeszwa od Vibramu? Przyczepność rzeczywiście jest bardzo dobra, ale czy jest ona bardziej wytrzymała niż inne podeszwy tego nie wiem, bo za mało w nich póki co przebiegłem. Wiem za to, że podeszwa jest bardzo elastyczna, można ją skręcić w rulonik.

Nie każde buty można tak powyginać jak Minimusy:)

Za to wyglądem Minimusy powalają. Nie ukrywam, że gdy tylko je zobaczyłem, połączyła nas miłość od pierwszego wejrzenia! Są genialnie narysowane, a żywy, ognisty wręcz kolor sugeruje, że służą do szybkiego biegania (o tym później). Wiele butów do biegania jest po prostu mało atrakcyjnych (jak dla mnie przoduje w tym firma Asics – design większości modeli tworzy chyba kompletne beztalencie), sporo jest pstrokatych, a Minimusy… ach, chciałoby się w takich butach chodzić na co dzień!

Minimusy są niewiarygodnie wręcz lekkie. W moim rozmiarze ważą mniej niż 200 gramów, a takie Adidas ClimaCool Ride (również naturalne) mają ponad 60 g więcej. To się czuje i to nie tylko w trakcie biegania czy chodzenia, ale nawet jak się siedzi. Buty jednocześnie dobrze trzymają się na stopie (nie są za luźne) i nie ciążą na niej jak jakieś pancerniki. Minimusy są wykonane bardzo solidnie i choćbym się postarał, to nie mam się do czego przyczepić.

Minimusy to zdecydowanie moje najlżejsze buty

Ale jest i łyżka dziegciu, a jakże! Reklamowana przez NB bezszwowość wnętrza jest wg mnie marketingowym wymysłem, bo ja tam szwy widzę, aczkolwiek wywinięte w stronę „od nogi”. Prawdopodobnie specjalista od marketingu miał więc na myśli brak szwów wywiniętych w stronę „do nogi”;) Przyjrzałem się innym butom na mojej półce i rzeczywiście Minimusy mają dużo bardziej gładkie wnętrze niż pozostałe, są więc pod tym kątem wyjątkowe, jednak brak szwów to bujda. Faktem jest jednak, że założenie tych butów na gołą stopę jest bardzo przyjemne – wnętrze jest kapitalne. Biegałem w nich na bosaka i nie nabawiłem się żadnych otarć.

Widzicie tu szew? Bo ja tak;)

Werdykt: New Balance MR10RY2 to świetnie zaprojektowane i wykonane buty

Bieganie – ogień!
Na pierwszą przebieżkę z Minimusami wybraliśmy się na stadionik z 200-metrową bieżnią. O tak, to jest miejsce stworzone dla tych butów! Ich lekkość dopiero wówczas pokazuje pazur. Trochę sobie na tym pierwszym bieganiu zaszalałem, bo robiłem 200-metrówki w tempie 2:30 min/km! No jasne, że za szybko, ale but tak niósł, że nie mogłem się powstrzymać:) Są pierońsko lekkie i wygodne, bieg w nich to sama przyjemność, butów prawie się nie czuje.

Trzeba tu jednak zaznaczyć, że Minimusy nie są butami dla każdego i nie są na każdy bieg. Przede wszystkim nie nadają się one dla początkujących truchterów. Przy biegu naturalnym mocno pracują ścięgna Achillesa oraz mięśnie łydki i stóp, jeśli ktoś nie ma ich wyrobionych, to będzie cierpiał. Pamiętam swoją pierwszą naturalną przebieżkę w w/w Adidasach, łydy miałem jak z kamienia przez kilka dni i ledwie mogłem chodzić. Biegania naturalnego też trzeba się nauczyć, bo nie chodzi o bieganie na palcach, a na śródstopiu. Różnica jest subtelna, ale niezwykle istotna.

Nie są to też buty dla osób z nadwagą, gdyż brak amortyzacji może źle wpływać na stawy. Minimusy raczej nie nadają się do biegania w jakimkolwiek terenie. Las, polna droga czy szuterek odpadają, bo cienka i lekka podeszwa sprawia, że poczujecie każdy kamyk czy nierówność. Dobrze biega mi się w nich na równym asfalcie czy chodniku, ale najbardziej lubię tartan i inne tego typu nawierzchnie.

NB MR10RY2 używam (akurat nie teraz, bo jest zima, a one są zbyt ładne, by zakładać je na tę sól i śnieg!) na dwóch rodzajach treningu: rytmy na stadionie, gdzie mam gwarancję tego, że mogę biec bez patrzenia pod nogi i nic mi nie grozi oraz truchting z NKŚ. Nie zakładam ich np. na interwały, bo na dużym zmęczeniu (a przecież na tym polegają interwały) nie byłbym w stanie utrzymać dobrej techniki biegu naturalnego i nie wyszłoby to moim nogom na zdrowie.

Werdykt: New Balance MR10RY2 to bardzo szybkie, ale wymagające buty 

Nie_bieganie – sama przyjemność
Minimusy to moje jedyne buty do biegania, które zakładam też na inne okazje. Przez to, że są tak wygodne, zabieram je np. na zawody, by na mecie zmienić sobie obuwie na wygodniejsze, korzystam z nich też na treningach funkcjonalnych i na siłowni. Nie da się ukryć, że są to buty z kapitalnym designem, a do tego bardzo komfortowe – noszenie ich jest wielką przyjemnością. Buty są niezwykle wygodne i miękkie, spacerując w nich ma się poczucie, że tych butów właściwie nie ma.

Cena/jakość – jest dobrze!
Na stronie New Balance’a NB MR10RY2 mają promocyjną cenę 299 zł (przecena z 399 zł), w innych miejscach da się je kupić jeszcze 20-30 zł taniej. Wg mnie to dobra cena, bo dostajemy za nią naprawdę dobrze wykonane, atrakcyjnie wyglądające i bardzo komfortowe buty. Pamiętajcie jednak o ograniczeniach jakie się z nimi łączą jeśli chodzi o bieganie. Pierwszy trening w butach minimalistycznych powinien być niezbyt długim rozbieganiem, dystans i intensywność zwiększajcie z czasem.

Pod kątem biegowym Minimusy porównałbym (może trochę na wyrost, ale jednak się skuszę;)) do wściekle czerwonego samochodu Ferrari. Jest piękny, piekielnie szybki i wymaga dużych umiejętności. Niewprawny kierowca zrobi sobie w nim krzywdę. Podobnie jest z Minimusami – początkujący biegacz nie dość, że uziemi sobie łydki na kilka dni, to jeszcze może nabawić się kontuzji.

A swoją drogą, widzieliście zapowiedź nowej kolekcji NB? Minimusy wyglądają jeszcze lepiej niż poprzednie, ciekawe co w nich zmienili jeśli chodzi o budowę i czy nadal mają szew, którego nie ma;) Swoją drogą, zajebiaszczy jest sam pomysł infografiki, bo wielu biegaczy nie ma pojęcia, jakie buty wybrać, a nazwa butów nie zawsze tłumaczy o co chodzi. Tu mamy liczby i ich wyjaśnienie – podoba mi się to!

Ten, w którym jest dobrze

To był dobry tydzień! Wprawdzie w porównaniu do moich ulubionych terminatorów Kaśki, Bormana i Wybieganego, to jestem mały leszczyk, bo biegam niewiele – w tym tygodniu „zaledwie” 63 km. Mam jednak poczucie, że każdy krok zrobiony w tych dniach miał sens, a czasu starczyło mi jeszcze na inne przyjemności.

Zrobiłem cztery treningi: bieg ciągły w drugim zakresie, 1000-metrowe interwały, kros aktywny (start w Falenicy na 10 km – relacja za kilka dni) oraz dłuuugi kros pasywny – niedzielne 150 minut po mocno zaśnieżonym Lesie Kabackim. Każdy z tych treningów (start w Falenicy to wyścig o priorytecie C, więc traktuję go jako dobry trening) miał jakiś cel i cel ten został zrealizowany. Taki właśnie ma być mój plan treningowy, który przygotuje mnie do złamanie trójki w maratonie – biegać jak najmniej, biegać mądrze, oszczędzać siły i cieszyć się z efektów.

Zielone to bieganie, fioletowe – bieg na orientację

Dzisiejszym 2,5-godzinnym śnieżnym wybieganiem zakończyłem drugi etap przygotowań, przez wujka Danielsa zwanym „wstępną formą”. Efekt? Mam poczucie, że moje nogi przyzwyczaiły się do mocniejszego biegania. Po pierwszej Falenicy ledwie chodziłem przez dwa dni, teraz już w sobotę wieczorem było OK i miałem ochotę pobiegać. Powoli wchodzę na docelowe prędkości, bieg w tempie na maraton nie jest mi już obcy, a zaplanowane trzy-cztery treningi w tygodniu do optymalne obciążenie.

Przede mną najtrudniejszy okres przygotowań, w tabelkach Danielsa jest to sześć tygodni interwałów, biegów progowych i innych ciężkich treningów. Oczywiście u mnie będzie to mocno zmodyfikowane. W połowie lutego spędzę tydzień w Tatrach na obozie biegowym, za tydzień startuję w Śnieżnych Konwaliach na 50 km z mapą – do połowy lutego treningów z rozpiski będzie więc mniej, ale nie znaczy to, że będą to złe treningi.

Rozpoczynając realizację przygotowań do maratonu w Rotterdamie bałem się trochę, że takie cięższe i nieco bardziej zorganizowane bieganie odbierze mi przyjemność jaką dotąd z niego czerpałem. Ale tak się nie stało. Nadal umiem dostosować plan na dany tydzień do swoich prywatnych spraw, nastroju i stanu zdrowia, a treningi dają mi radość. Od początku przygotowań dwa razy wystartowałem w PMNO, trzeci i czwarty start wkrótce. Oby tak dalej:)

Ten, w którym bywa różnie

Zdarzają się Wam biegowe wahania nastroju? Jednego dnia poczucie, że forma rośnie i jest bosko, a innego totalnej beznadziei?

Jest źle

Rozpoczynam czwartkowy trening – bieg z pracy na Kabaty. Około 15 km w narastającym tempie, z ostatnią piątką po ok. 4:16 (tempo maratońskie na Rotterdam). Ruszam od 5:30 z planem, że co 2 km będę przyśpieszał o kilkanaście sekund. Ale organizm się buntuje. Już przy 5:00-5:15 sapię i ledwie zipię, noga nie chce podawać. Nie mam pojęcia co się dzieje, ale bieg w tempie spokojnym sprawia mi cholerną trudność. Przyśpieszam dalej i jest coraz trudniej. Nie mogę złapać rytmu ani utrzymać równego tempa. Frustruję się i wkurzam sam na siebie. Chcę przebiec maraton po 4:16, a nie potrafię sobie poradzić z 4:45 dzisiaj. Analizuję już przyczyny swojej kwietniowej porażki (na trzy miesiące przed startem – dobre sobie, co?), marudzę, klnę na całe to bieganie, ale… zgodnie z założeniami cały czas przyśpieszam.

Jest dobrze
Od ul. Pileckiego wbiegam na Ursynów i wchodzę na docelowe tempo 4:16. Z każdą minutą biegnie mi się lepiej. Łapię rytm, nawet lód na chodnikach nie przeszkadza. Płuca pracują pełną parą, serce pompuje jak szalone (ale nie wiem jak szybko, bo leczę rany po durnej garminowej opasce:/), a łydka podaje jak w trakcie dobrych zawodów. Chyba udało mi się ten wkurw przekuć w moc. Planowane 5 km mija rach-ciach i z lekkim rozczarowaniem rejestruję dotarcie na miejsce. Gdyby nie fakt, że już jestem spóźniony na spotkanie, chętnie pokręciłbym się jeszcze i dociągnął kilka kolejnych kilometrów.

Jest źle
Kończę bieg i… uświadamiam sobie, że boli mnie ścięgno Achillesa. Że właściwie od początku bolało, ale najpierw nie zwracałem na to uwagi, a jak ból się rozwinął, to na adrenalinowo-endorfinowym haju, po prostu wyparłem go z głowy. Teraz daje o sobie znać ze zdwojoną siłą. Roztruchtuję mięśnie przez pół godziny wolniuteńkiego biegania z Dream Teamem, ale noga nadal boli. Rozciąganie wcale nie poprawia sytuacji. W piątek okłady z mrożonego groszku trochę pomagają, jednak dla bezpieczeństwa, sobotnie podbiegi zamieniam na basen, na którym pływam na samych rękach. Ból powoli ustępuje.

Jest dobrze
Dalej chłodzę, masuję, głaskam, chucham i dmucham. W efekcie, w niedzielę rano nie boli praktycznie w ogóle, ale dla bezpieczeństwa zamiast biegu długiego robię spokojną 15-tkę i odpoczywam dalej. W poniedziałek bólu nie ma już w ogóle. Na treningu funkcjonalnym prowadzonym przez ObozyPomkowe.pl z dumą robię kilka pĄpek na jednej ręce w koszulce Smashing Pąpkins. Nie zdradzę nazwisk, ale jeden z Pompkowiczów mówi: chcę taką koszulkę!;) A potem dajemy z siebie wszystko aż do mroczków w oczach na cross-fitowych zawodach.

Świat jest piękny, a biegacze szczęśliwi!:)

Ten, w którym sport to przygoda, czyli mój 2013 rok

Kiepsko zaczął się ten 2013 rok. Na przełomie grudnia i stycznia posypała mi się odporność i dwa razy byłem chory. 39 gorączki uniemożliwia jakiekolwiek treningi, a jak tylko wyzdrowiałem i powoli zacząłem pracować, to znów się pochorowałem. Zamiast endorfin wylewały się ze mnie frustracja i wkurw.

Ale potem było już tylko lepiej. Gdy z perspektywy dnia dzisiejszego patrzę na miniony rok, stwierdzam, że udało się zrealizować zdecydowaną większość planów i osiągnąć praktycznie wszystkie cele (o różnicy pomiędzy celami i planami pisał Bartek – polecam). Z planów nie udało się jedynie więcej pobiegać na orientację (zaliczone tylko cztery starty z planowanych siedmiu), a z celów nie pękło 5h w półajronmenie, ale dziś wiem, że był to cel nierealny i źle postawiony.

A co było naj? Cóż, to zależy pod jakim kątem. Oto sześć moich sportowych „naj” 2013 roku, przy czym skupiłem się na pozytywach, bo one są fajniejsze;)

NAJ-SZCZĘŚCIE: Zurich Marató de Barcelona
Trzeba mieć sporo szczęścia, by jako totalny amator pobiec maraton na prawdziwą pełnię swoich możliwości, bo zagrać musi bardzo dużo rzeczy. Począwszy od pogody, poprzez zdrowie i samopoczucie danego dnia, a na mądrej strategii biegu oraz odżywiania skończywszy. Gdy każdy z tych elementów biegowej orkiestry zagra dobrą nutę, mamy szansę wspiąć się nawet wyżej niż szczyt możliwości. Jak się przyglądam moim przygotowaniom do barcelońskiego maratonu i analizuję sam bieg, to mam poczucie, że o ile w przygotowaniach popełniłem wiele błędów i mogłem je przeprowadzić znacznie lepiej, to jeśli chodzi o sam dzień 17 marca 2013 r., to nie jestem w stanie przyczepić się do czegokolwiek. 3:20 to dokładnie tyle, ile można było ze mnie wówczas wycisnąć, a 3:19:14, które osiągnąłem, było wynikiem ponad moje możliwości. Na mecie byłem bliski omdlenia, ale przeogromnie szczęśliwy.

NAJ-EMOCJE: Złoto dla Zuchwałych
W szosowych zawodach biegowych ściganie się na ostatnich metrach to norma, bo prawie zawsze kogoś się goni lub przed kimś ucieka (przynajmniej na moim poziomie;)), ale już w zawodach na orientację zdarza się to bardzo rzadko, a ja dwa razy w ubiegłym roku wpadałem na metę w tempie sprintu. Podczas Mazurskich Tropów po ponad 60-kilometrowym (!!!) napieraniu m.in. po bagnach i polach pokrzyw, miałem przyjemność ścigać się na ostatniej prostej z kolegą Pawłem, a na dystansie kilkuset metrów prowadzenie w tym wyścigu zmieniło się kilka razy. Był to jednak wyścig, który nie decydował o niczym poza satysfakcją.

Nie to co Złoto dla Zuchwałych, gdzie ostatnich kilkaset metrów decydowało o zwycięstwie! Warto przypomnieć, że atak na pozycję lidera przypuściłem już wcześniej, ale spotkałem się z mocną kontrą rywala, który przy ostatnim PK zostawił mnie w polu. Finalnie na pierwsze miejsce wskoczyłem dopiero kilkaset metrów przed metą i wtedy nie dałem sobie już go wydrzeć. Bieg ten miał miejsce tydzień przed Barceloną i dodał mi sporo wiary w siebie.

NAJ-PAMIĘTNY MOMENT: odrodzenie podczas Wielkiego Wyścigu
Ilekroć czytam relację z Wielkiego Wyścigu, który (jakby ktoś nie pamiętał;)) miał miejsce podczas Lotto Poznań Triathlon, po plecach przechodzą mnie ciary. Wystarczy, że zamknę oczy i pamiętam ten potworny ból pleców, pamiętam poczucie bezradności, że nie dam rady, że chcę zejść z trasy i nie mieć więcej nic wspólnego ze sportem.

I pamiętam moment powrotu do żywych. Wierzcie lub nie, ale to była chwila gdy wszystko się odwróciło o 180 stopni. Mogę zacytować sam siebie? Nie będzie to zbyt megalomańskie? Nie będzie, dzięki.

„Kilkanaście sekund później wiem już, że tę walkę wygram. Upadłem, ale powstaję. Mija dosłownie kilka chwil, w czasie których przestawia mi się jakaś klapka i głowa w końcu pokonuje słabość ciała. Doznaję jakiegoś katharsis, które w mgnieniu oka zmienia mnie z oklapłego i zmęczonego do granic możliwości słabeusza w pełnego energii fajtera. Pewność siebie powraca, serce intensywniej pompuje tlen do mięśni, przyśpieszam, a mój organizm wchodzi na wyższe obroty.”



NAJ-PRZEŻYCIE: Bieg Marduły
Odkąd biegam wiedziałem, że dalekosiężnym celem jest bieganie po górach. Mam trochę odmienne podejście od wielu innych biegaczy, bo nie lubię startować „na ukończenie” i plątać się w 80 czy 90 proc. uczestników, więc trochę na tę chwilę czekałem. Ale nadeszła: VI Bieg Marduły. Nie umiem tego dobrze opisać, ale uczucie gdy biegnie się na wysokości ponad 2000 m n.p.m. granią Tatr jest niesamowite. Wejście na Przełęcz Świnicką, mroczki przed oczami ze zmęczenia i powalający widok na słowackie Tatry. A potem…

„Za Świnicką Przełęczą esencja sky runningu. Bieg granią od Przełęczy Świnickiej (2051 m n.p.m.) przez Liliowe i Beskid do Kasprowego Wierchu. Chyba z dwa kilometry biegu na wysokości ponad 2000 m n.p.m! Po skałach, pomiędzy przepaściami. Na prawo chmury, na lewo Słowacja z zapierającym dech w piersiach widokiem, a my w takim zawieszeniu gdzieś pomiędzy. Przez te parę minut czułem się jakbym frunął, jakby góry dodały mi skrzydeł. To było niesamowite przeżycie, jedno z najbardziej mistycznych w mojej „karierze” biegacza.”

W tym roku na tatrzański szlak oczywiście wracam i zamierzam solidnie poprawić swój wynik. Owszem, ciągnie mnie na Chudego Wawrzyńca, Bieg Rzeźnika, czy inny Bieg Ultra Granią Tatr, ale to jeszcze nie ten moment. Chcę być jeszcze mocniejszy nim porwę się na coś takiego. Jakiś plan gdzieś już jest, ale na razie to wielki sekret.

NAJ-FAJNIEJSZE: Wielki Wyścig, Wielki Wyścig dla Bartka i Smashing Pąpkins
Bieganie, triathlon i inne katowanie swojego organizmu to jedno, ale to, jak fajnie rozwinęły się robione wokół bloga i Fejsbunia akcje, mocno mnie zaskoczyło. Gdy wymyśliliśmy wiosną z Bo, że będziemy się ścigać w Poznaniu, nie sądziliśmy, że wkręci się w to tyle osób. Że w ogóle kogokolwiek to zainteresuje, że znajdą się tacy, którzy pojawią się nad Maltą i będą przez kilka godzin zdzierać gardła wspierając nas. Co więcej, halo wokół Wielkiego Wyścigu udało się potem przekuć w realną pomoc dla potrzebującego Bartka, któremu wspólnie przekazaliśmy 2,8 tys. złotych. DWA_KOŁA_I_OSIEM_STÓW!

Przypomnę, że pomoc jest potrzebna cały czas i można ją przekazywać tutaj:
Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski
A potem padł pomysł wspólnego robienia pompek (a nawet pĄpek). Tak optymistycznego rozwoju sytuacji i takiej popularności zabawy też nie przewidzieliśmy. Do zabawy dołączyło kilkaset osób, a każdego dnia na moim wallu na Endomondo pojawiają się wpisy okraszone dwoma słowami: Smashing Pąpkins!

NAJ-PRZYJEMNOŚĆ: sport do przygoda
Nigdy nie ukrywałem, że uwielbiam się ścigać. Że doganianie innych i poprawianie ich wyników sprawia mi niebywałą radość i dziką wręcz satysfakcję. A przecież chodzi o to, by sport był przyjemnością. Gdy wszystko zagra jak powinno, jest to wspaniała przygoda, jak na przykład mój triathlonowy debiut w Mrągowie.

Ale sport to nie tylko wyniki, czasy, tętna i tempa. To przede wszystkim ogromna radość z samego uprawiania go oraz przyjemność ze spędzania czasu z ludźmi, z którymi dzielimy pasję. Kilka razy w ubiegłym roku było właśnie tak, że mniej od wyniku liczył się przyjemnie spędzony czas i wypite piwo. Narodziła się też tradycja galerii samojebek po zawodach, która spotkała się z dużą przychylnością innych biegaczy i blogaczy:)

Początek 2014 r. (poprzedni weekend) wskazuje, że i w 2014 r. będzie fajnie, a i z formą jest coraz lepiej!

Ten, w którym liczy się towarzystwo, a nie wynik

III runda Zimowych Biegów Górskich w Falenicy zaczęła się w piątek wieczorem, gdy z wizytującą stolycę Run Bo i NKŚ przeprowadziliśmy degustację nalewek mojej mamy. Zgodnym wyrokiem złoty medal przyznaliśmy wiśniówce, co zresztą zgadza się oceną A&MS, którzy odwiedzili nas dwa tygodnie temu. Smak, aromat, barwa, po prostu bajucha! Mamuś, kapelusze z głów! Ale my przecież sportowcy, więc jeszcze tylko po lampce wina i spać, zbierać siły na sobotę!

Sobota rano
Już samo dotarcie do Falenicy jest miłym towarzyskim doświadczeniem, bo zabieramy się z Kasicą i Kwitem. Kilometry upływają na dyskusjach o bieganiu, napieraniu, zastanawianiu się, co z tymi Śnieżnymi Konwaliami zrobić (dobry wynik na Ełkciej Zmarzlinie kusi by pociągnąć ten temat póki moc w nogach jest) i… jedzeniu śniadania, bo niektórzy rano nie zdążyli;) Kasica, znany i lubiany pirat drogowy, sprawnie i bezpiecznie dowozi nas na miejsce.

Nie znam w okolicy Warszawy lepszego miejsca na mocny kros niż Falenica:)

Jeszcze w biurze zawodów spotykam MS, potem w poszukiwaniu toalety pojawia się Ava, a do telefonu dobija się Cypek, który ma problem z dotarciem przez awarię auta i prosi o odebranie mu numeru startowego. Montuję swój numer (niezbyt udanie – patrz foto poniżej), załatwiam sprawę Cypka i na pełnym luzie człapiemy na start.

Po drodze wpadam na rozgrzewających się A&MS, a gdy docieramy w okolice startu, spotykamy Roberta – reprezentanta najlepszej drużyny świata, czyli Smashing Pąpkins. Truchtamy pod górkę, gdzie dogania nas Marcin, a przekazując numer startowy Cypkowi (Miśku, czy Ty naprawdę musisz być tak szybki?!) mam przyjemność poznać Stefana. W międzyczasie wyłapuję Bartka, który dwa tygodnie temu za mocno pocisnął na pierwszym kółku, a teraz postanawia pobiec ze mną, witam się też z kilkoma innymi znajomymi.

Założenie numeru startowego wcale nie jest takie proste… / fot KK

I to właśnie w bieganiu lubię. Po jakimś czasie człek zaczyna kojarzyć ludzi. Wynajduję osoby biegające na podobnym poziomie i staram się z nimi wygrywać. To motywuje! Ale biegi to nie tylko bieganie, to także czas przed i po zawodach. Najpierw człowiek się uśmiecha. Potem przychodzi „cześć” i uścisk dłoni, ktoś znajomy przedstawia jakiegoś swojego znajomego, potem wpadasz na niego na jakiejś ścieżce biegowej i już się znacie. Pytania o formę, plany startowe i ostatnie wyniki – ludzie z pasją zawsze mają o czym rozmawiać. Przy nieco dłuższej znajomości, od dziewczyn można nawet i całusa na powitanie dostać;) Hoho, Krasusie, nie zapędzaj się tu, wszak NKŚ zagląda na blogaska!

A, o bieganiu miałem pisać… ;) Cóż, po Ełckiej Zmarzlinie przeziębienie trzymało mnie prawie cały tydzień, nosem oddychać mogłem dopiero od czwartku, a gardło przestało boleć w piątek. Obawy o formę miały więc solidne uzasadnienie. Ale jak mogłem nie pojechać, skoro na gościnne występy przyjechała sama Bo (imaginujecie? ze swojego końca świata, gdzie ma piękne górki, przyjechała tu do nas pobiegać po naszej skromnej falenickiej wydmie i spotkać parę osób, czad, nie?:))? Jak mogłem nie pojechać, skoro kilkoro innych znajomych zaanonsowało się na fotkę do kolekcji samojebek? Chyba rozumiecie, że nie mogłem odpuścić, prawda? Co tam wynik, ważne, by było fajnie!

To aż nie do uwierzenia, ale czasem zdarza się mi zdjęcie
zrobione nie z rąsi! TU z Avą / fot. WS

Wykalkulowałem, że jeśli pobiegnę dobrze i jeszcze uda mi się złapać trzeci start, to w końcowej klasyfikacji mogę w swojej kategorii wiekowej być na niezłej pozycji. O planie, aby tym razem spokojnie przetruchtać, zapomniałem, jak tylko założyłem rano w domu buty. Adrenalina, znajomi, linia startu/mety i stoper na ręku sprawiają, że pomysły na spokojne bieganie odkładam w kąt. Wymyśliłem, że pobiegnę takim tempem, by poprawić wynik sprzed dwóch tygodni, a jeśli nie wytrzymam tempa, to po prostu zwolnię. Ustawiamy się z Bartkiem i…

Najpierw powoli jak żółw ociężale,
Ruszyła maszyna po szynach ospale,
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem,
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej,
I dudni, i stuka, łomoce i pędzi,
A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost!
Po torze, po torze, po torze, przez most,
Przez góry, przez tunel, przez pola, przez las,
I spieszy się, spieszy, by zdążyć na czas.

Niestety, węgiel w mojej lokomotywie skończył się po dwóch okrążeniach. Bartek poleciał dalej i poprawił swój wynik sprzed dwóch tygodni o ponad minutę (szacun chłopie!), a ja dobiegłem z czasem 42:48 (wg wskazań własnego zegarka). Mierzyłem sobie poszczególne okrążenia i weszły w 14:00, 14:14, 14:34. Pierwszy kilometr był najszybszym na całej trasie, a wyraźnie odczuwający chorobę organizm szybko wysłał mi sygnał, że „to se ne da”. Pod koniec jednego z ostatnich podbiegów byłem wręcz bliski puszczenia pawia, trzeba więc było zwolnić, więc i finisz pobiegłem luźno po 3:30 min/km. Z tego dnia wyciągnąłem ile mogłem, następnym razem będzie lepiej! Choć tak naprawdę, o dobre wyniki będzie chyba trudniej, bo wiele wskazuje na to, że zima wreszcie nadejdzie.

Niektórym przydałby się Rutinoscorbin, bo coś niewyraźni są… ;)

Sobota wieczór
Siedzą te blogiery na sofie, nogi wyciągnięte na pufie (wszak regeneracja, nie?), laptopy na kolanach, Soundgarden czy inny Queens of the Stone Age w głośnikach. Obok butelki po browarach i zestaw kieliszków do nalewek (wszak regeneracja, nie?). Jeden na malinówkę (mocna, nieźle telepie), drugi na śliwkówkę (słabsza, mocno słodka i bardzo smaczna, ale przy kilku kieliszkach może zamulić), a trzeci na tę niesamowitą wiśnióweczkę łącząca zalety obu poprzednich.

Siedzo, popijajo, gadajo od paru godzin o tym bieganiu, o tych triathlonach, paczajo na te Endomonda, na te Fejsbuki i…

Skoro jutro rano chcemy pobiegać dwie godziny, to może by ktoś przyszedł? Łoć ju fink? Wszak w kupie raźniej, nie? Tej, ale jest sobota wieczór, a my próbujemy wyciągnąć kogoś na bieganie w niedzielę skoro świt… To chyba lekko porąbane, co? Lekko?;) O 8:30 to przeciętny obywatel tego kraju jeszcze śpi. Dobra, wrzućmy na Fejsa i zobaczymy.

Przez pierwszych kilka minut cisza, nawet lajka nikt nie kliknie. Tej weź, co myśmy myśleli… O jest! Agnieszka byłaby chętna. To jest niesamowita dziewczyna, co? Trójka dzieci, biegający mąż, a znajduje czas na swoje treningi i jeszcze te zajebiste czapki dzierga! I Bartek też chętny! I jeszcze Paweł, czyli człowiek, z którym po zrobieniu 63,5 km po mazurskich bezdrożach ścigaliśmy się na 200 czy 300 metrów. Ale fajnie!

Niedziela rano
Pobudka. Za oknem wiater dmie jak szalony i pada deszcz. Słowem: idealna pogoda do biegania! Ech, że też trzeba było się umawiać z ludźmi, teraz to nie ma wyjścia, trzeba iść…

Po pierwszych kilkuset metrach stwierdzamy, że pogoda nie jest w sumie wcale zła. Owszem, cośtam pada, cośtam wieje, ale nogi fajnie przebiegają spokojnym tempem 5:40, a czas leci na rozmowach o tym i owym. W lesie coraz więcej osób, nasza radosna piątka niektórych biegaczy mija już drugi raz, nagrywamy filmiki (oj, będzie się działo!), a atmosfera fenomenalnie towarzyska – nawet Garmin się dostosował i wyczerpał baterię, co sprawia, że pierwszy raz od niepamiętnych czasów biegnę zupełnie nie spoglądając na zegarek. Cały czas gadamy i nim zdążyłem się zmęczyć, pora się rozdzielać i wracać do domów. Raz skręcamy w lewo, raz w prawo i w pewnym momencie… nie mam zielonego pojęcia, gdzie jesteśmy. Ja, który Las Kabacki zbiegałem setki razy, zgubiłem się. Żenua Krasusie, żenua! Widzę skraj lasu, oceniam, że to południowy skraj, więc przed sobą mamy Julianów/Józefosław. Biegniemy tam i… okazuje się, że to skraj północny i widać kabackie bloki. No to miało towarzystwo z mojej nawigacji używanie… ;)

Łącznie w niecałe 2h nabiegaliśmy prawie 20,5 km i choć pogoda się zbiesiła (był śnieg, był grad, no i wmordęwind przy powrocie taki, że hoho!), to było to jedno z najfajniejszych wybiegań ever, dzięki ludziska:) To właśnie rozumiem przez przyjemność z biegania, w ten weekend nie liczyły się czasy, wyniki, progi, zakresy, tętna ani tempa, a pogaduchy i towarzystwo. A że przy okazji zrobiłem mocnego krosa po wydmach i dwugodzinne spokojne wybieganie? Cóż, narzekać nie będę. No i ile słitfoci do kolekcji!;)

Samojebka wersja hard – na dwa telefony,
drugi po prawej stronie za kadrem;)

Bieganie bieganiem, ale czy wiesz, że i Ty możesz być szybsza/szybszy na rowerze? Nawet małe dziecko Ci powie, że zamocowany na kierownicy Pimpuś chroni przed złymi urokami, dodaje pi przez dwa kilometrów na godzinę do średniej prędkości (nie pytajcie dlaczego akurat tyle, nie mam pojęcia, ale tak jest!) oraz 10 pkt do triathlonowej stylówy, że o poprawie aerodynamiki nie wspomnę. No i akcja jest taka, że w ramach aukcji WOŚP można drogą kupna nabyć prawdziwego brata bliźniaka mojego Pimpusia! Wystarczy wejść o tutaj: kliku-kliku i powalczyć, ale z góry uprzedzam, że lekko nie będzie, bo Przemek się mocno nastawił na poprawę swoich wyników kolarskich:)

Ten, w którym dziki pierzchają. Ełcka Zmarzlina 2014 (relacja)

W pewnym momencie widzę głęboki odcisk buta w błocie. Kwito jest kilka metrów z tyłu, więc dość głośno zwracam mu na to uwagę. Za chwilę serce mi staje, bo z oddalonych od nas o 10 metrów krzaków wypada stado dzików, które wzbijając tumany kurzu i robiąc niesamowity hałas, ucieka w pole. Na szczęście popędziły w kierunku, z którego przyszliśmy, a nie na nas. Z tyłu jest jednak Wojtek, więc gwiżdżę dla ostrzeżenia. Po kilku minutach widzimy jego białą koszulkę, czyli nic się nie stało:)

Ełk to największy ośrodek miejski na Mazurach, choć ciekawostką jest, że miasto nigdy przed 1945 r. nie leżało w granicach Polski. Miasto położone jest na terenach z różnorodną rzeźbą terenu i bogatą przyrodą, co bez wątpienia jest atutem Ełckiej Zmarzliny. Żałuję, że w Ełku spędziliśmy mało czasu, bo jest tam kilka obiektów wartych zobaczenia (m.in. wieża ciśnień, kilka zabytkowych kościołów i ruiny zamku krzyżackiego), a tereny wokół miasta zachęcają do pieszych lub rowerowych wędrówek.

Ełcka Zmarzlina to jedyna w cyklu Pucharu Polski w Pieszych Maratonach na Orientację impreza, która w nazwie ma miasto. Stała siedziba nie oznacza jednak, że zawody odbywają się zawsze na tej samej trasie. Tradycją jest bowiem, że uczestnicy są wywożeni na start kilkanaście-kilkadziesiąt km od Ełku, więc każda edycja rusza z innego miejsca. Pierwotnie miałem do Ełku nie jechać, ale dobre towarzystwo chętne do wspólnego wyjazdu i niedosyt biegowy związany z Nocną Masakrą sprawiły, że zmieniłem zdanie. Na ostateczną decyzję o wyjeździe wpływ miał też… sen. Jakiś tydzień temu śniło mi się, że wygrałem Ełcką Zmarzlinę, jak więc mogłem nie pojechać?

Ełcka Zmarzlina jest ewenementem na mapie PMNO,
każdy kto ukończy rajd otrzymuje pamiątkowy medal

Na kilka dni przed startem organizatorzy opublikowali na swojej stronie komunikat: „Uwaga: Ze względu na pojawiające się watahy wilków oraz dzików w okolicy terenów rozgrywanego maratonu zaleca się posiadanie przy sobie gwizdków do odstraszania zwierzyny.” Wiedziałem już, że będzie ciekawie!

Niestety, w piątek w pracy poczułem czające się w okolicy przeziębienie. Mimo kilku Aspiryn, cytryny i czego tylko się dało, po kilku godzinach miałem już solidnie zatkany nos i bolało mnie gardło. Nocka przed startem zeszła mi więc na przewalaniu się z boku na bok i myślach o tym, by zrezygnować, bo leki nijak nie działały i czułem się coraz gorzej. Kilka razy na chwilę przysnąłem i raz śniło mi się, że zająłem 10. miejsce, co przy tej obsadzie i z takim samopoczuciem przyjąłbym z pocałowaniem ręki. Rano zadziałał jednak najlepszy z medykamentów – adrenalina. Ubierając buty czułem się już dobrze:)

Start honorowy w Ełku (aparaty fotograficzne, kamery i oficjele) zaplanowano na 7:45, po czym wsiedliśmy do autokarów oraz samochodów i pojechaliśmy do Starych Juch, gdzie miał miejsce „prawdziwy” start. Tam kilka słów m.in. z Kasią, która debiutuje w PMNO i od razu atakuje stówkę, kilka minut na przedstartowe słit focie i o 9:00 ruszamy, prawie 150 osób z dystansów 50 i 100 km.

Nie ma ścigania bez samo-fotografowania!

Na czoło wysforowało się kilku 50-tkowiczów, w grupie m.in. Krzysiek Lisak (zwycięzca Biegu Rzeźnika sprzed kilku lat) i Bartek Grabowski, czyli ścisła czołówka biegów na orientację. Zaraz za nimi ciśniemy Kwito i ja. Tyle razy się ścigaliśmy, że czas sprawdzić jak to wyjdzie, jeśli pobiegniemy razem;) Po 2 km szybką drogą (w tempie 5:10-5:20 min/km) skręcamy w las, by namierzyć się na punkt. To pierwsza i praktycznie ostatnia błędna decyzja tego dnia. Trzeba było obiec lasek i wpaść prosto na punkt, który umiejscowiono na… starym cmentarzu. Nim przedarliśmy się przez las, do punktu dotarło z 15-20 osób, a my byliśmy dobre 4-5 minut w plecy.

Przed PK1 niepotrzebnie wytraciliśmy prędkość i kręciliśmy się po lesie,
lepiej było pociągnąć wzdłuż niego

Dalej napieramy już bez większego problemu, powoli wyprzedzając kolejnych uczestników. Grupkami, samotnych, wszyscy jeden po drugim zostają z tyłu. Pogoda się poprawia, można zdjąć kurtkę i biec w dwóch koszulkach. Ale efekty nocnego deszczu są widoczne – w zagłębieniach królują błoto i kałuże, czasami nadkładamy więc parę metrów, by pobiec drogą zamiast brodzić w błocie. Cały czas utrzymujemy dobre tempo przemieszczania się, bo praktycznie bez przerwy biegniemy – na równym i z górki w okolicach 5:10 min/km lub nawet szybciej, pod górkę i w błocie oczywiście trochę wolniej.

Problemów nawigacyjnych nie ma praktycznie w ogóle, mapa jest bardzo dokładna i aktualna, lecimy jak po sznurku, bo i podejście do trasy mamy z Kwitem podobne. Błoto traktujemy jako ostateczność, wolimy biec odrobinę dalej, ale drogą. W pierwszej połowie trasy kilometry wolniejsze niż 6 min/km są rzadkością. Nastrój niemal szampański – wiemy, że jesteśmy na 4-5 pozycji, a ci co są za nami, nie zbliżają się.

Aż do PK5 umiejscowionego na górce – tam wyprzedzają nas Andrzej Buchajewicz (lider dystansu 100 km) i następny czołowy 50-tkowicz Piotrek Chyczewski, który mija nas w niesamowitym wręcz tempie. Mam wrażenie, że chciał pokazać, że nie mamy co próbować z nim rywalizować, więc spiął się więc na te kilkanaście minut, w których nas dogonił, wyprzedził i odstawił na bezpieczny dystans, a potem biegł tak samo szybko jak my. W sumie niezła taktyka, muszę jej kiedyś spróbować;)

A my swoim tempem ciśniemy dalej. Zbliżając się do PK6 obserwujemy, że dwójka, która nas niedawno wyprzedziła, stoi przy punkcie i nie biegnie dalej, więc coś musi być nie tak. Dogania nas drugi na dystansie 100 km Paweł Pakuła i razem zbliżamy się do miejsca, gdzie ma być PK6. Okazało się, że lampion i perforator zniknęły. Prawdopodobnie komuś musiały się bardzo spodobać i je zerwał… Nie tracimy czasu, tylko robimy szybką fotkę odpowiedniego drzewa i biegniemy dalej. Powoli acz systematycznie Paweł zostawia nas za plecami, a z tyłu zbliża się Wojtek Burzyński, trzeci z setkowiczów. To trochę deprymujące, że ci setkowi wymiatacze biegają na 100 km szybciej niż my na 50, no ale co zrobić. Trzeba trenować i nie dać się wyprzedzić.

Gdzieś pomiędzy PK6 a PK7 słyszę: „Marcin, ja nie dam rady, leć sam. Tempo jest super, ale czuję, że niedługo spuchnę.” Nie no, miły panie Kwito, tak się bawić nie będziemy! Nie po to cisnęliśmy razem 30 km, żeby się teraz rozdzielać! Do mety mamy 2 godziny, nakurwiamy! Na chwilę zwalniam. Jemy, pijemy i bierzemy kilka głębszych oddechów. To jest właśnie fajne w napieraniu we dwójkę, że w przypadku kryzysu można sobie mentalnie pomóc i pociągnąć dalej. Nam się to udało. Po paru metrach marszu ruszamy dalej biegiem. Nieco wolniejszym, bo 5:10 to już tylko z górki ciągniemy, ale wciąż udaje się truchtać. W międzyczasie w odległości kilkuset metrów od nas przebiega stado jeleni i saren – piękny widok.

Wojtek jest już kawałek przed nami, co jakiś czas z tyłu majaczy kilka innych osób, ale się nie zbliżają. Przy PK7 ukrytym w jarze Wojtek popełnia błąd nawigacyjny i go wyprzedzamy. Potem przyglądamy się mapie. Do PK8 czeka nas długi i nudny przelot. Pokonanie Jeziora Garbas wschodnim brzegiem wydaje się być lepszym wyjściem, bo na mapie droga wygląda całkiem sensownie. Niestety, to tylko pozory, bo polna droga jest mocno błotnista i tempo przemieszczania się siada, kilometry pokonujemy średnio w siedem minut.

W pewnym momencie widzę głęboki odcisk buta w błocie. Kwito jest kilka metrów z tyłu, więc dość głośno zwracam mu na to uwagę. Za chwilę serce mi staje, bo z oddalonych od nas o 10 metrów krzaków wypada stado dzików, które wzbijając tumany kurzu i robiąc niesamowity hałas, ucieka w pole. Na szczęście popędziły w kierunku, z którego przyszliśmy, a nie na nas. Z tyłu jest jednak Wojtek, więc gwiżdżę dla ostrzeżenia. Po kilku minutach widzimy jego białą koszulkę, czyli nic się nie stało:)


Za podrzucenie filmiku z dzikiem dziękuję Michałowi

Do ostatniego punktu kontrolnego, zlokalizowanego na wieży widokowej już w Starych Juchach, docieramy razem z Wojtkiem, tnąc przez pole. Na szczęście wieżę widać z dość dużej odległości, więc nie mamy problemu z trafieniem na nią. Przy wejściu spotykamy się z Piotrkiem Chyczewskim, to znaczy, że ma nie więcej niż małe kilka minut przewagi, ale nie ma się co wkurzać. Idę o zakład, że gdybyśmy byli bliżej, to spiąłby łydkę i nas od razu odstawił.

A na wieży… Pięknie, cudownie, arcywidok! Przede wszystkim uwagę zwraca Jezioro Jędzelewo, którego niezmącona wiatrem tafla w promieniach chylącego się ku zachodowi słońca prezentuje się naprawdę świetnie. Z góry obserwujemy zbliżających się zawodników, ale nie ma obawy, że nas dogonią, odległość jest zbyt duża, a do mety zostało kilkaset metrów. Robimy kilka zdjęć i niespiesznie schodzimy, a potem prosto do mety.

Byłoby i 5:15, ale widoki warte były podziwiania:)

Oddajemy karty startowe i okazuje się, że wcale nie jesteśmy na 5-6 miejscu, tylko na 4-5, bo jeden z prowadzącej trójki po drodze stracił siły i wylądował za nami. W naprawdę mocno obsadzonej imprezie Ełcka Zmarzlina zajęliśmy więc z Kwitem ex-aequo 4. miejsce, wykręcając czas 5h 17min (lub 5h 18min, bo oficjalnych wyników jeszcze nie ma, nie wiem też, ile osób wystartowało, ale na 50-tkę pewnie ok. 100-110), o 28 min. słabszy od zwycięzcy, którym został Krzysiek Lisak. To najlepsze miejsce i najlepszy czas w historii moich występów w PMNO!

Trzeba jednak przy tym pamiętać, że czasy na PMNO są zupełnie nieporównywalne, bo trasy mają od 45 do nawet 65 km (tym razem zrobiłem 48,9 km, ale na mecie był ktoś, komu zegarek pokazał 47,6 km), a na to, jak szybko da się biec wpływ ma wiele czynników. Dość powiedzieć, że zdarzają się zawody, w których nikt, nawet zwycięzcy, nie schodzą poniżej 10 godzin.

Tu akurat było wyjątkowo łatwo, bo zamiast zimy była piękna wiosna, a jedynym utrudnieniem oprócz błota były przewyższenia, których suma przekroczyła 600 metrów. Gdyby na polnych drogach zalegało pół metra śniegu, o takich czasach nie byłoby mowy. Tymczasem warunki pogodowe i zupełny brak trudności nawigacyjnych (aktualna i dokładna mapa i łatwo (chwilami zbyt łatwo!) rozmieszczone punkty kontrolne) sprawiły, że można było skupić się na bieganiu. Po Nocnej Masakrze, która przebiegała pod znakiem błądzenia po lasach z niedokładną mapą, właśnie czegoś takiego było mi potrzeba. Szybkiej trasy, na której mógłbym sobie pobiegać.

Mapa z naniesionym śladem z Garmina.
Zielonym kolorem bieg, żółtym trucht, a na czerwono marsz i postoje (link do mapy w wysokiej rozdzielczości)

Tempo udało się utrzymać niemal przez cały dystans, podejrzewam, że gdyby trzeba było się ścigać na ostatnich kilometrach, to byłbym w stanie pobiec je poniżej 5 min/km, bo zapas w nodze był. Co więcej, dzień po zawodach nie odczuwam nadmiernego zmęczenia. Ot, czuję w nogach, że zrobiłem 50 km, ale nie są to bóle przekraczające odczuwanie bardzo intensywnego treningu w terenie. To świetna wiadomość, bo oznacza, że mogę startować w PMNO nie burząc przy tym przygotowań maratońskich.

Gdyby nie fakt, że dziś i jutro kibluję pod kocem z ciężkim przeziębieniem (oczywiście gdy adrenalina odpuściła to wzięło mnie ze zdwojoną siłą:/), pewnie poszedłbym potruchtać. A tymczasem cieszę się, że są dwa dni wolnego i mam nadzieję szybko się wykurować, bo w sobotę trzecia runda Falenicy i nie wpada pobiec jej wolniej niż tydzień temu:)

Stats&hints Maraton Pieszy na Orientację – Ełcka Zmarzlina
Wynik: czas 5:17; 4/ok. 100 miejsce w klasyfikacji open;
Warunki pogodowe: od 1-2 stopni na starcie (9:00) do 7-8 po południu gdy zza chmur wyszło słońce, wiatr lekki;

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Roclite 295+stuptuty krótkie Inov-8 Debrisgaiter 32; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; spodnie Dobsom R-90, koszulka Icebreaker Merino, koszulka techniczna z długim rękawem Kalenji, dwa buffy (jeden na szyi, drugi na głowie), kurtka Tchibo (zdjęta po pół godzinie), rękawiczki polarowe Kalenji, Garmin 910 XT; kompas Silva Ranger.

Jedzenie/picie: 2 musy owocowe Aptonia + 2 małe żele Isostar z BCAA + 2 chałwy + 1 baton Challenger + banan; 2 l izo w bukłaku (zostało ok 1l). Do mety dotarłem najedzony i bez poczucia pragnienia.

Dla zainteresowanych zapis z Garmina w serwisie Endomondo:

Ten, w którym jestem jak Tommy Lee Jones

Starty w XI Zimowych Biegach Górskich w Falenicy to jeden z elementów mojego „planu treningowego”. Jako że w 2014 zamierzam trochę pobiegać po górach, a jeden z dwóch najważniejszych startów będzie głównie pod górkę, to wpisałem Falenicę na listę „must be”. Póki co zimowe to te biegi są tylko z nazwy. Druga edycja odbyła się w pięknym słońcu, co sprawiło, że wielu zawodników biegło w krótkich spodenkach czy koszulkach.

Na starcie sporo znajomych twarzy, rąsia-rąsia, buźka-buźka i zaraz lecimy. Ustawiłem się z kolegą Bartkiem, którego marzyło mi się obiec. Na płaskiej dyszce był tej jesieni o kilka sekund ode mnie wolniejszy, więc to dobra osoba do rywalizacji. Stanęliśmy w 4-6 rzędzie. Odliczanie: pięć-cztery-trzy-dwa-jeden-START! I jak zwykle na zawodach: tłumy zaczynają od sprintu i mnie wyprzedzają. Twardo trzymam się tego, żeby biec w miarę spokojnie, ale na pierwszym kilometrze wyprzedza mnie z 20-30 osób, a Bartek szybko znika z horyzontu. Trzymam nogi na wodzy, licząc na to, że odbiję sobie na kolejnych okrążeniach (których na dystansie 10 km jest trzy).

Tradycyjna kolekcja fotek z rąsi.
Nowością są miny współfotkowiczów, ms spisał się na medal!;)

Na każdym kółku siedem solidnych podbiegów, każdy po kilkanaście metrów w górę, a potem w dół. Łącznie 255 metrów przewyższenia na zagadkowym dystansie 10 km. Zagadkowym, bo biegowe zegarki wymierzają tam od 8,9 do 9,2 km, a organizatorzy promują zawody jako 10 km – różnica spora, prawda? Zapewne na dokładność pomiaru wpływa krętość i lesistość trasy oraz jej przewyższenia, ciekaw jestem w jaki sposób organizatorzy wymierzyli tam jedno kółko na 3,33 km.

Już po kilometrze zaczynam wyprzedzać. Łykam sobie po jednej osobie co kilka chwil. Co kluczowe, wyprzedzam zarówno na podbiegach, na zbiegach, jak i na nielicznych płaskich odpoczynkach. Zbiegi to klucz do sukcesu na górskich trasach, bo na nich różnice pomiędzy wolnymi a szybkimi zawodnikami są większe niż na podbiegach. Sztuka polega na poddaniu się grawitacji i nie hamowaniu bardziej niż to konieczne, by się nie wywrócić. To wymaga nie tyle szybkości czy siły, ale odwagi, którą trzeba w sobie po prostu odnaleźć.

Na drugim kółku widzę przed sobą Bartka i po kilku minutach, na jednym ze zbiegów go wyprzedzam. Jak się potem okazało (ja tego nie zarejestrowałem) na trasie wyprzedziłem też Łukasza z treningów funkcjonalnych. W zmęczeniu go nie zauważyłem. Dostrzegłem za to kibicującą na trasie Agę, która tradycyjnie przyjechała wspierać swojego małżonka, a ten oczywiście pocisnął i wylądował w pierwszej dziesiątce;)

Pierwsze kółko złapałem w 14:06,na drugim trochę zwolniłem (14:15), ale sił na finisz wystarczyło i trzecie zmierzyłem sobie na ; 13:58. Planowo każde kolejne miało być szybsze, tym razem się nie udało, ale nie było źle.

Na trzecim kółku fizycznie ledwie już zipię, ale przecież jestem niczym Tomee Lee Jones w Ściganym! Długo wiozę się na plecach jednego z zawodników, który leci odpowiadającym mi tempem, ale na ostatnich kilkuset metrach wrzucam kolejny bieg i wyprzedzam jego oraz kilka innych osób, finiszując w tempie ok 2:30 min/km. Na metę wpadam z czasem 42:21 (choć mój stoper pokazał 42:19, no ale wyniki to wyniki;)), zajmując 48 miejsce na 482 zawodników.

Na liście wyników pojawiło się troje członków drużyny Smashing Pąpkins,
zachęcam kolejne osoby to wpisywania SP jako drużyny:)

Po biegu odetchnąłem 20 minut i zaliczyłem drugą rundą FalIno, czyli zawodów na orientację. Mocno czułem zmęczenie w nogach, na dodatek zapultałem się na dwóch punktach kontrolnych i w efekcie zająłem 24 miejsce na 37 osób. Celem nie była jednak walka o jakąkolwiek pozycję, a trening pracy z mapą.

Spora liczba podbiegów i nierówne podłoże sprawiają, że Zimowe Biegi Górskie w Falenicy to zawody mocno wymęczające. Po 10 km tam nogi bolały mnie dużo mocniej niż po „zwykłej” dyszce czy nawet półmaratonie. Ale mam poczucie, że treningowo jest to dla mnie bardzo przydatne i mam nadzieję, że w kolejnych edycjach też uda mi się wystartować, oby z jeszcze lepszym efektem!

Lepszy efekt dotyczy jednak nie tylko czasu i miejsca, ale i… liczby samojebek. No cóż, trzeba posypać głowę popiołem, bo dałem ciała! Początkowo zupełnie wpadły mi z głowy i stąd niewielka ich liczba jak na to, ilu znajomych tam spotkałem. Poprawię się następnym razem:)